Czaszka

Autor: SPEC

Rozdział pierwszy – czaszka

Will był mieszkańcem dużego jak na owe mroczne czasy miasta. Miasto owe było bogate i kolorowe z kasynami, sklepami i różnymi ośrodkami, dzięki którym kasa napływała i miasto nie było zamieszkane przez ciężko pracujących ludzi. Było to miejsce wódką i winem płynące – powiedziałby Will, gdyby go spytano o jego rodzinne strony, ale o nim potem. Było tu jedno kasyno, głównie korzystali z tego miejsca przyjezdni, oraz ludzie z Bucksill, złośliwie nazywanego f**ksill. Kasyno było pięknie urządzone z neonami, z których tylko nieliczne były wadliwe. Właścicielem kasyna był Andrew, Stonehand, który popierał ludzi sprzeciwiających się organizacji Golden Hand. Miasto dzieliło się w tej kwestii na dwie grupy, właściwie na trzy. Grupa ludzi należących do GH wspomagała biednych, niby dobrze i szlachetnie, ale ci ludzie przegrali wszystko w kasynie! Grupa malała z czasem. W obecnej chwili należało do niej około 40-u osób. Ludzie wcześniej odchodzili z powodu albo braku pieniędzy, albo uważali, że niema sensu pomagać tym, którzy chcieli więcej – po prostu płacą za chciwość. Trzecia grupa była obojętna wobec tego wszystkiego, a ludzie, których pytano o cały spór twierdzili, że mają to głęboko w d***e.
W mieście było sporo sklepów, których właściciele żyli w pewnym sojuszu. Sklepy były i z bronią, lekami, jedzeniem, alkoholem, sprzętem i wszystkimi rzeczami, które były użyteczne. Był jeszcze magazyn, w którym trzymano rzeczy nie na sprzedaż i dla wojska.  Skoro już o wojsku mowa – miasto nieustannie, czy w nocy, czy w dzień, było patrolowane przez uzbrojonych po jaja żołnierzy.
Była noc. Szare ściany tulił ciepły wiaterek, który rzadko odwiedzał te strony, czy wszystkie inne. Było w tym wietrze coś miłego, co dawało uczucie świeżości i odmiany. Oto ten wiaterek, najnormalniejszy, zwykły dla mnie jak i dla ciebie czytelniku wyciągnął Willa z domu. Will mieszkał w parterowym domostwie, było tam pięć pomieszczeń, w pierwszym, który robiło za kuchnię znajdował się stół z 4 krzesłami i z tych 4 trzy były ozdobą, Will nie był samotnikiem, z ludźmi przesiadywał w barach; była tam też szafka, na której przygotowywał sobie zawsze posiłki. Kuchnia, a raczej jej ściany były pokryte dawniej białą, lecz teraz pożółkłą wykładziną, podłoga była goła, pokrywały ją same deski, deski, ale pięknie i gładko wyglądające, bo takie w rzeczywistości były J. Will nie chciał zakrywać takiej pracy, poza tym deski zawsze były ciepłe, stosunkowo do wykładziny na ścianach. Ubikacja, którą Will nazywał ujściem, była dość mała. Był tam zlew, do którego dostarczała wodę stara pompa, na której odnowienie nikt nie miał kasy, oraz kibel oczywiście. Gdy zamknęło się za sobą drzwi od toalety, czarny mrok rozświetlała tylko przyciemniona szybka. Taki półmrok pozwalał się skupić – tak uważał Will. Trzecim pomieszczeniem było coś w rodzaju przedpokoju. Dużego przedpokoju, stał tam stół i dwa fotele i kanapa, ze skóry brahmina wytwarzana też w tym mieście, aha – bym zapomniał, miasto zwie się gunyard, bo był zbudowany na dosłownie kilku kamieniach bazy wojskowej. A więc…. Meble stały na dywanie, który był jeszcze z przed wojny. Właściciel domu znalazł go kiedyś podczas pracy w jakimś domu na pustkowiu. Pokój owy miał brązowe staro wyglądające ściany, ale tylko po bliższych oględzinach. Piątym i najważniejszym pokoikiem była pracownia Willa, gdzie czytał książki, stare gazety, spał i przetrzymywał broń. Jeszcze jedną, dla Willa ważną, rzeczą było trofeum, nie byle, kogo – matki szponów śmierci. Najsilniejsza, jaką dotychczas spotkano, jej łeb spoczywał teraz umocowany i zakonserwowany na ścianie. Tak mieszkał Will.
Więc owy wiaterek, który wcześniej opisałem, owiał nie okryte niczym plecy Willa, który skupiał się na ujściu. Will po ukończeniu tego, co robił, walnął się na wyro. Pomyślał o miłym wiaterku, jako, że tej bezsennej nocy nie mógł znaleźć dla siebie zajęcia, wyszedł na rozświetloną ulicę i zapomniał o niemożności oddania się w kolorowe łapska snu J. Podążył ulicą w kierunku długiego budynku, do człowieka, który często bywał w barze. Will był pewien, że go zastanie w pijalni. Otóż zdziwienie było nie małe, gdy się okazało, że niema go tam. Zamówił piwo. Po odczekaniu kilkunastu sekund, które trwały długo, zdecydowanie za długo, postanowił wyjść. Lecz poczekał na piwo i zabrał napój ze sobą. Ruszył ulicą i następnie skręcił w bok. Jego oczom ukazał się nie oświetlony zakątek miasta. Will pomyślał, że to awaria i zrobił kolejne kroki, niespełna zaraz po muśnięciu jego świadomości przez awarię, ukazał mu się sklep i dom zarazem Dr Alberta. Był to dom dość duży o zaokrąglonych krawędziach i rogach ścian. Zapewne wiele razy widziałeś takie domy w vault city czytelniku, zdążają się one też w bogatych miastach, których mieszkańcy nie pochodzą ze schronu, ale to nie ważne. Na dachu była informacja o sklepie, była ona zawarta w pordzewiałej ramce, ramkę wspierały z dołu jak i z tyłu również pordzewiałe, druty zbrojeniowe. Sklep miał normalne duże prostokątne okna z podwójną szyba w każdym. Okna były z zewnątrz chronione grubą gęsto splecioną siatką z drucików. Przez okna nie było można zajrzeć do środka nie przystawiając oczy kilka centymetrów od siatki, a i tak było mało widać przez brudne szyby. Sklepik otaczał stalowy płot, w sumie była to barierka sięgają do pasa. Na małej powierzchni ziemi, za barierką była przyjemna dla oka, zieleń, która rzadko była spotykana. Drzwi były metalowe, przeważnie zamknięte na dwa spusty. Will nacisnął mosiężną klamkę, która zaskrzypiała, jak jego sąsiadka, gdy coś jej nie odpowiadało. Will miał szczęście – otwarte. Rozejrzał się po sklepie i zobaczył, że doktora nie było. Jego nie obecność, podczas gdy sklep był otwarty była dziwna… Choćby zważywszy na to, że na półkach i ladzie była masa broni i sprzętu. Albert – jak przekonany był Will – zaraz wróci. Minęło 10 minut nudnego i nużącego czekania. Will skoczył na zaplecze obejrzeć różności, jakie mógł kupić. Ledwie, co wszedł zobaczył otwartą klapę, niewiele myśląc zszedł w dół. Zobaczył Alberta martwego… I tonę łusek. Wszędzie była krew, na ścianach, broni, gdzie – nie gdzie kawałki mięsa doktorka. Przestraszony Will pobiegł do najbliższego organu władzy. Minął dzień i pobrano wszystkie ślady, wszystko zostało uprzątnięte, a Willa mianowano nowym właścicielem sklepu, jako, że był Albertowi najbliższy. Will siedział w sklepie, gdy już znużony nie mógł wytrzymać zamknął sklep 2 godziny przed czasem. Zbiegł do podziemi i zaczął się rozglądać. Oglądał wszystko! Znalazł jakiś dyktafon i zaraz począł się nim bawić. Pewnego dnia wcześnie rano wyszedł przed sklep z dyktafonem w kieszeni. Postanowił się przejść i ruszył w kierunku baru.
– A jak się dowiedzą, że ten idiota zabił tego sku******a Alberta? – Powiedział ktoś z budynku obok – ku**a, wyda nas! Trzeba się pozbyć- tej gównianej szmaty. – Dodał. Will zostawił dyktafon w krzakach, podczas gdy nikt nie widział. Załamany szedł w stronę baru, zamyślony wpadł na jakiś słup! Zły poszedł szybko nie zapominając o słupie, ani o Doktorze. W barze wypił tyle ile mógł. Ledwie wywlókł się z baru. Czuł alkohol w ustach gardle, chciało mu się pić, ale nie miał pieniędzy. Czerwone oczy szczypały go, a myśli nadal kłębiły się w głowie. Sklep nie był już ważny, jako, że był wieczór, przespał dwa dni między czasie tylko wymiotując krwią i piwem, jakie zostało jeszcze w żołądku. Nagle obudził się i prawie wybiegł z domu tylko w bieliźnie, której jak się potem okazało wcale nie było J Rozkojarzony wybiegł z domu już ubrany. Biegł i się zmachał zaledwie po kilkunastu krokach. Było to może za sprawą tych męczących dni jak i siwych włosów Willa.
Will ujrzał krzaczek, uschnięty i gęsty, jak miotła jego przygłupiej sąsiadki. Już sięgnął ręką gdzie był dyktafon rozglądając się bystro, lecz okazało się, że jedyna, co się pod krzakiem znajdowało była szorstka ziemia. Will był w szoku, – czemu nie wziął dyktafonu wcześniej? Teraz ma za swoje. Ruszył koło budynku i dopiero zobaczył, że światła zgasły tylko na kilkanaście minut, gdy wyszedł wtedy ze sklepu ulica znów była oświetlona. Nie ważne. Oparł się o ścianę hotelu, w którym podsłuchał tych ludzi. Postanowił zajrzeć przez okno. Ujrzał bogato wyglądającą kobietę krzyczącą na syna. Nie wiedział, co począć. Patrząc się tępo na ścianę budynku i na kobietę, jego myśli były odsączone, jakby do jakiegoś wielkiego pojemnika. Kobieta nagle krzyknęła mu przez okrągłe okno w twarz. Will zmieszany odwrócił się i zrobił parę kroków. Zapominając o tej kobiecie oparł się o ścianę i osunął na ziemię. Jego pusty wzrok obiegał teraz wielką żarówkę, była ona na trzy piętrowym budynku. Ruszył spękaną ulicą do pijalni, do Jefreya, – bowiem tak nazywał się jego kolega, który towarzyszył mu jedynie przy butelce. Droga, choć była krótka dłużyła się niemiłosiernie. Gdy stanął przed drewnianymi, spróchniałymi u dołu drzwiami obitymi blachą myśli, wtedy tak daleko były, kłębiące się, szorstkie i w niektórych chwilach mściwe i nienawistne.
Bar był piętrową budowla, miał on ściany z przedwojennych pustaków, otynkowanych i pomalowanych na ciemno szarą barwę. Barwa ta podczas upalnych dni nie tworzyła, aż tak gorącej temperatury jak to było w kasynie o czarnych ścianach. Budynek miał mały gzyms i dużą reklamę nad drzwiami. Przed budynkiem stał stelaż z masą informacji i nowości, lecz przygnębiony Will nie zwracał na to uwagi. Siadł przy barze koło Jefrey’a. Siedząc tak około 3 godzin. Will opowiedział wszystko, wszystko, co wiedział, myślał też o tym, że Jefrey jest zbyt leniwy by to opowiadać komuś czy też wykorzystać w jakiś sposób.
Nagle do przyciemnionego baru weszli tryumfalnie trzej przedstawiciele władzy miasta…. Will poczuł ukłucie i dalej nic nie pamiętał. Znalazł się w celi. Minął dzień. Został oskarżony.
Will stanął przed sędzią – burmistrzem miasta.
Wolał to niż celę. Powody były oczywiste – cela była cała betonowa, z małym na górze okienkiem, przez które nie sposób wyjrzeć, a stalowe drzwi nie posiadały klamki od wewnątrz. Sala, na której wały się wszelakie procesy była przepiękna, mosiężne, grawerowane klamkina grubych i wysokich drzwiach z najlepszego drewna; Ściany były białe jak śnieg z dużymi oknami w drewnianych framugach, z których część była otwarta; podłoga była wyłożona lśniącymi, jak drzwi od lakieru deskami. Idąc po takich deskach Will odczuwałby przyjemność, niestety wszystkie przyjemności odebrały mu, śmierć przyjaciela i brak dyktafonu. Will, mimo iż był rangerem był wrażliwy na śmierć bliskich. Jego historię w czasie, gdy był rangerem opiszę potem, a teraz przebieg rozprawy… Otóż oskarżyli go o morderstwo Alberta…. Serce mu załomotało i mało brakowało a wszystkich by pozabijał, a przynajmniej sędziego, ze swojego desert Eagle’a, którego o dziwo mu nie zabrali. Will siedział i słuchał i nagle usłyszał, coś, co go zmartwiło chyba jeszcze bardziej niż śmierć przyjaciela – został skazany na wygnanie. Will głośno protestował, ale został wyniesiony za drzwi, kazali mu się przygotować do drogi i że ma na to godzinę. Will w tej sprawie zachował opanowanie. Dom nie był jego dostał go, tylko, dlatego, że był wysoko postawiony, zasługi tez przyczyniły się do tego, ale nigdy by nie dostał tej wspaniałej siedziby gdyby nie masa pieniędzy. Jego był sklep, żeby się nic nie zmarnowały wszystko z domu i sklepu przeniósł do Jefrey’a. Dom został ogołocony, jak i sklep. Ze sklepu zabrał drzwi, okna, zostały gołe ściany, zawiasów nie oszczędził. Zabrał z tego niewiele.
Pośród wielu kartonów znalazł coś niezwykłego. Za starymi i ciężkimi pudłami na podłodze pod szmatami była szkatuła, drewniana, z metalowymi obiciami. Drewniane części pudełka były wilgotne i w niektórych miejscach trochę zgniłe, obicia, które już dawno
zaśniedziały nie trzymały się tak dobrze jak to musiało być kiedyś. Pudełko było zamknięte, ale uszkodzenia znacznie ułatwiały otwarcie i przeszukanie szkatuły. Po rzucie o ścianę Will znalazł przedwojenne monety i jakieś klucze. Will schował wszystko do plecaka, ponieważ nie zajmowało to wiele miejsca. To było wszystko, gdyby nie liczyć jakiejś dużej kulki szmat. Will, więc wyrzucił to za siebie i pomyślał – Zmarnować takie pudełko kładąc na nim mokrą bieliznę.
Will ruszył do wyjścia. Na ziemi zobaczył coś, co odmieni jego życie, coś, co spowodowałoby na pewno katastrofę, gdyby Will tego nie wziął. Will widząc przedziwny przedmiot leżący na szmatach, z których składało się zawiniątko niewiele myśląc podniósł go i zaczął oglądać ze wszystkich stron.
Przedmiot przedstawiał gładką, nieskazitelną czaszkę. Złota czaszka wyglądała tajemniczo i przyciągała wzrok, Will patrząc na nią czuł strach i zaciekawienie. Strach potęgował się wraz, gdy Will patrzał na czaszkę. Miała ona na czole dziwny otwór. Wnętrze otworu mieniąc się barwą wielu kolorów zaparła dech w piersi znalazcy. Zielony, niebieski, żółty, fioletowy, czerwony, różowy, jasny ciemny, kółka, fale…Wsadził czaszkę w kieszeń i ruszył w drogę, był pewny, że już nie wróci do domu, który od tego momentu już nim nie był. Nie pożegnany przez nikogo wyruszył wyposażony w namiot, koce, broń trochę jedzenia i wszystko przydatne, co zdołał upchnąć do plecaka ruszył w drogę. Gdy staną w bramie jego oczom ukazał się nieciekawy widok, złoty piasek, jak plaża wzbudzał w mężczyźnie strach, co było może dziwne – był rangerem i bał się pustkowi? Teraz nie stał na czele uzbrojonych goryli, którzy chodzili naokoło miasta, czasem robiąc wędrówki do gildii by je wyrżnąć. Stało przed nim wyzwanie większe niż dotychczas. Sam miał zmierzyć się z pustkowiem i nie czekał na niego już ciepły pokój i zimne piwo. Pierwszy krok zrobił na twardej ziemi, im dalej zostawiając za sobą ludzi, którzy bawią się w barach piasek stawał się miększy i trudniej było iść. Stanąwszy na pierwszej wydmie napotkanej na drodze odwrócił się i spojrzał na neony znajdujące się na wysokim budynku kasyna i na tablice z nazwą miasta.
Po kilku godzinach, gdy tarcza słońca znikała za Horyzontem, wędrowiec czuł, że już nie da rady podążać drogą. Piasek jak na gorącej pustyni znajdował się w butach i ocierał nogi. Will przystanął na jednej nodze i ściągnął but wysypując z niego piasek. Robił tak, co jakiś czas, lecz teraz jego rany doskwierały mu z powodu zwykłych butów, nie, jakie zwykle zakładał podczas pracy. Will doszedł do jakiejś nie wysokiej góry. Szczęściem było, ze znalazł przytulną grotę w momencie, gdy przemieszczała się obok sporawa grupa bandziorów. Will odpoczął i zaczął obandażowywać nogi. Cicha noc uspokoiła myśli i pozwoliła zapomnieć o wszystkim z wyjątkiem morderstwa. Nasuwające się bez przerwy pytania, kto i dlaczego nie dawały mu spokoju.

Rozdział drugi – Rada najwyższa

Jefrey siedział w barze, a oglądając kelnera podającego piwo, lecz jego myśli skupiły się na wygnanym przyjacielu. Oddał mu wszystko. Wypił resztkę drinka i wstał. Przechodząc przez drzwi zobaczył żarówkę, na którą patrzał Will, gdy nie znalazł taśmy. Jefrey szedł pewnym i szybkim krokiem. Zawsze skręcał w lewą uliczkę idąc do domu – tym razem szedł prosto. Czując, że musi coś zrobić dla Willa, przynajmniej udowodnić jego niewinność. Jefrey pomyślał o elektrowni i latarniach – z opowieści Will wynikało, że światła zgasły na moment. Zapewne przekupili ludzi z elektrowni i może tam jest dyktafon. Jefrey idą spękanym chodnikiem myślał, co zrobić z bogactwami. Gdy doszedł do elektrowni ujrzał wysoką płot z i bramkę, której pilnował strażnik. Wyglądał na zmęczonego pracą i staniem tu tyle czasu. Miał czarne, krótkie i rzadkie włosy, jego oczy skierowane były na ludzi przechodzących na około. Jego służbowe ubranie było eleganckie, ciemne granatowe jeansy i skórzana kurtka współgrały ukazując mięśnie okryte tylko niebieską koszulką, widoczną spod kurtki. Mężczyzna dzierżył w dłoniach kałach, co utrudniało sytuację. Jefrey zaczął chodzić w pobliżu, naprzykrzając się chrustowi, chrustowi, bo tak brzmiał przydomek strażnika. Budynek elektrowni stał niedaleko muru. Siatka otaczająca elektrownię oddalona od owego muru zaledwie o 40cm, pomogła Jefrey’owi na znalezienie się na terenie elektrowni. Niestety zanim wymyślił sposób na dostatnie się do elektrowni spędził na myśleniu kilka dni. Wziąwszy przecinak ruszył do akcji. Była głucha i zimna noc, wspaniała na taki włam. Dostał się między siatkę i mur niepostrzeżenie, ponieważ wszyscy siedzieli w domach i spali, przynajmniej większość, która nie piła w barze.
Trzymetrowa siatka, w której oczka ledwie mieściły się palce, była wyzwaniem dla kogoś takiego jak Jefrey, który nigdy tego nie robił, przyczyną jego anemiczności był alkoholizm mnóstwo pieniędzy z kasyna. Robiąc jednak niestworzone dotychczas akrobacje wdrapał się na szczyt opierając się nogami o mur miejski. Wyciągnął przecinak i przeciął pordzewiały, drut, który jak masa rzeczy był przedwojenny. Niestety nie pomyślał o zejściu. Runął na pełną w miejscu spadania, Jefreya ziemię. Włamywacz leżąc na piasku, zapomniał, co ma zrobić. Śniły mu się sny na jawie, sny świadome, w których mógł robić to, co chciał, sączył adwokat, którego smaku nigdy nie znał, był wniebowzięty, nie pamiętał o bolącym ciele tylko o słodyczy trunków, jakie sobie wyobrażał i czuł ich niepowtarzalny smak. Minęły dwie godzinki, które przyjemnie płynęły Jefrey’owi. W końcu przypomniał sobie widząc we śnie Willa przy piwie o dyktafonie. Szybko zerwał się lekko nieprzytomny na równe nogi, niestety kamyk leżący sobie na drodze, odświeżył jego myśli. Runął na ziemię ponownie. Teraz wstał i zamiast hucząc butami jak krowa skradał się z nie najmniejszą gracją. Doszedł do uchylonych drzwi. Spoglądając przez drewniane drzwi ujrzał czyste pole manewru. Ludzie spali, więc nie miał się, czego obawiać przy, aż za dobrze naoliwionych klamkach i zawiasach drzwi. Postanowił przejrzeć każdy pokój. Otworzył pierwsze drzwi… TAK! Jego świecącym oczom ukazał się Dyktafon! Obejrzał dyktafon i schował za pazuchę wraz z pieniędzmi leżącymi na stole. Wyszedł.
Pojawił się problem. Jak wyjść przez siatkę? Nie było ściany, o którą mógł się zaprzeć nogami, wyciągnął, więc przecinak i zaczął przeciąć oczko siatki. Męcząc się i pocąc wreszcie przeciął jeden drucik, co dalej ułatwiało sprawę. Oczka szły szybko i po chwili Jefrey był w domu i cieszył się dyktafonem. Oczywiście zaraz go odsłuchał. Na taśmie były wszystkie nazwiska! Mordercy, sklepikarzy i samego burmistrza miasta!
Jerfrey niewiele myśląc poszedł do właściciela baru i dał za puszczenie taśmy całe stare mieszkanie – teraz mieszkał w domu Willa, więc nie miał wyboru, pieniądze kończyły się mu a na zarabianie czasu nie było. Zamordowane miały być kolejne osoby ze „złotej ręki”. Nie nastąpiłoby do tego gdyby nie powiększająca się liczba ludzi. Morderstwa miały zastraszyć ludzi za tanią cenę morderstw, powodem było to, że Albert jako wiceprezes GH „tracił” masę pieniędzy na pomoc ludziom. Niestety nie wiadomo, czym przekupili burmistrza, że tak a nie inaczej poprowadził ten proces, którego w zasadzie nie było. Jakiś mężczyzna wziął od Jefreya taśmę i wsadził do „kieszeni” maszyny. Różne przełączniki ciekawiły go, a zręczny facet, który mamrocząc pod nosem pochlebne dla sprzętu słowa podsycał w Jefrey’u ciekawość. Nagle z głośników rozległ się głos.
Pomijając mało ciekawe wydarzenia zamknęli winnych. Wszystko zostało zmienione, jakby nie patrzeć, na lepsze. Powstała rada nazwana najwyższa, którą prowadziła jedna osoba, na którą jednak obywatele mówili burmistrz, nie przewodniczący, czy pierwszy obywatel. Burmistrz zależny we wszystkim, co robił od rady, w której znajdowało się 11 osób sprawował przez dwanaście lat sprawiedliwą władzę. Jefrey nie chciał być burmistrzem, za nagrodę zażądał jedynie sumy, która utrzymała jego stan materialny w obecnym stanie przez kolejne 12 lat.

Rozdział trzeci – Nowy dom

Will myślał o Jefreyu, gdy ten sączył piwo w swoim cudownym śnie, a ten się martwił, że nie będzie miał, z kim piwa pić. Szedł sobie wąwozem, dość szerokim, mającym około 200m szerokości, obserwując głazy i kamyki pomarańczowej maści. Słońce grzejące w dzień, teraz w nocy oddało się spoczynkowi, co umilało drogę. Droga była przyjemna, Will gdyby wiedział, że marsze podobne do tego sprawiają tyle przyjemności opuściłby miasto już dawno. Wędrówka wąwozem trwała kilkanaście dni. Słońce według Willa było po prostu chamskie – świeci w sam środek wąwozu, grzejąc plecy, na których spoczywa czarna kurtka z napisem „I want to conquer the world” – Czyste chamstwo i brak kultury! J Will spał w dzień w małym namiocie, gdzie chronił się od słońca, w noc budził się jak nietoperz. Był jednak przekonany, że to przebywanie w ciemnościach jest przyczyną polepszania się wzroku, lecz wcale to nie miało nic wspólnego z ciemnością otaczającą wędrowca podczas wędrówki….
Will szedł sobie, gdy dostrzegł grupę ludzi, nie widział ich dobrze, ale była to grupka ludzi, zwani Yakuza. Nosili japońskie miecze i ubrani na czarno w mroku nocy mordowali i ograbiali ludzi zatrzymujących się w wąwozie. Gdy byli w odległości pozwalającej na krzyk, który, mimo, że wspomagany przez ściany wąwozu prawie nikł u celu rozpoczęli rozmowę… Yakuza podeszli na taką odległość, dzięki, której Will spostrzegł, że to nie są przyjaciele. Rzucili się na Willa, ten widząc niekoniecznie przyjazne zamiary, japońców, wyciągnął armatę i rozwalił im łby, które od kul desert eagle�a rozbryzgały się na podłożu. Niestety Will został zraniony w nogę, jakimś nożem, który rzucił jeden z bandziorów. Noga krwawiła, lecz Will sprawnie ją zabandażował i pozbierał miecze. Znalazł jedną katanę, trzy wakizashi i tanto. Katana i tanto należały do olbrzymiego, umięśnionego faceta, który widocznie przewodził trzem pobratymcom.
Zabrawszy wszystko, co się mogło przydać, odszedł z miejsca rzeźni, bo nie była ciekawym widokiem. Zasnął.
Po dwóch dniach ciężkiej wędrówki znalazł koniec wąwozu. Był ranek, miły i przyjemny wiaterek podróżował przez wąwóz, do którego końca brakowały metry, Will przyśpieszał kroku i nagle poczuł dym, dym jak dym, ale od papierosa. Will wyciągając jednocześnie swoją armatę wyskoczył zza krawędzi mierząc w szefa karawany palącego fajkę, by zobaczyć ludzi uzbrojonych w broń.
– Coś za jeden?! – Powiedział szef karawany.
– Przyjaciel – odrzekł Will, opuszczając i chowając broń.
Dalej poszło luzacko. Will został zwerbowany do tymczasowej służbie w karawanie. Nikt Willowi nie ufał, dlatego nie pozwalali mu stać na straży samemu, Will nie mogący się przyzwyczaić do zmian godzin snu siedział całe noce i dopiero nad rankiem zasypiał. Piasek dostający się do butów przeszkadzał bardzo, a chora noga Willa doskwierała tak, że miał łzy na oczach z bólu, ale tylko czasem, pod koniec wędrówki.
Dwa wakizashi wymienił z karawaną na jedzenie. Już w połowie drogi wąwozem przymierał głodem, raz dopadł nawet jaszczurkę, ale była nie jadalna, co zniechęciło Willa do dalszego spożywania napotkanych stworzeń. Will idąc teraz widział przez dym fajki mistrza karawany, góry. Całe pasmo wysokich gór łączyło się po lewej i prawej stronie widnokręgu z wąwozem, którego już teraz nie było widać. Część dużych gór miała ścięte czuby, a małe góry broniły wejść do piaszczystych dolin i skalistych wyżyn, ciągnących się między skalistymi zboczami innych, większych gór, aż po horyzont. Między tymi górkami były drogi, pozwalające na całkiem przyjemną wędrówkę, niestety, czego kosztem były częste napaści Yakuzy i innych drobnych gangów, zdarzali się jednak pojedynczy ludzie, którzy napadali na mniejsze grupy podróżników, co jednak nie kończyło się powodzeniem napadającego. Dalej kilkadziesiąt kilometrów za górami nie zapuszczało się wiele ludzi, czy to dobrych, czy złych, wszyscy mieli swoje siedziby w górach. Dalej za górami były piękne, głęboko pod ziemią położone jeziora, krystalicznie czystych wód, znajdowali się ludzie, opowiadający o oazach z roślinnością niespotykaną nigdzie indziej. Nie wierzono im, powodem były warunki, które jak myśleli ludzie, nie pozwalały na wyrośnięcie roślin z opowiastek. Powodem tego, że ludzie nie zapuszczali się do tych pięknych krain były stwory mieszkające tam. Olbrzymie szpony śmierci liczniejsze niż mrówki – jak opowiadali tamci ludzie – były prawdziwe, bowiem nie raz można było znaleźć niepełne, połamane szkielety, przy których leżała broń, potworom nie potrzebna. Za tymi pięknymi krainami, na których mimo wszystko było mnóstwo piasku, były osady tubylców i dzikusów, jednak byli oni bardziej nowocześni niż krewni, których można było znaleźć, gdyby zapuścić się dalej. Za tymi terenami znajdowały się niezbadane tereny, na których w niewiedzy wszystkich żyły potomkowie ludzi z krypt, ludzie ci też nie wiedzieli nic o ludziach żyjących od rodzinnego miasto Willa do wyżej opisanych gór.
Szli jeszcze szmat czasu, gdy zapuścili się do krain deathclawów. Kiedy postanowili się zatrzymać było już ciemno. Mistrz karawany zapalił fajkę i oddał się myślom o zapłacie za towar… Jackie Dragon – jak zwał się chciwiec, wziął Willa tylko, dlatego, że był on prawie za darmo. To, że szli dużo wolniej było plusem dla leniwca, który miał trochę problemów z nogami. Myśli jego obejmowały też sytą ucztę, którą wystawiali zawsze dzikusy na powitanie przybyszów. Chciwy i leniwy. Miejsce postoju było całkiem ładne, dość rozległa równina otoczona górami, gdzie nie gdzie był sobie suchy krzaczek. Strzelające ognisko paliło się znakomicie, które podsycał lekki wiaterek. Niebo ukazywało piękne gwiazdy, które obserwował stróż – odświętnie oddał się stróżowaniu szef. Wszyscy spali śniąc o domu, a jedyny Will śnił o głupotach, które psuły mu komfort, jakiegokolwiek snu, a był to pierwszy dzień, w którym usnął bez problemów.
Ranek rozpoczął się jak zwykle od przyłączenia do karawany – przepych i znudzenie podróżą. Wszystko toczyło się te kilkanaście dni zanim nie przeszli gór. Doszli do krain, które były jak w opisie ludzi – była tam bujna roślinność, jak na owe czasy oczywiście. Roślinność owa zawsze okalało jeziora czystej wody – woda? Jak to woda, tyle, że czysta, ludzie, bowiem wykuwali wielkie otwory w ścianach i lokowali spływającą wodę w dołach. Ludzie ci pochodzili z krypt. Używali technologii, aby użyźnić glebę – jednak nie poradzili sobie ze szponami. Przyczynienia się do powstania tych osad dokonali jeszcze, gdy tubylcy nie mieszkali między nimi, a górami, potem nikt nie odważył się tu przyjść. Dalej góry znów były piaszczyste, lub skaliste – takie jak na początku, ale dużo bezpieczniejsze.
Pod koniec wędrówki przez góry wędrowali doliną, której koniec zablokowany był głazami. Nie była to przeszkoda wymagająca przemyślenia, czy nawet wielkiego wysiłku fizycznego. Szybko przedostali się poprzez kamienie – w nagrodę ujrzeli wioskę tubylców. Wioska otoczona była potężnymi kilkumetrowymi murami z gliny, którą wydobywali i sprzedawali przybyszom. Wejście do tej kopalni wydrążone było na prawo głazów, przez które przeszli podróżnicy. Kopalni pilnowali strażnicy w wielkich wieżach opartych o górę, po obu stronach wejścia. Strażnicy uzbrojeni w łuki pilnowali po około 12 godzin kopalni, a zależało to od pory roku, kiedy dzień był krótszy, lub dłuższy. Gdy mężczyźni widzieli wschód, albo zachód słońca dzwonili w dzwony wielkości wiadra, po czym udawali się do domów. Wydobywanie surowca nie wymagało wielkiego wysiłku od umięśnionych mężczyzn, którzy dodatkowo polewali glinę wodą z pobliskiego strumyka. Domy były po prostu lepiankami, które tworzyły cztery kręgi zwrócone do czterech ognisk wejściami, które w ciepłych porach zasłaniane były tylko kotarami, a w zimne dużą plandeką podbitą materiałami różnych rodzajów. We wnętrzach domów były wymalowane dziwne rysunki, które przedstawiały zapewne jakiś bogów. Domki miały około 4 metrów promienia, a więc były dość duże.
Monoteiści byli bardzo weseli i gościnni, zaraz odbyła się uczta przy głównym ognisku, które sięgało około 4 metrów. Wszyscy jedli na kolanach, siedząc na gorącym jeszcze piasku. Noc potęgowała magię ognia, które dzięki proszkom szamana zmieniało kolor na niebieski, a raz na zielony, czy czerwony. Will siedząc oparty o ścianę jednego domku przypomniał sobie o czaszce, którą miał w kieszeni i poczuł, że pot spływa mu po twarzy. Will jedząc z miski, kawałki mięsa i warzyw czuł ulgę.
Karawana odjechała następnego dnia, a Will został czując, że więcej nie zdoła przejść z bolącą nogą. Zamieszkał sobie na ten czas w małym domku, który jak wszystkie był z gliny. Wcześniej należał do jakiegoś myśliwego, który zginął z rąk szponów śmierci. Wiedział, że będzie za parę dni musiał odejść, bo tylko ludzie ze szczepu i zasłużeni mogą mieszkać w wiosce, a przybysze mogą tylko kilkudniowo przebywać.

Avatar

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.