Endless War

Autor: howkie

Rozdział I

Pustkowia Mojave, rok 2278. Pustkowia, które stały się polem bitwy dwóch frakcji, Republiki Nowej Kalifornii oraz Legionu cezara. Toczą one nieustanna walkę o władzę nad Mojave. Najważniejszym ich celem jest zapora Hoovera, która znajduje się w panowaniu RNK. To dzięki niej mają przewagę oraz czerpią korzyści z prądu, który wytwarza. Nie można też zapomnieć o zwykłych mieszkańcach pustkowi, którzy pomimo ciężkich czasów starają się prowadzić normalne życie. Wśród nich są również podróżnicy, którzy przemierzają pustkowia w poszukiwaniu dobrze płatnej pracy. Jedną z takich osób jest Alex. Chłopak o kasztanowych włosach i zielonych oczach. Pochodzi z Novac, jego rodzice przybyli ze wschodu. Byli handlarzami, sprzedawali żywność i medykamenty. Pewnego dnia, gdy wracali z Goodsprings, zostali napadnięci przez bandytów. Pomimo ochrony najemników, wszyscy zginęli. Wiadomość ta dotarła do Alexa po tygodniu. Był zdruzgotany. Miał wtedy dwadzieścia lat i całe życie przed sobą. Po wielu miesiącach żałoby postanowił wziąć się w garść i pomścić rodziców. Za kapsle, znalezione w skrytce ojca kupił skórzany pancerz. W skrytce znalazł również stary karabin myśliwski. Pomimo swojego wieku był w całkiem dobrym stanie. Zamek wyglądał na lekko zmodyfikowany, a drewniane części był pomalowane ciemnozieloną farbą. Magazynki z amunicją 0.308, które były razem z bronią powkładał w kieszonki przy pasku od pancerza. Pożegnał się z mieszkańcami miasteczka i wyruszył w podróż. Nie wiedział od czego zacząć, był młody i nie miał doświadczenia w tych sprawach. Postanowił zostać zwykłym podróżnikiem, a przy okazji pomóc ludziom. Czuł, że zaczyna nowy rozdział w swoim życiu. Chciał co prawda pomścić rodziców, lecz zanim to nastąpi musiał dowiedzieć się kto za tym stoi i nabrać więcej doświadczenia w strzelaniu. Nie był złym strzelcem. W Novac mieszkało dwóch snajperów, którzy służyli kiedyś w RNK. W wolnym czasie pokazywali mu jak się strzela. Takich lekcji nie było dużo, często nie mieli czasu, lub amunicji. Lecz pomimo tego, sporo się nauczył. Potrafił strzelać ze sporych odległości. Nie zawsze celnie, lecz każde trafienie z dużej odległości było dla niego sukcesem. Nauczył się również jak dbać o broń i dokonywać łatwych napraw. Wystarczyło mieć trochę sprytu i złomu pod ręką. Gdy wyruszył w podróż zabrał ze sobą kilka części, które jak się okazało, były mu niedługo potrzebne.
Pewnej nocy, gdy szukał miejsca na nocleg doszły go dziwne ryki. Tak jakby ktoś umierał. Alex dobrze znał ten ryk, był to ghul, który przymierza się do ataku. Serce zaczęło walić mu młotem, ryki były coraz bliżej, powoli się odwrócił. W jego stronę biegła czwórka zdziczałych ghuli, w tym jeden świecący. Zaklął pod nosem i przeładował karabin. Wycelował i wystrzelił. Chybił. Ponownie zaklął i strzelił. Tym razem strzał był celny. Trafił prosto w głowę, powalając martwego już ghula na ziemię. Pozostało trzech, wciąż zbliżających się przeciwników. Przeładowanie, strzał i dźwięk pocisku przebijającego czaszkę. Czyli to co Alex lubił najbardziej podczas strzelania do wrogów. Każdy celny strzał, każdy zabity przeciwnik dawał mu coś w rodzaju podniecenia. Czuł wtedy przepełniającą go energię. Za każdym razem miał ochotę się uśmiechnąć, lecz próbował zgrywać twardziela – niestety nie wychodziło mu to za dobrze. Ponownie przeładował broń, lecz tym razem nie strzelił. Zamek zaciął się w pozycji tylnej. Nagle cała energia i podniecenie odpłynęło, a pojawiła się panika i śmiertelne przerażenie. W jego stronę zbliżały się pozostałe dwa ghule. Były bardzo blisko, jakieś dwadzieścia metrów. Alex nie wiedząc co zrobić zaczął po prostu uciekać. Zarzucił karabin na plecy i biegł w stronę pobliskiej skały. Dzikie ghule nie potrafiły się wspinać, więc z łatwością im uciekł. Biegł tak szybko jak tylko potrafił. Nie oglądał się za siebie, nie zatrzymywał się. Ryki robiły się coraz cichsze, w końcu ustały. Alex zatrzymał się, po czym pochylił aby złapać oddech i lekko obrócił aby spojrzeć, czy aby na pewno uciekł. Ku jego uciesze nie było widać ghuli. Rozejrzał się dookoła aby sprawdzić czy nie ma w pobliżu miejsca aby rozbić obóz i naprawić broń. W pobliżu nie było żadnej jaskini, lecz była sporych rozmiarów skała. Była lekko pochylona, co dawało idealne miejsce na nocleg Alex wyciągnął z plecaka kilka deseczek, które znalazł przy złupionej karawanę i rozpalił nimi ognisko. Usiadł pod skałą i zabrał się za naprawę karabinu. Tak jak myślał, łuska wystrzelonego pocisku zaklinowała się i nie mogła wylecieć, przez co zamek nie chciał wrócić do przedniej pozycji. Wyciągnął łuskę, a następnie wyczyścił lufę i zamek. Przy okazji znalazł kilka części, które były w bardzo złym stanie i wymienił je. Gdy skończył odłożył karabin na bok i spojrzał w niebo. Nie był mistrzem przetrwania, lecz po pozycji księżyca domyślał się, że dochodzi północ.Westchnął, oparł się o skałę. Musiał dotrzeć do Goodsprings, aby uzupełnić zapasy. Po dłuższej chwili spędzonej na spoglądaniu w dal, poczuł się senny Zrobił małe rozeznanie terenu, aby upewnić się czy w okolicy nie ma żadnych wrogich stworzeń. Było cicho i pusto. Zadowolony położył się na ziemi obok przygasającego ogniska. W ręku trzymał naładowany karabin, aby w razie czego móc się bronić. Leżał patrząc w dal, na niebie widać było poświatę, jakby od wybuchu. Nie był to wybuch, był to światła dobiegające ze Stripu Nowego Vegas. Miejsca, gdzie wiele osób pochłonęły hazard, alkoholizm i prostytutki. Alex przysiągł sobie, że Strip będzie ostatnim miejscem, jakie zwiedzi w swojej podróży. Nie miał zamiaru tam iść. Na razie.

Rozdział II

– Myślisz, że się uda? Ich jest około dwudziestu, a nas jest tylko pięciu.
– Nie wkurwiaj mnie, planujemy ten skok od miesiąca. To tylko zwykła karawana.
Bandyci nie zauważyli, że ktoś ich obserwuje. Alex siedział na skałach nad nimi. Był niewidoczny, dzięki cieniowy rzucanemu przez skałę. W końcu trafiła mu się akcja, na którą czekał. Miał okazję się wykazać.
– Dobra, zbliża się. Przygotujcie broń, będzie niezły rozpierdol.
Alex czekał na dobry moment. Gdy karawana wyłoniła się zza ruin domu, bandyci ruszyli do ataku. Najpierw ściągnęli najlepiej uzbrojonych strażników, a potem zaczęła się najzwyklejsza rzeź. Pociski latały wszędzie. Ku zdziwieniu Alex’a, bandyci wygrywali tę walkę. Strażnicy karawany padali jak muchy, a kupcy chowali się za braminami. Już czas. Alex przeładował karabin i zeskoczył niżej. Powoli podszedł do jednego z bandytów, który został na skale, aby zapewnić pozostałym wsparcie.
– Te, bandyta – Odparł Alex z powagą w głosie.
Gdy ten się odwrócił, dostał kolbą karabinu głowę, równocześnie tracąc przytomność. Alex, nie zaprzestał na tym. Gdy bandyta padł nieprzytomny, związał go i zakneblował. Tak, aby po wszystkim mógł go przesłuchać. Alex spojrzał na drogę, gdzie wciąż trwała strzelanina. Podniósł karabin i wycelował w bandytę, z karabinem laserowym w ręku. Strzał, krzyk i mnóstwo krwi na drodze. Przeładowanie, strzał i dźwięk pocisku odbijającego się od kawałka blachy.
– Kurwa – syknął.
Alex ponownie przeładował karabin, tym razem wycelował dokładnie. Wstrzymał oddech i strzelił. Pocisk przebił czaszkę bandyty na wylot równocześnie wyrzucając za sobą kawałek mózgu. Pozostali dwaj bandyci byli w szoku. Nie wiedzieli skąd padają strzały. Byli pewni, że wyjdą z tego zwycięsko. Jak widać mylili się. Jeden z nich dostrzegł Alex’a i wystrzelił w jego stronę serię z karabinu szturmowego. Alex padł na ziemię kryjąc się przed ostrzałem. Poczekał, aż bandyta się wystrzela. W międzyczasie przeładował karabin. Gdy ostrzał się skończył, ten wychylił się i strzelił. Kolejny trafiony cel, teraz pozostał tylko jeden bandyta, który przestraszony wyszedł zza osłony, zrobionej z wraku samochodu. Podniósł ręce na znak poddania się. Jak się okazało strażnicy karawany byli równie okrutni co bandyci. Jeden z nich powalił go na ziemię i strzelił mu ze strzelby w głowę. Gdy wszystko się skończyło, Alex zsunął się ze skały na drogę i skierował w stronę karawany.
– A ty coś kurwa za jeden? Kolejny bandyta!? – Strażnik, który przed chwilą zabił bandytę, celował w Alex’a.
– Hej, spokojnie! Pomogłem wam z bandytami. Myślisz, że dlaczego wszyscy zaczęli nagle zdychać?
– Więc to ty? Ha, a już myślałem, że któryś z tych kupców odważył się wyciągnąć spluwę. Muszę ci podziękować. Czemu nam pomogłeś?
– To długa historia, wystarczy jak powiem, że podróżuje po pustkowiach by pomagać ludziom?
– Jakoś wierzyć mi się w to nie chce. No ale nic, nie będę wnikać. Co powiesz, za trochę amunicji i wody w ramach podziękowania?
– Amunicji, wody i dobrej kobiety nigdy nie odmawiam.
Ochroniarz roześmiał się i zaprowadził Alex’a do jednego z handlarzy.
– Curtis, ten chłopak pomógł nam z bandytami. Ba, sam wybił prawie wszystkich. Daj mu trochę amunicji i wody, należy mu się.
– Mhm – Curtis spojrzał na karabin Alexa – karabin myśliwski? No, nieczęsto spotyka się je tutaj na Mojave. Powinienem mieć trochę amunicji 0.308, daj mi chwilę.
Handlarz zaczął grzebać w pakunkach zawieszonych na braminach. Po jakimś czasie wyciągnął trzy magazynki i wręczył je Alex’owi.
– Proszę, niestety mogę dać ci tylko dwie butelki wody. Kończą nam się zapasy.
– Tyle wystarczy, dziękuję. Gdzie zmierza wasza karawana?
– Do Primm. Mamy zamiar zostać tam na kilka dni, a następnie wyruszyć do Novac. Czemu pytasz?
– Z ciekawości – Alex spojrzał na niebo i wziął głęboki wdech. – Mogę zabrać się z wami? I tak zmierzałem w tamtą stronę.
– Jeszcze się pytasz? – ochroniarz nie dał handlarzowi szansy na odpowiedź – Za chwilę ruszamy, przygotuj się bo przed nami jeszcze trzy dni drogi.
– Na skale zostawiłem jednego bandytę, jest związany. Co z nim zrobimy?
– Zostawmy go. Niech cierpi, nad bandytami nie ma co się litować. Przy odrobinie szczęścia zjedzą go kojoty.
Alex schował amunicję, wodę i przeładował karabin. Porozglądał się po pobojowisku, jakie zostało po strzelaninie. Podszedł do ciała jednego z bandytów i zaczął mu się przyglądać. Do prawej nogi miał przywiązaną kaburę z pistoletem 9mm oraz kilka magazynków przy pasku. Alex wzruszył ramionami i zabrał pistolet wraz z magazynkami i kaburą. Teraz miał broń poboczną, w razie ponownego zacięcia się karabinu i czuł, że fajnie wygląda z pistoletem przy nodze. Zadowolony dołączył do ruszającej karawany.
Primm było niewielkim miastem na obrzeżach Mojave. Nie było tam wielu kupców, co łatwo można było zauważyć. Gdy mieszkańcy zobaczyli karawanę rzucili się w stronę handlarzy, aby kupić niezbędne im przedmioty. Gdy Curtis zbijał pieniądze na mieszkańcach miasta, Alex i ochroniarz siedzieli na ławce popijając Sunset Sarsaparille.
– Słuchaj młody – zaczął ochroniarz. – Nie wiem nawet jak masz się nazywasz, a czuję jakbym znał cię od bardzo dawna. Jest w tobie coś dziwnego.
– Dziwnego? Cóż, na tym świecie nie ma rzeczy normalnych, każdy jest na swój sposób dziwny. A co do mojego imienia, nazywam się Alex. Nazwisko nie jest tak istotne.
– Skoro tak twierdzisz. Ja nazywam się George. Powiedz mi no… dlaczego podróżujesz aby pomagać innym? Opłaca ci się to?
– Czasami opłaca. Raz dostanę w podzięce kapsle lub amunicję, a raz dostanę zwykłe podziękowania. A dlaczego to robię? Hm, może dlatego, że na tym świecie jest dostatecznie wielu skurwieli do zabicia, a może dlatego, że naoglądałem się dość cierpienia innych ludzi.
– Nie za młody jesteś na takie rzeczy? Uwierz mi, widziałem wielu takich jak ty. Zwykle kończyli jako karma dla kojotów.
– Masz rację, jestem jeszcze gówniarzem, ale… ale wiem, że to moje powołanie. Moi rodzice zostali zabici przez bandytów. Chcę ich pomścić, ale zanim to się stanie muszę dowiedzieć się kto to zrobił. Gdy dorwę tego skurwiela to przysięgam, że mu…
– Wiem co czujesz, tez straciłem rodziców w podobny sposób. Lecz nie mściłem się. Wiedziałem, że szukanie bandyty nie ma sensu, równie dobrze mógł już zostać zabity przez jakąś bestię albo członka jakiegoś gangu. Odpuściłem sobie poszukiwania i dołączyłem do karmazynowej karawany jako ochroniarz. I tak do dzisiaj podróżuję po pustkowiach wraz z karawanami.
– Długo to robisz?
– Bo ja wiem. Będzie już jakieś dziesięć lat. Hej, a gdzie teraz pójdziesz? Wątpię, żebyś chciał iść z nami dalej po tym, jak wpadłeś w łajno bramina. – George roześmiał się. – Myślałem, że umrę ze śmiechu!
– Mi akurat nie było do śmiechu – mruknął pod nosem Alex. – W połowie drogi do Goodsprings odłączę się od was i skieruję na północny wschód. Podobno w tamtym kierunku jest niewielki obóz bandytów. Może czegoś się tam dowiem o moich rodzicach.
– Obóz bandytów? Nie no, masz jaja chłopie. Dam ci radę, atakuj z ukrycia tak jak wtedy gdy się poznaliśmy. Gnojki nie będą wiedziały skąd strzelasz. Da ci to przewagę nad nimi.
– Dzięki. Kiedy wyruszacie?
– Jutro z rana. Mamy jeszcze cały dzień. Nie wiem jak ty, ale ja idę po kolejna Sarsaparillę. Chcesz?
– Nie, spasuje. Idę się przejść.
– Jak sobie chcesz.
George oddalił się w stronę automatu z Sunset Sarsapillą. Alex wstał, zarzucił karabin na plecy i skierował się do pobliskiego wodopoju. Gwar z miasteczka powoli cichł, tak jak lubił. Bardzo często podróżował w ciszy, przez co przywykł do niej i hałas źle na niego wpływał. Dekoncentrował się i łatwo denerwował. Gdy dotarł do wodopoju, pochylił się nad kamiennym korytkiem pełnym czystej wody i wziął spory łyk. Woda była chłodna i orzeźwiająca – rzadkość na pustyni. Zadowolony wziął kolejny łyk, a następnie nabrał jej trochę do manierki, którą trzymał przy pasie od spodni.
– To ty pomogłeś karawaniarzom z tymi bandytami? – Z tyłu dobiegł go słodki, kobiecy głos.
Alex się odwrócił, za nim stała młoda dziewczyna, na oko w jego wieku. Miała blond włosy, zielone oczy i była nieco niższa od Alex’a. Patrzył na nią przez chwilę, zamurowało go. Pierwszy raz widział tak piękną dziewczynę. Po chwili zorientował się, że oczekuje na jego odpowiedź.
– Ee, tak. Kto ci powiedział? George?
– Nie, Curtis. Jest przyjacielem mojego ojca. Słyszałam, jak opowiadał mu o twoim wyczynie.
– Jaki tam wyczyn. Po prostu staram się pomagać.
– Przestań, nie masz pojęcia jaką się wykazałeś odwagą. Mało kto walczy z bandytami bezinteresownie. Sadzę, że powinieneś dostać nagrodę.
– Cóż, dostałem już od Curtisa trochę wody i amunicji.
Dziewczyna uśmiechnęła się, a na jej twarzy pojawił się rumieniec.
– Nie o takiej nagrodzie mówię Alex.
– N-nie? A o jakiej?
– Och, po prostu zamilcz.
Dziewczyna podeszła bliżej, a następnie objęła jego szyję i zaczęła całować namiętnie. Alex był zaskoczony. Wiedział, że pomagając innym zostanie nagrodzony, ale nie aż tak. Nie opierał się, wręcz przeciwnie. Również ją objął i zaczął całować. Po chwili dziewczyna wyrwała się z jego objęcia i uciekła w stronę miasta.
– Hej! Zaczekaj! Dlaczego uciekasz?
Nie uzyskał odpowiedzi. Został sam przy wodopoju.
– Baby… – parsknął.
Skierował się do miasta. Nie gonił dziewczyny. Szedł powoli, wciąż czując zapach jej włosów. Pachniały jabłkami. Ten zapach zapadł mu w pamięć jeszcze przez dłuższy czas.
Późnym wieczorem, na ulicach miasta wciąż było wielu mieszkańców. Alex siedział na ławce pijąc Nuka-Colę, którą wyciągnął z automatu. Patrzył na księżyc, który już prawie górował. Nagle ktoś obok niego usiadł. Był to Curtis.
– Rozumiem, że zapoznałeś się z Christine.
– Z kim?
– Och, nie zgrywaj głupiego. Mówię o tej dziewczynie, którą spotkałeś przy wodopoju.
– Widziałeś nas?
– Ba, nie tylko ja. George myślał, że będziecie się tam pieprzyć. Powiedz mi… dlaczego ona uciekła? Coś ty jej powiedział?
– Nic, nic nie mówiłem. Objąłem ją, a ona uciekła. Do teraz nie rozumiem co się stało.
– Eh, nie obwiniaj się za to. Christine zawsze była nieśmiała wobec obcych. Ale dziwi mnie to, że odważyła się na takie coś. Powiem ci jedno, chyba ją zauroczyłeś.
No pięknie – pomyślał Alex. – Jeszcze tego mi brakowało…
– Po twoim wyrazie twarzy wnioskuję, że nie jesteś z tego powodu zadowolony – ciągnął Curtis. – Wiem dlaczego. Jesteś z takich co nie potrafią usiedzieć długo w jednym miejscu. Nie martw się. Nie jesteś pierwszym, który ją zauroczył. Za kilka dni jej przejdzie. Po prostu opuść miasto, a ona prędzej czy później o tobie zapomni.
– Zrobię tak, ale… na samą myśl dręczy mnie sumienie…
– Tak z ciebie świętoszek? No to cię pocieszę, ona wie, że jutro z rana opuszczasz miasto. Być może przyjdzie do ciebie i pożegna się należycie.
Alex uśmiechnął się i wstał od ławki. Pożegnał się i ponownie skierował do wodopoju. Chciał tam przenocować, miał pod dostatkiem wody i było tam w miarę bezpiecznie. Wziął ze sobą stary materac, który dostał od jednego z mieszkańców. Rozłożył go w takim miejscu, aby mieć dobry widok na okolicę. Nie chciał, aby coś go zaskoczyło. Położył się na nim i zamknął oczy. Po kilku godzinach snu, obudziły go czyjeś kroki. Otworzył oczy i zobaczył przed sobą ludzką sylwetkę.
– Christ…
– Nic nie mów.
Christine położyła się nad nimi zaczęła go całować. Jedną ręka rozpinała swoją sukienkę, a drugą położyła na brzuchu Alexa i zaczęła zjeżdżać nią niżej. Lepszego pożegnania nie mógł sobie wyobrazić.

Rozdział III

Minęły dwa lata, a Alex wciąż nie znalazł ani jednej informacji na temat zabójców swoich rodziców. Powoli zaczął odpuszczać poszukiwania. George miał rację, nie można całe życie szukać osoby, która równie dobrze może być już martwa. Zaprzestał wybijania bandytów i zaczął przeszukiwać opuszczone budynki w poszukiwaniu różnych, przydatnych rzeczy. Jednym z takich budynków był stary komisariat. Otoczony był ogrodzeniem, które widywało już lepsze dni, a za ogrodzeniem stały wraki radiowozów. Ściemniało się, a Alex musiał znaleźć miejsce na nocleg. Wyciągnął pistolet z kabury i podszedł do drzwi. Lewą ręką złapał za klamkę, a prawą wyciągnął pistolet przed siebie. Powoli, lecz z okropnym skrzypieniem otworzył drzwi. W środku było ciemno i śmierdziało stęchlizną, jak to na takie miejsca przystało. Przez zabite okna padały łuny światła. Oświetlały ściany długiego korytarza pełnego drzwi do różnych pomieszczeń. Alex stanął przy drzwiach od pierwszego pomieszczenia. Nasłuchiwał jakichkolwiek hałasów. Najczęściej w takich miejscach można było zastać dzikie ghule. Powoli złapał za klamkę i otworzył drzwi, rozejrzał się po pomieszczeniu i schował pistolet z powrotem do kabury. Przy ścianach stały bardzo stare i poniszczone krzesła, zaś na wprost drzwi znajdowało się sporych rozmiarów biurko. Po krótkich oględzinach Alex opuścił pokój i skierował się do następnego. Następne pomieszczenie okazało się być pokojem lekarskim, a raczej tym co z niego zostało. Podszedł do apteczki leżącej na biurku pod oknem i otworzył ją. Była pusta, zaklął pod nosem i ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu. Dopiero teraz zorientował się, że było splądrowane. Szuflady od burka i szafek był pootwierane, a na podłodze zobaczyć można było ślady butów. Alex przykucnął i przyjrzał się śladowi, który odcisnął się wśród brudu. Był świeży, jakby ktoś był tu dosłownie przed chwilą. Wstał niepewnie i ponownie wyciągnął pistolet z kabury. Czuł, że nie jest tu sam. Opuścił by to miejsce, lecz musiał gdzieś przenocować. Nawet jeśli wiązało by się to z zabiciem kilku ghuli i bandytów. Opuścił pomieszczenie i stanął na środku korytarza spoglądając na jego drugi koniec. Wyciągnął niewielką latarkę, włączył ją i podniósł rękę tak, aby mieć ją pod pistoletem. Strumień światła skierował na ścianę na końcu. To co zobaczył spowodowało u niego o wiele szybsze bicie serca. Na podłodze leżały czyjeś zwłoki, które były pokarmem dzikiego ghula. Alex nie słyszał ani nie wyczuwał jego obecności nim nie zapalił latarki. Powoli się wycofywał, niestety. Ghul go zobaczył. Wstał, zaryczał i zaczął szarżować w jego stronę. Alex wycelował i strzelił, trafił w klatkę piersiową, co nie zatrzymało przeciwnika. Ponownie strzelił, skutek był podobny.
– Giń! Kurwa! Giń!
Wystrzelił resztę magazynka w stronę ghula, a ten padł martwy na ziemię wpół drogi.
– Jezu… oni są coraz mocniejsi… – wydusił z siebie Alex, po tym jak oparł się o ścianę.
Gdy przeładował pistolet i uspokoił się, usłyszał jęk. Nerwowo rozglądnął się po korytarzu. Był pusty. To pewnie jakiś stary mebel – pomyślał. Niestety, ponownie doszedł go jęk. Kobiecy jak zażył zauważyć. Wyciągnął przed siebie pistolet i latarkę i powoli zaczął iść przed siebie.
– Halo? Jest tam ktoś?
Nie uzyskał odpowiedzi, lecz ponownie usłyszał jęk. Tym razem głośniejszy.
– H-Halo?
Alex czuł, że jeszcze chwila i wybiegnie z budynku z krzykiem. Serce waliło mu młotem, nie wiedział co jest źródłem jęku. Miał jedynie nadzieję, że to nie jakaś bestia. Niemal na końcu korytarza zlokalizował źródło jęku. Dochodził z pokoju, do którego drzwi były zamknięte. Schował latarkę z powrotem za pasek i złapał za klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz, lub zabarykadowane. Wziął głęboki wdech i powiedział coś w co sam nie uwierzył, że mówi.
– Jeśli mnie słyszysz, to odsuń się od drzwi. Zaraz je wyważę!
Nie otrzymał odpowiedzi. Cofnął się, ponownie wziął głęboki wdech i kopnął drzwi z całej siły. Drgnęły. Dobry znak, nie były zabarykadowane. Ponownie kopnął je w pobliżu klamki. Drgnęły mocniej, tym razem wraz z framugą. Gdy to zobaczył, odpuścił sobie kopanie. Gdyby drzwi poleciały wraz z framugą to najpewniej przygniotły by to coś, co wydaje jęki. Zastanawiał się co zrobić, gdy nagle przypomniał sobie, że może przestrzelić zamek. Zaśmiał się pod nosem, dlaczego nie wpadł na to wcześniej? Zdjął karabin z pleców i zbliżył do zamka. Odwrócił głowę w bok i strzelił. Wydał się metaliczny odgłos, Alex spojrzał na drzwi. Były uchylone, udało się. Zarzucił karabin na plecy i wyciągnął pistolet, wraz z latarką. Powoli otworzył drzwi, pomieszczenie było niewielkie, dookoła były porozrzucane różne przedmioty, a na podłodze była krew. Jej ślady prowadziły na drugi koniec pokoju. Pod ścianą leżała kobieta w skórzanej kurtce i spodniach, była skulona i mamrotała coś pod nosem. Wyglądało na to, że jest ciężko ranna. Alex natychmiast schował pistolet i podbiegł do niej. Położył dłoń na jej ramieniu. Drgnęła, lekko odwracając głowę, tak aby móc na niego spojrzeć. Miała niebieskie oczy, a jej włosy były kasztanowe. Wyglądała na mniej więcej 20 lat, czyli dwa lata mniej od Alex’a. Otworzyła usta i wybełkotała.
– P-proszę…
– Nic nie mów. Jesteś bezpieczna. Pomogę ci.
Nie był pewien, ale wydawało mu się, że dziewczyna się uśmiechnęła. Delikatnie wziął ją na ręce i opuścił pokój. Skierował się do pomieszczenie lekarskiego, w którym był wcześniej. Położył ją na stole i podszedł do włącznika światła przy drzwiach. Modlił się, żeby światło działało. Przekręcił włącznik. Dookoła zrobiło się jasno, niestety nie tak jasno jak się tego spodziewał. Lampa miała swoje lata. Lepsze to niż nic – pomyślał. Zamknął drzwi, zabarykadował je dużą, metalową szafką i podszedł do dziewczyny.Obrócił ją na plecy, trzymała dłonie na brzuchu. Były całe we krwi.
– Chryste, dziewczyno. Co ci się stało?
Nie uzyskał odpowiedzi, nie ruszała się.
– O kurwa… mam nadzieję, że nie…
Przyłożył palce do jej szyi. Wyczuwał puls. Żyła, widocznie straciła przytomność. Tym lepiej, nie musiał przejmować się jej krzykami podczas zabiegu. Podniósł jej dłonie i ułożył z boku. Rozpiął górną część od pancerza. To co zobaczył wywołało u niego uśmiech. Nie nosiła biustonosza. Uśmiech zniknął, gdy zobaczył ranę. Wyglądała, jakby coś ją ugryzło, lub niemiłosiernie podrapało. To musiał być ten ghul, którego spotkał na korytarzu. Westchnął i odpiął sakwę, którą miał przy pasku. Przysunął do siebie niewielki stolik i wysypał na nim jej zawartość. Miał w niej niezbędne medykamenty. Najpierw wziął Med-X, aby ją znieczulić. Gdy to zrobił, wziął manierkę i szmatkę. Przetarł ranę i przyglądnął się jej dokładnie. O dziwo nie wdało się żadne zakażenie. Wziął nić i igłę i zaczął zszywać ranę. Gdy skończył, wziął stimpaka i wbił w zaszytą ranę. Czerwony płyn wytrysnął ze strzykawki i wszystko, powoli zaczęło się goić. Alex miał nadzieję, że to wystarczy, nie znał się na medycynie aż tak dobrze. Dla pewności ponownie sprawdził puls dziewczyny. Wciąż żyła. Odetchnął z ulgą i przyjrzał się jej klatce piersiowej. Uśmiechał się szeroko i przykrył ją kocem, który znalazł w szafce przy drzwiach. Zmęczony całą tą sytuacją oparł się o ścianę i napił wody z manierki. Wziął tylko dwa łyki. Musiał zostawić trochę wody dla tej dziewczyny. Na pewno będzie spragniona, gdy się wybudzi. Gdy odłożył manierkę, podszedł do szafki barykadującej drzwi. Ustawił ją pod pewnym kątem, aby lepiej spełniała swoją rolę. Gdy to zrobił, zorientował się, że ma ręce całe we krwi. Wytarł je w szmatkę, którą przeczyszczał ranę i odłożył na pobliski stolik. Spojrzał przez szparę w zabitym dechami oknie. Była noc, ponownie westchnął. Usiadł, pod ścianą. Ułożył karabin na swoich nogach i zasnął.
Obudził go szelest. Złapał karabin i zerwał się na nogi. Spojrzał na stół, na którym leżała dziewczyna. Nie było jej. Podszedł do stołu, w pół drogi z tyłu doszedł go czyiś głos.
– Hej.
Szybko odwrócił się wciąż celując przed siebie. Przed nim stała ona. Dziewczyna, której pomógł. W ręku trzymała manierkę.
– Ej spokojnie! Odłóż ten karabin. No, po pierwsze chcę ci podziękować za pomoc. Gdyby nie ty to pewnie bym umarła. A po drugie… nie gniewaj się ale wypiłam całą wodę, strasznie mnie suszyło.
Alex odłożył karabin a uśmiechnął się nieznacznie.
– Zostawiłem tę manierkę abyś mogła się z niej napić. Więc nie, nie gniewam się. Kiedy się obudziłaś?
– Jakąś godzinę temu, nie chciałam cię budzić. Miałeś w ręku karabin, pewnie byś mnie zastrzelił.
– Spokojnie, jestem z tych co najpierw zadają pytania, a potem strzelają. Powiesz mi… co robiłaś w takim miejscu?
Niewielki uśmiech zniknął z twarzy dziewczyny, a pojawił się grobowy wyraz twarzy. Usiadła na starym krześle i westchnęła. Spojrzała na Alexa’, który wiedział już, że historia nie będzie zabawna.
– Pochodzę z Freeside. Jak się domyślasz byłam biedna. Ba, bardzo biedna. Życie było ciężkie, musiałam sama zdobywać pożywienie. Nie byłam typowym babochłopem, więc walka nie jest moją mocną stroną. Więc… więc nauczyłam się kraść. Tak jestem typową złodziejką, nie patrz tak na mnie. Nie miałam wyboru. Pewnego dnia zostałam przyłapana na kradzieży steka z bramina. Chryste, ale była z tego afera. O jeden pieprzony stek. – złapała oddech i westchnęła – Jak to ze złodziejami bywa, zostałam ukarana. To była najgorsza kara, jaką mogłam sobie wyobrazić. Tamtejsi „strażnicy” jeśli można ich tak nazwać, sprzedali mnie jakiemuś podróżnikowi jak niewolnika. Tak niewolnika. Czy ja wyglądam na niewolnika? Dokładnie. Ten cały podróżnik przeszukiwał różne miejsca. Nie wiem po co, ale wspominał coś o przed wojennych technologiach. No i tak trafiliśmy tutaj. Jego dopadł dziki ghul, a ja zostałam przez niego zraniona. Uciekłam do najbliższego w miarę bezpiecznego miejsca i tu pojawiłeś się ty. Kiedy wziąłeś mnie na ręce, urwał mi się film.
– Nie próbowałaś uciec temu podróżnikowi?
– Wiele razy. W końcu nie wytrzymał i związał mi ręce. Trzymał mnie jak na smyczy. Cieszę się, że nikt tego nie widział bo wyglądało to naprawdę kretyńsko… i tak się czułam.
Alex przez chwilę milczał, przemyślał całą opowiedzianą mu historię i spojrzał na dziewczynę.
– Więc jesteś złodziejką?
– Tak, co z tym zrobisz?
– Cóż… dwa lata temu po prostu sprzedał bym ci kulkę w łeb. Ale szczerze mówiąc wisi mi to.
Kiedyś chciałem pomagać ludziom, zwalczać zło na świecie. W końcu uświadomiłem sobie, że to poroniony pomysł i zacząłem po prostu podróżować.
– Czyli… nic mi nie zrobisz?
– Oczywiście, że nie. Dlaczego miałbym ci coś zrobić?
– Wybacz po prostu cała ta sytuacja… jestem poddenerwowana. Nie przedstawiłam się, nazywam się Katherine. Ty nie musisz mi się przedstawić, wiem jak masz na imię.
– Doprawdy? Skąd?
– Wyryłeś swoje imię na kolbie karabinu. Pierwszy raz widzę, żeby ktoś podpisywał swoja broń.
– Po prostu chcę uniknąć pewnych niedogodności.
– Niedogodności?
– Tak. Jakiś czas temu, pewien dupek myślał, że uda mu się przywłaszczyć mój karabin. Mówił, że należy do niego, że nie uda mi się udowodnić tego, że go ukradł. Żałuj, że nie widziałaś jego miny gdy pokazałem mój podpis na kolbie.
– I co z nim zrobiłeś?
– Ze złodziejem? Postrzeliłem go w nogi i odszedłem. Spokojnie, nie patrz tak. Nic ci nie zrobię. Mówiłem już, że jesteś bezpieczna.
– No dobra, wieżę ci. – Gdy skończyła zdanie, złapała się za brzuch i syknęła.
Alex podbiegł do niej, przykucnął i złapał ją za ramię.
– Wszystko w porządku?
– Nie wiem. Boli mnie… tak jakby ktoś mnie dźgnął.
– Cóż, nie jestem najlepszym lekarzem. Zająłem się raną tak jak potrafiłem. Muszę cię zabrać do lekarza. Dasz radę iść?
– Tak… chyba tak.
– W porządku, poczekaj tu. Sprawdzę czy na zewnątrz jest bezpiecznie.
Alex wstał, podszedł do szafki blokującej drzwi i odsunął ją. Wyciągał pistolet z kabury i powoli otworzył drzwi. Rozejrzał się po korytarzu, było pusto. Skierował się do głównego wyjścia. Otworzył drzwi, światło padające z zewnątrz oślepiło go na chwilę. Gdy oczy przywykły do panującej jasności, rozejrzał się wokół. Wszystko wyglądało tak, jak wtedy gdy tu przyszedł. Nie było nikogo. Odetchnął z ulgą. Odwrócił się aby wejść do środka. Nie musiał wchodzić. W progu stała Katherine, wciąż trzymała się za brzuch.
– Mówiłem ci, żebyś poczekała.
– Wybacz, taka już jestem. Rzadko kiedy słucham. Idziemy?
– Tak, dzień drogi stąd jest klinika. Tam powinni ci pomóc.
– Alex…
– Tak?
– Jeszcze raz… dzięki.
– Nie ma za co. Chodź, wezmę cię pod ramię.

Rozdział IV

– Alex. Alex! Wstawaj! No, spałeś dobre dwie godziny. Twojej przyjaciółce nic nie jest. Dobrze, że zająłeś się jej raną.
– Doktor Reed… na pewno nic jej nie jest? Pod koniec drogi wyglądała, jakby za chwilę miała umrzeć.
– Na pewno. Po prostu straciła sporo krwi i zasłabła.
– Ile płacę?
– Nic.
– Nic?
– Tak, nie pamiętasz, że jestem ci winna przysługę?
– No tak… cholera chciałem to wykorzystać do darmowych stimpaków. Gdzie jest Katherine? Mogę ją zobaczyć?
– Jest w pokoju na końcu korytarza. Dlaczego tak o nią wypytujesz? Czyżby między wami było coś więcej?
– Co? Nie. Między nami nic nie ma, znam się dopiero od wczoraj…
– Aha, czyli mam rozumieć, że za kilka dni coś będzie?
– Reed…
– No dobra. Droczę się z tobą. Idź do niej, wydaje mi się, że czeka na ciebie.
– Wcale na niego nie czekam – zza doktor Reed dochodził znajomy Alex’owi głos.
– Mówiłam ci, że masz leżeć. Rana musi się zagoić.
Alex zaśmiał się. Wstał i złapał doktor Reed za ramię.
– Ona nie lubi słuchać. Zostawisz nas samych na chwilę?
Doktor wzruszyła ramionami i poszła do swojego gabinetu. Tymczasem Alex podszedł do Katherine i przyjrzał się jej.
– Co ci powiedzieli o ranie?
– Że wyjdę z tego. Gdyby nie twoja.. jak to oni powiedzieli… a tak. Gdyby nie twoja nieudolna pomoc medyczna to bym tam umarła.
– Nieudolna… ja im kurwa pokażę nieudolność – Alex mruknął pod nosem.
– Spokojnie, ważne chyba jest to, że żyję. Co teraz zamierzasz zrobić? Gdzie pójdziesz?
– Ja? A może my?
– My?
– Cóż, przemyślałem sobie kilka spraw i…
– O nie nie nie… nie będę z tobą podróżować.
– Dlaczego? Gdybyśmy podróżowali razem, bylibyśmy samowystarczalni.
– Co masz na myśli?
– Ja potrafię strzelać, a ty kraść. Ja mogę przeszukiwać niebezpieczne miejsca, a ty okradać kupców.
– Chcesz żebym kradła?
– A czy nie robiłaś tego przez całe swoje dotychczasowe życie?
Katherine westchnęła i usiadła na krześle obok. Nie odzywała się, wyglądała jakby zastanawiała się nad wszystkim. Po kilku minutach intensywnego rozmyślania, w końcu się odezwała.
– No dobra, ale pod kilkoma warunkami.
– Oho… zaczyna się.
– Chcesz, żebym ci towarzyszyła czy nie?
– No dobra, zamieniam się w słuch.
– Zero obmacywania.
– Słucham?
– Dobrze słyszysz. Znam was facetów, gdybyście tylko mogli to dobralibyście się do wszystkich kobiet na świecie. A poza tym, gdy się obudziłam komisariacie to miałam rozpiętą kurtkę. A dobrze wiesz co się pod nią znajduje.
– To nie tak, ja…
– I teraz druga sprawa.
– Aż się boję.
– Obiecaj mi, że nikomu nie powiesz kim tak naprawdę jestem.
– W sensie złodziejką?
– Tak od cholery. Nikt nie lubi złodziei. Niemal wszyscy kończą na stryczku, lub pod ścianą.
– To wszystko?
– Tak, gotowy?
– A twoja rana?
– Oh, zagoi się. Jeszcze chwila w tym szpitalu, a oszaleję. Mam wrażenie, że lekarz, który się mną zajął, obmacywał mnie.
– Masz wrażenie?
– Tak, uśpili mnie, bo musieli coś zoperować… nieważne, nie będę ci się tłumaczyć.
– No dobra, przygotuj się. Za godzinę idziemy.
– A gdzie, jeśli można spytać?
– Słyszałem, że dwa dni drogi stąd są ruiny starego miasteczka. Mam nadzieję znaleźć trochę amunicji.

Rozdział V

– Miasteczko powiadasz?
– Mówiłem ci, że to będą ruiny. No ale fakt, jest tu niezły burdel.
Przed nimi znajdowały się szczątki budynków, wraki samochodów i mnóstwo ciał leżących na ziemi.
– Te ciała… – Katherine przerwała panującą wokół ciszę. – to nie są strażnicy RNK?
– Chyba tak, noszą ich uniformy. Wygląda mi to na robotę bandytów.
Alex podszedł do zwłok krzepkiego mężczyzny i lekko go kopnął aby sprawdzić, czy aby na pewno nie żyje. Miał na sobie metalowy pancerz.
– Taaak, to bandyci. To chyba przywódca. Tak, zdecydowanie. Zwykle noszą metalowe pancerze i wyglądają jakby dostali łajnem po ryju.
Alex porozglądał się wokół. Jego wzrok zatrzymał się na dziecięcym wózku. Stał na środku drogi, a z jego wnętrza wydawał się jakiś niezrozumiały bełkot.
– Alex, myślisz to samo co ja?
– Nie wiem co ty myślisz, ale ja myślę, że tam jest dziecko.
– Sprawdzimy to, czy będziemy się tak gapić?
Katherine ruszyła w stronę wózka, Alex złapał ją za ramię w geście zatrzymania. Niestety zapomniał, co mówiła mu o dotykaniu i spotkał się z jej zabójczym spojrzeniem.
– Coś ci chyba mówiłam.
– Wybacz, ale nie pójdziesz tam bez broni. Poczekaj tu, ja to sprawdzę.
Wyciągnął pistolet z kabury i wycelował w stronę wózka. Powoli szedł przed siebie, szukając jakichkolwiek podejrzanych rzeczy. Na ziemi nie było ani jednej miny lub innej pułapki. Gdy był już przed wózkiem, schował pistolet do kabury i pochylił się. Gdy odsłonił, szmatkę, która robiła za kołderkę zamurowało go. W środku zamiast dziecka był ładunek wybuchowy i głośniczek, z którego wydobywał się bełkot. Z głośniczka wydobył się dziecięcy płacz, a diody na bombie zaczęły migać. Alex nie myślał długo, rzucił się do ucieczki krzycząc w stronę Katherine.
– UCIEKAJ! TO BOMBA! UCIE…
Nim skończył zdanie, bomba wybuchła, a fala uderzeniowa powaliła go na ziemię. Wybuch był ogromny, jak na tak mały ładunek. Oszołomiony, obrócił się na plecy, i rozejrzał dookoła. Dzwoniło mu w uszach, a obok leżały płonące szczątki wózka. Gdy wstał, coś uderzyło go w tył głowy, przez co stracił przytomność.
Obudził się związany. Wciąż miał zamknięte oczy, a przed nim słychać było jakąś rozmowę.
– No no, niezły karabinek. Co z nim zrobimy?
– Jak to co? Zatrzymamy sobie! Pistolecik też jest niczego sobie.
Bandyci – pomyślał Alex – Zasrani bandyci. Wpadł w ich pułapkę. Gdy doszedł do siebie, otworzył oczy i rozejrzał się wokół. Nie był w ruinach miasteczka. Był gdzieś pośrodku pustkowia. Przed nim znajdowało się ognisko i dwie wysokie postacie. Nie zwracały na niego uwagi. Były zbyt zajęte przeglądaniem jego ekwipunku. Miał jedynie nadzieję, że nie dorwali Katherine. Z zamysłu wyrwał go męski, gruby głos.
– Obudził się!
Jeden z bandytów podszedł do związanego Alex’a i przyłożył mu nóż do szyi.
– Powiedz nam gdzie jest twoja przyjaciółka, a puścimy cię wolno.
– Pierdol się. Myślisz, że ci uwierzę? Ha, znam was bandyt…
Dostał trzonkiem noża po głowie. Poczuł przeszywający ból rozchodzący się po całym ciele.
– Słuchaj no. Chcemy tylko zabawić się z twoją przyjaciółką. Ma niezły tyłek,a o cyckach nie wspomnę. Niestety gdzieś nam uciekła.
– Kurwa, człowieku. Nie mam pojęcia gdzie ona jest. Byłem zbyt zajęty uciekaniem przed waszą bombą.
– Nie wkurwiaj mnie! Dobrze wiesz gdzie ona jest! Powiedz albo poderznę ci gardło!
Alex milczał. Miał spuszczoną głowę, wciąż bolała go na skutek uderzenia nożem. Również był ciekaw, gdzie jest Katherine. Miał jedynie nadzieję, że nie zostawiła go na pastwę bandytów.
– Zostaw go! – odezwał się drugi bandyta. – Posiedzi kilka godzin bez wody i jedzenia, to będzie gadać.
Nie żartowali, mijała już siódma godzina, a Alex czuł ogromne pragnienie.
– Katherine – szeptał sam do siebie – Gdzie ty jesteś? Na litość boską, gdzieś ty uciekła?
– Jestem za tobą.
Ktoś szeptał mu do ucha. Tak, to była ona. Jej słodki głos. Alex chciał odwrócić głowę, lecz uświadomił sobie, że jeśli zacznie się ruszać to może przykuć uwagę bandytów.
– Gdzieś ty do cholery była? Nie mogłaś przyjść szybciej?
– Wybacz. Musiałam poczekać aż się ściemni. Śledziłam was od samego miasteczka. Poczekaj, zaraz cię rozwiążę.
Poczuł ruch przy swoich dłoniach. Po chwili, sznur, którym był związany poluzował się. Wstał powoli i spojrzał na siedzących przy ognisku bandytów.
– Co z nimi? Mają mój sprzęt, nie mogę go tak zostawić.
– Weź mój nóż, po prostu poderżnij im gardła.
Alex nie zastanawiał się długo. Wziął nóż, który trzymała Katherine. Był sporych rozmiarów, wyglądał jak zwykły nóż kuchenny. Podkradł się do ogniska i szybkim ruchem przejechał ostrzem po gardle jednego z bandytów.
– Co jest kurwa! – jego towarzysz zerwał się z miejsca przerażony. Chciał sięgnąć po karabin Alex’a. Niestety nigdzie go nie było.
Alex zaś stał nad ogniskiem wciąż trzymając zakrwawiony nóż w ręku. Spojrzał na bandytę i zaczął powoli iść w jego stronę.
– No co? Teraz się boisz? Bo nie jestem związany i bezbronny?
– Jak? Jak się uwolniłeś?!
– Pomogła mi moja przyjaciółka, stoi za tobą.
Bandyta odwrócił się gwałtownie, gdy to zrobił, ujrzał lufę karabinu wycelowaną w jego głowę.
Katherine patrzyła na niego przez chwilę i pociągnęła za spust. Krew, i kawałki mózgu wleciały na twarz Alex’a, który stał kilka metrów za bandytą. Zaś pocisk drasnął go w policzek.
– KURWA! Kobieto! Mogłaś mnie zabić! Dlaczego nie dałaś mi żadnego znaku?
– Przepraszam! – Katherine odrzuciła karabin na bok. – Nie wiedziałam, że wystrzeli!
– Nie wiedziałaś!? A co miał zrobić? Rozlecieć się? Ah, cholera. Mój policzek.
Alex usiadł przy ognisku i wytarł twarz w rękaw. Przyłożył dłoń do policzka i przyjrzał się śladowi krwi na niej. Draśnięcie nie było tak duże jak sądził. Westchnął i spojrzał na dziewczynę siedzącą po drugiej stronie ogniska. Jej spojrzenie było pełne przeprosin. Alex’a poruszyło sumienie, nie wytrzymał.
– Nic się nie stało. Po prostu… po prostu wystraszyłaś mnie.
– Ja naprawdę…
– Daj spokój. Najważniejsze, że bandyci nie żyją, a my jesteśmy bezpieczni.
– Co teraz?
– Nie wiem, najpierw muszę pozbierać swój ekwipunek do kupy – Alex rozejrzał sie wokół. – No cholera, wypili moją Whiskey! Dałem za nią dwadzieścia kapsli – westchnął – no nic, przygotuję się i ruszamy dalej.
– Nie przenocujemy tutaj? O tej porze pustkowia są niebezpieczne.
– Pustkowia nigdy nie są bezpieczne. Poza tym to obóz bandytów. Gdybyśmy tu przenocowali to nad ranem bylibyśmy już martwi. A przynajmniej ja, bo ciebie najpierw by zgwałcili. Na pewno umówili się tutaj z resztą bandy. Musimy znaleźć inne miejsce.
– Więc prowadź.
– Dlaczego ja? – Alex wypowiadając to zdanie ponownie przetarł twarz.
– A dlaczego nie?
– Cóż. Może dlatego, że trochę się odwodniłem i byłem związany w niewygodnej pozycji przez ponad siedem godzin?
– No dobra. Tylko nie narzekaj, że znalazłam złe miejsce na nocleg.
Ruszyli na północ, po mniej więcej dwóch godzinach marszu znaleźli opuszczony obóz. Znajdowało się w nim kilka sporych namiotów i resztki paleniska. Wszystko było przysypane piaskiem. Musiało stać opuszczone od dość dawna. Z racji, że było naprawdę późno, a oboje byli wyczerpani, zatrzymali się tam.
– W normalnych warunkach – zaczął Alex – ktoś z nas musiałby stać na warcie. Ale teraz… nie ma to większego sensu, wokół obozy leży pełno pustych i potłuczonych butelek, w razie czego obudzimy się.
– W porządku. Biorę tamten namiot.
– Czekaj, nie będziemy spać razem?
– Rozum ci odjęło? Nie mam zamiaru z tobą spać, kto wie co zrobiłbyś podczas snu.
– Jak tam sobie chcesz, dobranoc.
– Dobranoc…
Alex wyciągał latarkę zza paska i włączył ją. Wszedł do namiotu i rozejrzał się po jego wnętrzu. Tak jak myślał, w środku walało się kilka pustych puszek po jedzeniu i kilka starych materacy. Położył się na jednym z nich i zasnął.

Rozdział VI

Słońce górowało. Było bardzo gorąco jak to na pustynię przystało. Alex i Katherine zrobili postój przy kilku dużych skałach. Ona siedziała w cieniu, a Alex wspiął się na jedną ze skał i obserwował teren.
– Katherine..
– Taa?
– Słyszałaś o kryptach?
– A kto nie słyszał? Ludzie schowali się w nich zanim wybuchła wojna. Dlaczego pytasz?
– Zawsze chciałem jedną zobaczyć, jakiś czas temu ich szukałem. Podobno większość znajduje się w jaskiniach. Przeszukiwałem wszystkie jaskinie, jakie spotkałem. Gdy trafiłem na gniazdo kazadorów to dałem sobie spokój.
Usłyszał jedynie chichot, spojrzał w dół.
– Ta, bardzo śmieszne. Rzuć mi butelkę wody, strasznie mnie suszy.
– Magiczne słowo.
– Abrakadabra.
– Widzę, że humor ci dopisuje po tym jak omal nie spadłeś z klifu.
– To twoja wina, popchałaś mnie.
– Ja? To ty pogwałciłeś moją prywatną przestrzeń.
– Co ty masz z tym dotykaniem i przestrzenią osobistą? Masz jakąś manię czy co?
– Nie, po prostu nie pozwalam się dotykać wszystkim wokół. Nie jestem jakąś dziwką rodem z Nowego Reno. Chcesz te wodę czy nie?
– Mhm, ile butelek nam zostało?
– Czekaj sprawdzę… o-o.
– O-o?
– To ostatnia butelka.
Alex westchnął ciężko i zeskoczył ze skały, spojrzał na plecak z prowiantem. Fakt, została tylko jedna butelka.
– No to jesteśmy, że tak powiem w czarnej dupie. Najbliższa osada, lub miejsce z wodą jest niecałe dwa dni drogi stąd.
– Żartujesz prawda?
– Nie.
– Chcesz mi powiedzieć, że wyruszyliśmy na środek pustkowia bez sprawdzania zapasów wody?
– Sprawdzałem je. To twoja wina, pijesz wodę niczym alkoholik wódkę.
– Nie denerwuj mnie! Musimy znaleźć wodę inaczej skończymy jako karma dla sępów!
– Spokojnie, za chwilę skierujemy się do najbliższego miasteczka. Tylko pójdę na stronę.
– No wiesz? Przy kobiecie?
– Nikt nie każe ci patrzeć, jak ci się nie podoba to się oddal.
Katherine parsknęła i odwróciła się plecami, oparła się o skałę i spoglądała w dal. Tymczasem Alex okrążył skałę i rozejrzał się wokół. Zrobił jeszcze krok od przodu i zamarł. Gdy zrobił krok, usłyszał kliknięcie. Spojrzał w dół. Tak, stanął na minie. Przełknął ślinę i spojrzał za siebie.
– Katherine!
– Co znowu?
– Możesz przyjść tu na chwilę?
– Nie śmieszą mnie takie rzeczy, sam sobie nie poradzisz?
– Ja nie żartuję…wdepnąłem na minę!
– Jaasne…
– KURWA MAĆ! WDEPNĄŁEM NA MINĘ PRZECIWPIECHOTNĄ! MAM CI JĄ PRZYNIEŚĆ?!
Nie otrzymał odpowiedzi, po chwili zaś usłyszał pośpieszne kroki. Katherine spojrzała na nogę Alexa i gwizdnęła.
– O cholera, ty nie żartowałeś.
– A czy ja wyglądam na żartownisia? Umiesz to rozbroić?
– Ekhem, no cóż…
– Pięknie… po prostu pięknie…
– A może to niewypał? Spróbuj podnieść nogę.
– Zgłupiałaś do reszty.
– Hej! Mam ci pomóc czy nie?
– Tak, ale oczekuję na bardziej logiczne propozycję.
– A to nie jest logiczne? Nie potrafisz rozbroić miny, a już tym bardziej ja. Wolisz spróbować czy tak stać, aż w końcu coś cię zabije?
Alex stał ze spuszczoną głową, oddychał ciężko. Serce waliło mu młotem. Zacisnął zęby i podniósł nogę. Cisza, wciąż miał zamknięte oczy.
– Umarłem?
– Tak, a ja jestem duchem, buu…
Otworzył oczy, ponownie spojrzał w dół. Mina nie wybuchła, odetchnął z ulgą. Oparł się plecami o skałę i usiadł na ziemi.
– Jezu… skąd wiedziałaś, że to niewypał?
– Nie wiedziałam, zgadywałam.
– Jesteś szurnięta…
– Hej, to nie ja podniosłam nogę aby sprawdzić czy mina wybuchnie.
– Ale mnie do tego namawiałaś.
– Ale nie sądziłam, że to zrobisz! Wstań.
Alex wstał, Katherine podeszła do niego i… przytuliła go.
– U, jak miło. Dlaczego to zrobiłaś?
– Uznaj to jako nagrodę za odwagę.
– Za odwagę? A co dostane jak własnoręcznie ubiję szpona śmierci?
– Nie przeginaj…
– No dobra, musimy iść po wodę. Pakuj się, za chwilę wyruszamy.
– A ty?
– A mi zaraz pęknie pęcherz, więc proszę cię. Idź się pakować.

***

– Alex… słabo mi…
– Wytrzymaj, jeszcze kilka kilometrów i dojdziemy do źródeł Goodsprings.
– Nie dam rady, ledwo idę.
– Chodź, wezmę cię na ręce.
– Pod jednym warunkiem…
– Tak tak, zero obmacywania. Chodź.. uh, ależ ty ciężka.
– Przysięgam, że jak odzyskam siły to dam ci za to w gębę.
– Mhm.
Oczekiwania Alexa się spełniły. Po godzinie marszu doszli do źródła. Oboje rzucili się w stronę kamiennego korytka z wodą. Gdy ugasili pragnienie, usiedli w cieniu. Alex spojrzał na Katherine i uśmiechnął się nieznacznie. Ona również na niego spojrzała, po chwili uderzyła go w twarz.
– Nigdy.. nigdy nie mów mi, że jestem ciężka! Po prostu byłeś osłabiony!
– Wybacz, ale jestem pewien, że…
– BYŁEŚ OSŁABIONY!
– No dobra… niech ci będzie. Gotowa na spacer?
– Spacer?
– Do Goodsprings. To kilka minut drogi. Uzupełnię zapasy, a ty… a ty zajmiesz się tym co robią kobiety.
– Chcę ci pomóc.
– Ty? Pomóc? Chyba porządnie się odwodniłem.
– Nie denerwuj mnie, razem podróżujemy i dzielimy się wszystkim. Dlaczego miałabym nie pomagać ci w zakupach?
– No dobra, dam ci kapsle i kupisz u miejscowego doktora Stimpaki i Med-X.
– Ile dokładnie?
– Cóż, trzy Med-X wystarczą w zupełności. Za resztę kapsli kup tyle stimpaków ile się da.
– A ile dostanę?
– Sto, muszę kupić wodę i amunicję, a z kapslami u mnie cienko.
– A od czego masz mnie?
Alex spojrzał przed siebie, siedział przez chwilę rozmyślając kilkoma rzeczami. Po chwili uśmiechnął się i spojrzał na Katherine.
– Zrobisz to?
– No ba. Raz ukradłam torbę lekarską, a handlarz nawet się nie zorientował.
– Na co ci torba lekarska?
– Dla mojej siostry.
– Masz siostrę? Nigdy mi nie mówiłaś.
– Bo nie pytałeś – wstając poklepała Alex’a po ramieniu – może kiedyś się poznacie. A teraz jeśli wybaczysz, muszę okraść doktorka.
– Nie zaczekaj. Doktora nie okradaj bo to naprawdę porządny facet. Idź do sklepu obok baru.
– Słuchaj no, amunicja i woda swoje ważą a medykamenty są lekkie i łatwo je schować. Więc siedź cicho i pozwól mi działać.
Alex wzruszył ramionami i siedział jeszcze przez chwilę. Katherine skierowała się w stronę wodopoju i pochyliła nad korytkiem wciąż stojąc do niego tyłem. Mimowolnie spojrzał na jej nogi, które w obcisłych, skórzanych spodniach wyglądały wprost bajecznie. Skierował wzrok wyżej. Uśmiechnął się ponownie i wstał. Zarzucił karabin na plecy i skierował się do miasteczka.

***

– To będzie dwieście kapsli.
– Chet, błagam cię. Mam tylko sto dwadzieścia, nie możesz zrobić mi upustu?
Handlarz oparł się dłońmi o ladę i lekko wykrzywił.
– Już ostatnio zrobiłem ci upust. Znajdź sobie jakąś dobrze płatną robotę, albo kontroluj swoje wydatki. Nie dostaniesz żadnej zniżki. Płać dwieście albo wynocha!
– Ty pijawko. – syknął Alex przez zęby – No dobra, zrezygnuję z trzech magazynków. Ile teraz?
– Sto piętnaście.
– Jaja sobie robisz.
– Nie, równe sto piętnaście. Znowu ci się nie podoba?
– Dobra, masz tu te kapsle.
– Interesy z tobą to czysta przyjemność. – Chet uśmiechnął się.
– A pocałuj mnie w dupę. Specjalnie dajesz takie ceny.
Alex opuścił sklep, schował magazynki do sakiew przy pasku, a wodę wrzucił do torby, którą miał przerzuconą przez ramię. Zostało mu pięć kapsli, co prawda dał Katherne jeszcze sto, lecz już się z nimi pożegnał. Na pewno wyda je na kobiece sprawy. Zrezygnowany wszedł do baru. Zamówił najtańszą Whiskey jaka była – akurat pięć kapsli. Usiadł przy stoliku na drugim końcu sali i zaczął powoli wypijać zawartość butelki. Zaczął zastanawiać się nad swoim życiem. Czy kiedyś przestanie podróżować? Czy założy rodzinę? A co z Katherine? Co ona ze sobą zrobi gdy ich drogi się rozejdą, a prędzej czy później rozejdą na pewno. Alex wolał, żeby to nigdy się nie stało. Bardzo ją lubił, nie był pewien co do swoich uczuć wobec niej. Lubił jej obecność, śmiech i stanowczość. Nie sądził, żeby nimi powstało coś więcej, niż zwykła przyjaźń. Nie pasowali do siebie. Nie wiedział czemu, lecz to wyczuwał. Nie mógł sobie wyobrazić jej i siebie w związku, na samą myśl ma ochotę się śmiać.
– A ty z czego się tak cieszysz? Za dużo Whiskey? – Katherine siedziała po drugiej stronie stołu, nawet nie zauważył kiedy się dosiadła.
– Co? Nie… nie. Myślałem nad paroma rzeczami… to jak? Udało ci się?
– No ba, doktorek nawet się nie zorientował, że zniknęło mu kilka rzeczy.
– Nawet nie chcę wiedzieć jak to zrobiłaś. Masz jeszcze te kapsle, które ci dałem?
– Nie, wydałam na niezbędne mi rzeczy.
– Niech zgadnę. Spinki, gumki do włosów i wibrator?
– Jesteś ohydny. Gdybym miała ochotę na seks to bym cię zaciągnęła gdzieś w ustronne miejsce.
Alex’a tak to zaskoczyło, że aż się poprawił, lekko pochylił nad stolikiem i zaśmiał pod nosem.
– Dobrze słyszałem?
– Słuchaj, ze wszystkich sukinkotów jakich miałam okazję spotkać, ty jesteś najnormalniejszy. A poza tym… ufam ci. Myślisz, że podróżowała bym z tobą gdybym ci nie ufała?
– Coś w tym jest. Masz jakieś sugestie, gdzie moglibyśmy pójść?
– Dlaczego mnie o to pytasz? Zawsze ty decydowałes gdzie idziemy.
– Nie mam pojęcia, gdzie moglibyśmy pójść. Nie słyszałem o żadnych opuszczonych budynkach lub innych ciekawych miejscach w okolicy.
Katherine przez chwilę zastanawiała się nad czymś. Po chwili złapała butelkę Whiskey i wzięła sporego łyka.
– Może pójdziemy na strip?
– Strip? A po co?
– No wiesz, trochę zaszalejemy. Może uda nam się wygrać co nieco.
– Kobieto, przecież jesteśmy spłukani. Jak chcesz… ou. Rozumiem, znowu chcesz pobawić się w złodziejaszka?
– Mhm. – Katherine wzieła kolejnego łyka – To jak? Idziemy?
– No dobra, ale najpierw oddaj mi resztę kapsli.
– Po co ci?
– Muszę kupić kolejną Whiskey. Wszystko mi wypiłaś…

Rozdział VII

– Alex! Nie umieraj! Proszę cię! Oni tu idą!
– Katherine… ja… przepraszam…
– Proszę nie! To tylko dobra rana! Nie umieraj!
– To bardzo poważna rana, uwierz mi… zawsze chciałem ci coś powiedzieć…
– Co takiego?
– Ja cię…koch…
– CO?!
Dobiegł go kobiecy głos. Nagle dookoła zrobiło się ciemnawo. Alex leżał na ziemi, owinięty był kocem. To był sen, uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na palące się ognisko. Po drugiej stronie siedziała Katherine. W lewej ręce trzymała puszkę wieprzowiny z fasolą, a w prawej starą łyżeczkę. Patrzyła na Alex’a z ogromnym zdziwieniem. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że widzi rumieniec na jej twarzy. Choć równie dobrze mogło być to światło padające od ogniska.
– Co? – wybełkotał.
– Ty… ty wiesz, że mówiłeś przez sen?
Alex zaklął pod nosem. Słyszała jak chciał wyznać jej miłość prze sen. Ponownie na nią spojrzał.
– To nie tak jak myślisz…
– Och, doprawdy? Brzmiałeś całkiem wiarygodnie.
– Od kilku dni mam bardzo dziwne sny. Wczoraj śniło mi się to samo, tylko było na odwrót. To ty chciałaś… hej, a poza tym skąd masz tę puszkę?
– Ee, ja…
– Wiedziałem, że wyjadasz zapasy… widziałem…
– Byłam bardzo głodna. Musiałam coś zjeść.
– Dobra dobra, byle byś nie dobierała się do mojej Whiskey.
– No cóż…
– Powiedz, że tego nie zrobiłaś. Powiedz, że nie wypiłaś mojej Whiskey.
– Hej. Nie myśl, że jesteś tutaj jedyną osobą, która pije alkohol. Idź spać, jutro rano wyruszamy.
Alex mruknął coś pod nosem i położył się plecami do ogniska. Leżał przez chwile słuchając trzasku palącego się drewna i zasnął.

***

Rano zbudził się jako pierwszy. Był świt, a Katherine jeszcze spała. Wstał i rozejrzał się wokół. Było cicho i pusto. Usiadł przy tlących się resztkach ogniska i sięgnął do torby z prowiantem. Zaklął, zostały im dwie puszki wieprzowiny i trzy butelki wody. Miał nadzieję, że szybko dojdą na miejsce, bo inaczej umrą z pragnienia lub z głodu. Wziął jedną puszkę i leżącą obok łyżeczkę. Otworzył ją i zaczął wyjadać zawartość. Gdy skończył, wyrzucił pustą puszkę na bok i wypił trochę wody. Ponownie rozejrzał się wokół po czym spojrzał na Katherine, która właśnie się obudziła.
– Mam złe wieści, kończą nam się zapasy – odparł z powagą w głosie.
– Nasze szczęście, że jesteśmy bardzo blisko Nowego Vegas.
– Tia… dobra wstawaj. Musimy się zbierać. W tej okolicy widuje się sporo bandytów.
– Dobra dobra. Daj mi chwilę na ogarnięcie się i wyruszamy.
Katherine zdjeła gumkę z włosów tym samym rozpuszczając je. Sięgały jej do ramion. Kilka razy nimi potrząsnęła i spowrotem spięła w kucyka.
– No dobra, pakujmy się i w drogę. Miło będzie znów odwiedzić Freeside. Ciekawe jak tam moja siostra, mam nadzieję, że ten drań John się do niej nie dobrał.
– Kobieto – Alex przewrócił oczami. – Zacznijmy się pakować. Nie mam zamiaru stać tutaj do wieczora i słuchać twoich opowieści.
– Coś ty taki w gorącej wodzie kąpany?
– Bo przypomniała mi się pewna bardzo ważna rzecz…
– Doprawdy? Jaka?
– Mam rachunki do wyrównania we Freeside. Twoja historyjka o siostrze rozgrzebała stare wspomnienia.
– Powiesz mi jakie?
– Teraz nie. Będzie na to inna pora – Przeładował karabin. – Chodźmy.

***

Freeside było biedną dzielnica Nowego Vegas. Głownie trafiali tam bankruci lub ludzie, którym w życiu się poszczęściło. Pełno było tam bandziorów i handlarzy narkotykami. Alex i Katherine weszli wschodnią bramą. Ona pobiegła spotkać się z siostrą, a on udał się do sklepu Mick’a i Ralph’a.
– Ralph! Kopę lat!
– Alex! Dobrze widzieć cię całego. Jak tam poszukiwania? Dowiedziałeś się czegoś?
– Dałem sobie z tym spokój. To nie miało sensu. Włóczę się teraz po pustkowiach szukając zarobku.
– Więc co cię tutaj przywiało? Wątpię, żebyś znalazł tu jakąś dobrą robotę.
– Mam swoje powody. Muszę wyrównać pewne rachunki i zaszaleć na Stripie.
– Czekaj czekaj… jak chcesz wejść na Strip?
– Główną bramą?
– Masz dwa tysiące kapsli?
– Ile? – Alex pochylił się nad biurkiem, za którym siedział Ralph.
– Dwa tysiaki. Odźwierny bramy musi sprawdzić czy masz przy sobie dwa tysiące kapsli. To takie zabezpieczenie przed bankrutami i oszustami.
– Nie ma innego sposobu?
– Cóż… jest jednotorówka, ale mogą jej używać tylko żołdaki RNK i grube ryby. No i są paszporty.
– Gdzie dostanę taki paszport?
– Mam na stanie jeden fałszywy, ale nie mogę ci go dać. Król powiedział, że wpadnie po niego ktoś kto pomógł mu w ważnej sprawie.
– Cholera… skąd ja wezmę dwa tysiące kapsli? Nie stać mnie nawet na butelkę Whiskey…
– Mogę ci je dać.
– W sensie, że pożyczka? Nie – parsknął.- Nigdy nie pożyczam kapsli.
– Nie nie, źle mnie zrozumiałeś. Widzisz… na stripie jest pewien facet, któremu wiszę akurat dwa tysiaki. Dam ci je, a ty dzięki nim wejdziesz do środka, a przy okazji spłacisz mój dług. Proste?
– A gdzie haczyk?
– Nie ma haczyka. Po prostu zaniesiesz kapsle tak gdzie trzeba i po sprawie. Facet ma na imię Benny, znajdziesz go w kasynie The Tops.
Alex przez chwilę się zastanawiał. Nie było innego sposobu, aby dostać się na strip, a druga taka sytuacja mogła się nie nadarzyć. Wziął sakwę z kapslami i wyszedł ze sklepu. Skierował się do fortu Mormon, gdzie pracowała siostra Katherine. Alex przeszedł przez duże drewniane drzwi i rozejrzał się wokół. Jego wzrok zatrzymał się na mężczyźnie, opierającego się o skrzynię i spoglądającego na niego. To był George, poznał go od razu. Uśmiechnięty podszedł do niego.
– George! Miło znów cię zobaczyć. Co tu robisz? Przyłączyłeś się do Uczniów? – zaśmiał się.
– Taaa, prędzej zostanę żołdakiem RNK. Jeden z ochroniarzy karawany został mocno ranny. A ty? Znowu bawiłeś się z bandytami?
– Nie, przyszedłem po przyjaciółkę. Powinna gdzieś tu być. Brunetka, nieco niższa i młodsza ode mnie. Widziałeś ją może?
– Ta w skórzanej kurtce? Siedzi tu od jakiegoś czasu i ciągle gada z jakąś blondyną. Poczekaj… powiedziałeś przyjaciółkę?
– Bardziej towarzyszkę broni, od jakiegoś roku podróżuje ze mną. A co? Zazdrościsz?
– Nie no… ale nie spodziewałem się, że takie laski się z tobą zadają.
– To się cholera zdziwisz. Coś się nią tak zaciekawił?
– Bo widzisz… może mnie z nią zapoznasz? No wiesz, umówiłbyś ją ze mną na jakiegoś drinka.
– Może i bym was zapoznał, ale nie wiem czy byś tego drinka przeżył. Ta dziewczyna jest wybredna i ma cholerną manię dotykania. Nawet ja nie mogę jej złapać choćby za ramię bez pozwolenia bo dostanę po gębie.
– Boisz się baby? Przecież ona jest chudziutka i na pewno nie ma tyle siły.
– Może i nie. Jest za to złodziejką i potrafi nieźle się skradać.
– Hmm… czyli jest gibka? To przydatna rzecz w… dlaczego się tak głupawo uśmiechasz?
Alex wskazał mu palcem, żeby się odwrócił. George tak zrobił, za nim stała Katherine. Rzuciła mu chłodne spojrzenie i kopnęła z całej siły w krocze. Upadł na ziemię łapiąc się za nie.
– Słaba baba? Słuchaj no chłopie, tylko mnie tknij, a urżnę ci jaja i rzucę kojotom na pożarcie!
Alex zaśmiał się pod nosem, kucnął obok leżącego Georga i poklepał po ramieniu.
– Znam ten ból, stary. Na twoje szczęście są tu lekarze. Pomogą ci i wszystko będzie cacy.
George wybełkotał coś niezrozumiałego, po czym wstał i skierował się do namiotu na drugim końcu fortu. Alex spojrzał na Katherine i uniósł prawą brew.
– To jak? Idziemy?
– Już wmyśliłeś jak wejdziemy na Strip?
– Mhm – odpiął sakwę od paska i uniósł ją przed siebie.
– Czy to… skąd to masz?
– Od znajomego, niestety nie wydamy ich.
– Jak to?
– Mam je zanieść pewnemu gościowi. Przynajmniej wejdziemy do środka. Jakoś sobie poradzimy bez nich. Ty coś ukradniesz, a ja będę grać przy stole.
– Dlaczego ty?
– A choćby dlatego, że nieźle radzę sobie w blackjacka, a to bardzo dochodowa gra. To jak? Idziemy, czy chcesz jeszcze coś przedyskutować?
Katherine przewróciła oczami i skierowała się w stronę bramy. Alex wzruszył ramionami i poszedł za nią. Gdy byli na miejscu, podjechał do nich Securitron z twarzą policjanta na ekranie znajdującym sie na środku jego stalowej obudowy. Alex lekko zdenerwowany wyciągnał sakwę z kapslami i zbliżył do robota. Ten stał chwilę w bezruchu, tak jakby coś analizował , z jego środka wydał się pipczący odgłos i robot odsunął się w tył wskazując im bramę.
– Cóż… – szepnął Alex – to było łatwe…
Gdy przeszli przez mosiężną bramę, ich oczom ukazały się budynki pełne migających świateł, na ulicach szwędali się żołnierze RNK i hazardziści, a wokół słychać było muzykę Dean’a Martin’a.
– Więc tak to wygląda – zaczęła Katherine. – To gdzie idziemy?
– Do kasyna The Tops, muszę oddać te cholerne kapsle… tylko gdzie to kasyno?
– The Toops? – przed nimi stanął mężczyzna, od którego zionęło alkoholem na milę. – O taam.
– Ee, dzięki… chyba.
Oboje skierowali się do dużego budynku, na drugim końcu ulicy. Gdy Alex złapał za klamkę od drzwi, z tych wyszedł mężczyzna w ciemnym prochowcu z namalowaną na plecach flagą przedwojennej ameryki i kapeluszu na głowie. Wymienili się spojrzeniami. Alex znał tego mężczyznę, co prawda nie wiedział jak ma na imię, lecz mówił na niego Kurier. Jeszcze gdy był początkującym podróżnikiem, spotkał go w Boulder City. Wspólnie podróżowali przez krótki czas. Od czasu, gdy ich drogi się rozeszły nie widział go do dziś. Z zamysłu wyrwał go dźwięk butelki tłuczonej przez jakiegoś pijaka. Ponownie na niego spojrzał i wydusił z siebie:
– Kurier…
Nie był pewien co mu odpowiedział. Nie dosłyszał, ponieważ muzyka grająca wokół była zbyt głośna. Po chwili został sam z Katherine.
– Alex? Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha..
– Co? Uh.. tak tak… po prostu…
– Kim jest ten facet? Kurier? Dobrze usłyszałam?
– Kiedyś z nim podróżowałem, myślałem, że nie żyje. Eh, chodźmy nie mam czasu na wypominki.
Gdy weszli do środka, wraz z zamknięciem drzwi, dookoła zrobiło się cicho. Już po chwili podszedł do nich mężczyzna, w eleganckim garniturze.
– Witam w kasynie The Tops! Niestety muszę zarekwirować wszelką broń, jaką posiadacie. To ze względu na bezpieczeństwo naszych klientów.
– To konieczne? Nie lubię rozstawać się z moim karabinem.
– Spokojnie, będzie bezpieczny jak nigdy! Moi ludzie o to zzadbają
Gdy Alex ściągnął broń, do pomieszczenia wbiegł przerażony mężczyzna z pistoletem w ręku.
– Szefie! Benny…
– Co z nim?
– Nie żyje, znaleźliśmy go w apartamencie.
– Kurwa – mężczyzna w garniturze syknął pod nosem i spojrzał na Alex’a i Katherine – Musze prosić was o opuszczenie kasyna. Jak widzicie nastała pewna niewygodna sytuacja, z którą musimy sobie poradzić. Nie mówię tego z przyjemnością, ale musicie zabawić się w innym kasynie.
Tak też zrobili. Gdy opuścili budynek Alex zaczął się śmiać.
– Z czego się tak cieszysz?
– Nie rozumiesz?
– O co ci chodzi?
– Benny nie żyje, a to oznacza że kapsle są nasze! A wszystko dzięki Kurierowi.
– Hę?
– Bo widzisz… gdy z nim podróżowałem wspominał mi o niejakim Bennym. Podobno go postrzelił i zabrał mu coś bardzo cennego. Dopiero teraz sobie to przypomniałem. To co, idziemy się zabawić? Te kapsle nie mogą się zmarnować.
Pierwszym kasynem jakie odwiedzili było kasyno Gomorra. Alex wymienił pięćset kapsli, na tyle samo sztonów. Od razu usiadł przy stole do blackjack’a. Postawił pięćdziesiąt sztonów. Pierwsze cztery rozdania okazały się być dla niego fartowne, już po chwili był bogatszy o dwieście kapsli. Co jakiś czas zamawiał jedną butelkę Whiskey. Przy opróżnianiu zawartości trzeciej butelki, Katherine podeszła do niego i zaczęła szeptać do ucha.
– Alex, spasuj trochę. Wypiłeś już dostatecznie dużo. Chcesz się upić i wszystko przegrać?
– Daj mi spokój. Wiem co robię, nie upijam się tak łatwo.
Zamiast odpowiedzi, usłyszał westchnięcie pełne zrezygnowania i złości. Wzruszył ramionami i wypił resztę Whishey. Zaczęło kręcić mu się w głowie. Muzyka grająca wokół zaczęła cichnąć, a obraz stawał się ciemny i niewyraźny. Robiło się coraz ciemniej i ciszej, ostatnie co zauważył to karty, które rozdał mu krupier, Król i As.

Rozdział VIII

Ciemność i smród. To jedyne co widział i czuł Alex. Uniósł prawą rękę do góry i położył ją na głowie. Wymacał na niej coś miękkiego i dużego. Złapał to i uniósł w górę. Gdy to zrobił jego oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie, dookoła było ciemnawo, jedynie przez szpary w zabitym dechami oknie padały promienie światła. Ściany, podłoga i sufit wyglądały okropnie. Alex przyjrzał się przedmiotowi, który zasłaniał mu oczy. Był to niewielki brązowy kapelusz, taki jaki nosili ochroniarze z Gomorry. Założył go z powrotem na głowę i rozejrzał wokół. Był w toalecie, siedział na równie brudnym co podłoga klozecie. Zerwał się z niego i oparł o stare drewniane drzwi. Zorientował się również, że nie ma na sobie pancerza, ubrany był bokserki i koszulkę. Nigdzie nie było też jego karabinu. Odwrócił się i złapał za klamkę od drzwi, otworzył je i wszedł do długiego korytarza.
– Gdzie ja kurwa jestem? – zaczął szeptać pod nosem.
Ostatnie co pamiętam to stół do blackjacka. Modlił się, aby nie powtórzyła się historia sprzed kilku lat, gdy po pijaku omal nie wysadził posterunku RNK w powietrze. Rozejrzał się wokół, korytarz był wąski, ale za to długi. Panowała ciemność, a wszystko wyglądało jak scena z jakiegoś horroru. Niepewnym krokiem ruszył, przed siebie. Na drugim końcu korytarza znajdowały się drzwi, zza których dochodził dźwięk przypominający chrapanie. Złapał za klamkę i wszedł do następnego pomieszczenia. Tam również panował półmrok, a chrapanie zrobiło się głośniejsze i wyraźniejsze. Dochodziło z drugiego końca pokoju, które przypominało pomieszczenie medyczne, w którym opatrywał Katherine gdy ją znalazł. Zagryzł wargi i przyłożył prawą rękę do ściany znajdującej się obok drzwi, którymi wszedł. Szukał włącznika światła. Na szczęście je znalazł, a w dodatku światło działało. Rozejrzał się wokół, jego wzrok zatrzymał się na Katherine śpiącej pod ścianą. W ręku trzymała jego karabin, z tym wyjątkiem, że był pomalowany nie ciemno-zieloną farbą, a czarną. Podszedł do niej, gdy w pół drogi zerwała się z miejsca i wycelowała w niego lufę karabinu.
– NIE RUSZAJ SIĘ SKURWIELU!
– Co? Katherine… spokojnie, to ja.
– Co, za JA? Skąd znasz moje imię?
– Żartujesz, prawda? Przecież podróżujemy razem prawie od roku.
Zapadła cisza, Katherine złapała za zamek karabinu i wykonała szybki ruch przeładowania. Następnie nieco uniosła lufę karabinu i przymrużyła lewe oko.
– Co ty…
Nacisnęła spust, a w pokoju rozległ się huk. Alex poczuł okropny ból w szyi. Trafiła go w tętnicę. Próbował złapać oddech, niestety nie mógł. Wykrwawiał się i dusił leżąc na podłodze u stóp Katherine, która patrzyła na niego obojętnie.
– Kolejny dupek, który myśli, że się do mnie dobierze…
Parsknęła i wyszła z pokoju. Alex nie mógł zrozumieć co się właśnie stało. Dusił się, a dookoła robiło się ciemno. Słyszał jak ktoś go woła, nie był pewien kto to. Głos był bardzo zniekształcony. Po chwili poczuł ciepło i zapach dymu papierosów. Otworzył oczy, leżał na łóżku, złapał się za głowę. Teraz już zupełnie nic nie rozumiał, może to był tylko sen, a może ktoś go znalazł i uratował. Rozejrzał się wokół, obraz był rozmazany, powoli dochodził do siebie, na drugim końcu łóżka siedziała jakaś postać. Gdy obraz się wyostrzył zobaczył Katherine. Uśmiechała się. Alex’owi zaś nie było do śmiechu, zerwał się z łóżka i z krzykiem upadł na ziemię.
– Nie strzelaj! Błagam nie strzelaj!
– Przecież wiesz, że nie umiem celnie strzelać.
– Ty… ty… – westchnął – kurwa to był tylko sen…
– A tak apropo, głośno krzyczałeś przez sen i bełkotałeś coś o mnie.
– Nie masz pojęcia co ja tam przeżyłem… to było takie prawdziwe…
– A śniło ci się…
– Ty.
– Ja?
– Tak, ty. Zastrzeliłaś mnie. Trafiłaś prosto w tętnicę, a potem sobie poszłaś jak gdyby nigdy nic.
Katherine leżała na łóżku i patrzyła się w sufit. Byli w eleganckim pokoju, a z pomieszczenia obok dobiegała muzyka.
– Gdzie my do cholery jesteśmy? Gdzie moje ubranie i broń?
– Ty nic nie pamiętasz?
– Nie?
– No pięknie. No więc, jesteśmy w apartamencie, w kasynie The Tops. W kasynie szło ci bardzo dobrze, a z Gomorry nas wyrzucili.
– Dlaczego? Obiłem komuś mordę?
– Nie, przecież mówiłam, że w kasynie szło ci bardzo dobrze.
– Czekaj… chcesz powiedzieć, że ja…
– Tak, rozbiłeś bank.
Alex nie wierzył w to co słyszy. Wstał i wybiegł z pokoju. Był w dużym salonie. Złapał się za głowę i zaklął pod nosem.
– O żesz kurwa…
Odwrócił się i spojrzał na Katherine wychodzącą z sypialni.
– Gdzie są kapsle?
– Schowałam.
– GDZIE – SĄ – KAPSLE!
– Hej! Spokojnie! Schowałam je przed tobą. Chciałeś wydać wszystko na alkohol i dziwki.
– Na litość boską, gdzie one są?
Zamiast odpowiedzieć, Katherine uśmiechnęła się szeroko.
– Nie denerwuj mnie, bo to się źle skończy.
– No dobra. Chciałam się z tobą podroczyć. Są w sejfie za barem. Gdy spałeś przeliczyłam wszystkie.
– Ile ich jest?
– Jakieś dwanaście… nie czternaście tysięcy kapsli. No i trochę już wydałam, ty też po pijaku zdążyłeś ich trochę rozdać.
– Tyle kapsli… co my z tym zrobimy?
– Wiesz… jest wiele możliwości. Ja na przykład kupiłam sobie nową kurtkę i spodnie, a twój pancerz oddałam do naprawy. Był cały w dziurach i trochę śmierdział.
Alex okrążył bar i podszedł do sejfu znajdującego się w podłodze. Złapał za zimną, metalowa klamkę i pociągnął do siebie. W środku był duży worek, a jego zawartość pobrzękiwała. Uśmiechnął się szeroko i położył worek na blacie baru.
– No dobra. Mam dwa pytania.
– Słucham – Katherine usiadła na kanapie, tuż obok baru i spojrzała na Alex’a.
– No więc. Dlaczego jesteśmy w The Tops, skoro je zamknęli i dlaczego nie zwiałaś z kapslami skoro byłem nawalony jak świnia?
– Ty chciałeś tutaj przyjść. Jak się okazało szybko zażegnali problem zabójstwa. Usiadłeś do pierwszego stołu z blackjackiem jaki znalazłeś no i zacząłeś grać. Po kilku godzinach przyszedł jakiś facet w garniaku i wręczył ci klucz do tego apartamentu. No ale ty oczywiście dałeś klucz mi i dalej grałeś. Więc poszłam do apartamentu, a po dwóch godzinach ochroniarze zaciągnęli cię tu nieprzytomnego. Coś jeszcze?
– Dlaczego nie zwiałaś?
– A tak. Nie wiem, dlaczego miałabym uciekać. Przecież szwendamy się po pustkowiach od jakiegoś roku.
– Eh… – Alex wciąż wpatrywał się w worek pełny kapsli. – Pierwszy raz nie wiem co zrobić z kapslami.
– Jak to co? Wydać.
– Na co?
– Może kup sobie coś lepszego niż ten skórzany pancerz? Dziwię się, że nie jest ci w nim gorąco.
– Jest, jak cholera. Hm, jakiś czas temu widziałem fajny pancerz bojowy u pewnego handlarza. Czas złożyć mu odwiedziny. Dobra, gdzie mój skórzany pancerz.
– Ty masz coś nie tak z pamięcią. Przecież mówiłam, że oddałam do naprawy. Jeżeli w ogóle da się to naprawić.
– A karabin?
– Cóż… nie wiem.
– Jak to nie wiesz?!
– No nie wiem. Ty go gdzieś schowałeś po pijaku. Ja byłam zbyt zajęta uspokajaniem ochroniarzy, których wkurwiłeś. Na pewno jest gdzieś w w tym apartamencie. Jak chcesz to go poszukaj, ja ci nie pomogę.
– Oczywiście – mruknął pod nosem.
Odszedł od baru i skierował się do sypialni. Rozejrzał się wokół i podszedł do szafy stojącej obok łóżka. Otworzył ją i zobaczył coś, co go rozbawiło. W środku była dmuchana lalka. Najśmieszniejszy był fakt, że to męska wersja. Wyciągnął go z szafy i wyszedł z pokoju.
– Hej, Katherine. Chyba znalazłem twojego kolegę.
– Co… skąd to masz?
– Był w szafie. Chyba na ciebie czekał. Od tego czekania trochę sflaczał.
– Idiota – mruknęła pod nosem i wróciła do czytania jakiejś przedwojennej książki.
Alex rzucił lalkę na ziemię i złapał się za głowę.
– Gdzie może być ten karabin…
Spojrzał na sufit i zobaczył coś co rozwiało jego wszelkie wątpliwości.
– Chyba go znalazłem.
– Tak? Gdzie? W tyłku lalki?
– Nie, spójrz na sufit.
Katherine uniosła głowę i zaczęła się śmiać. Do sufitu przyklejony był taśmą, karabin Alex’a.
– To żeś zaszalał! Jak ty go tam dałeś?
– Bo ja wiem? Urosły mi skrzydła? Użyłem drabiny? A może podniósł mnie twój dmuchany przyjaciel na swoim “drągu”.
– Tego drąga to ci zaraz wsadzę tam gdzie światło nie dochodzi.
– Z powrotem do szafy?
Katherine przewróciła oczami i wyszła z pokoju.
– Ej! Ktoś musi mi pomóc go zdjąć!
– Radź sobie sam! Idę do baru!
– A ta jak zwykle… no dobra Alex. Skup się. Jak to ściągnąć?
Patrzył na karabin przez dłuższą chwilę, aż w końcu wpadł na genialny pomysł. Podszedł do stołu bilardowego i wziął kij. Stanął tuż pod karabinem i przyłożył czubek kija do miejsca, w którym znajdowała się taśma trzymająca przód. Mocno go pchnął, a taśma lekko się poluzowała. Po kilku kolejnych pchnięciach karabin ledwo trzymał się sufitu. Alex odrzucił kij na bok i wpatrywał się w górę.
– No dalej.. odklej się…
Ta chwila, w której taśma utrzymywała karabin resztą swoich sił, zdawała się trwać wieki. Gdy było już po wszystkim, Alex zrobił szybki przegląd mechanizmu spustowego. Wszystko było w porządku. Położył broń na łóżku w sypialni i skierował się do szafy. Otworzył ją i rozejrzał się po jej wnętrzu. Musiał coś na siebie założyć, nie mógł opuścić pokoju w samej bieliźnie. Po dłuższym czasie spędzonym na przerzucaniu ubrań, znalazł czarny garnitur, który był w dostatecznie dobrym stanie. Założył go i wyszedł z apartamentu, a następnie skierował się do windy. Gdy był na parterze, zaczepił go niski, łysy mężczyzna.
– To znowu ty? Słuchaj, jeśli tylko zbliżysz się do kasyna to urżnę ci łeb, rozumiesz?
– Hę?
– Ogłuchłeś? Masz permanentny zakaz wstępu do kasyna. Jeśli zobaczę Cię przy, którymś ze stołów to pożałujecie tego ty i twoja przyjaciółka.
– Mhm, a czy teraz mogę odejść z podkulonym ogonem i obawą przed twoją spluwą?
Mężczyzna odszedł bez słowa, a Alex z szerokim uśmiechem skierował się do Baru. W środku unosił się zapach smażonego mięsa, alkoholu i papierosów. Podszedł do lady i spojrzał na półkę wiszącą na ścianie, tuż za barmanem. Stało na niej pełno butelek różnorodnych alkoholi. Alex’a niezbyt obchodziły napoje inne niż Whiskey. Zamówił najdroższą butelkę jaką mieli i z zadowoleniem zaczął ją opróżniać. W międzyczasie do baru weszła Katherine, rozglądała się po gościach siedzących po stolikach, tak jakby kogoś szukała. Alex już dobrze wiedział kogo ona szuka. Pomachał do niej głupawo się uśmiechając i wrócił do picia.
– Odbiło ci?
– Co ja takiego znowu zrobiłem?
– Wczoraj tyle tego wypiłeś, że zamiast krwi w żyłach, powinien płynąć ci alkohol..
– Dziękuję, ja i moja wątroba staramy się z całych sił. Gdzie byłaś?
– Odebrać twój pancerz. Zgadnij co z nim?
– Hm, to naprawdę ciężkie ale… naprawili go?
Katherine rzuciła mu jedno z „tych” spojrzeń, które robiła gdy miała już dość pewnych rzeczy.
– No co? Miałem zgadywać to zgadywałem.
– Mówił ci już ktoś, że jesteś idiotą?
– Tak, ty tydzień temu. To było wtedy, gdy..
– Dobra dobra, nieważne. Twój pancerz to kompletna ruina. Nie da się go naprawić. Musisz sobie szybko sprawić nowy, no chyba, że chcesz chodzić w tym garniaku.
– No w sumie masz rację, i tak prędzej czy później musiałbym go wymienić. Tylko, że jest pewien problem.
– Mianowicie?
– Pancerz, który chce kupić ma handlarz stacjonujący w przyczółku Mojave.
– Jaja sobie robisz? To na drugim końcu pustkowi! Nie ma go nikt inny?
– Hm, do pewnej kliniki przyjeżdżają czasem karawany. Może, któraś z nich będzie miała pancerz.
– Jaka klinika?
– Oj, dobrze znasz tę klinikę.
– Doktor Reed… nie lubię tej baby. Nie możesz iść sam? To nie jest daleko.
– Było by miło, w końcu odpoczął bym od twojego ciągłego gadania. Dobra, pójdę tam z rana. To jakieś dwie godziny drogi.

IX

Klinika doktor Reed nie zmieniła się zbytnio od czasu ostatnich odwiedzin Alex’a. Jedynie pracowało tam więcej lekarzy i ochroniarzy. Alex wszedł do środka i niemal od razu poczuł zapach środków odkażających. Rozglądnął się po ochroniarzach, którzy zerkali na niego podejrzliwie. Być może dlatego, że miał na sobie garnitur umazany krwią kilku bandytów i karabin na plecach, lecz nie zaprzątał sobie nimi głowy. Podszedł do lady, przy której doktor Reed przerzucała jakieś papiery.
– Witam szanowną panią doktor. Ileż to osób dzisiaj umarło pod pani skalpelem?
– Jeszcze nikt, ale chyba wiem kto będzie pierwszy. Lepiej mów, co tu robisz i gdzie twoja przyjaciółka?
– Ona została w pewnym miejscu, a ja przyszedłem tutaj bo często odwiedzają cię karawany. Kiedy będzie jakaś najbliższa?
– A co ja jestem, informacja? Nie wiem, przyjeżdżają wtedy, kiedy chcą. Usiądź gdzieś i poczekaj. Mam na głowie ważniejsze sprawy niż rozmowa z tobą. Dziś rano przywieźli do nas kilku rannych żołdaków RNK.
– Nie maja swoich własnych lekarzy?
– Mają, ale ostatnio pod zaporą Hoovera mieli ostrą sprzeczkę z Legionem i nie mają gdzie upchać rannych. Przynajmniej nieźle mi płacą i zapewnili lepszą ochronę, co pewnie już zauważyłeś.
– Taa, nie wiem dlaczego się tak na mnie patrzą. Wyglądam na bantydę albo legionistę?
– Nie, wyglądasz jak psychopata. Jesteś cały umazany we krwii, masz podarty garnitur, i jesteś uzbrojony po zęby.
– Cóż, taki zawód. Po drodze spotkałem kilku bandytów, którzy myśleli, że mnie obrabują. Dawno nie ustrzeliłem tylu bandytów w tak krótkim czasie. Im bardziej wkurwiony jestem, tym celniej strzelam.
– Usiądź gdzieś i czekaj na karawanę. Muszę wracać do rannych.
Tak też zrobił, odszedł od lady i usiadł na starej, poszarpanej kanapie.
Po kilku godzinach siedzenia i czytania pisemek w końcu do kliniki zawitali handlarze. Alex podszedł do jednego z nich i zaczął wypytywać o pancerze.
– Pancerze? Mam ich kilka, i to w bardzo dobrym stanie! Na pewno będziesz zadowolony, tylko spójrz.
Wysoki, łysy mężczyzna w podeszłym wieku, podszedł do swojego bramina towarowego i zaczął przeszukiwać umocowane na nim torby.
– A jaki dokładnie ma być ten pancerz?
– Cóż, interesuje mnie pancerz bojowy jeśli łaska.
– Mhm, mhm… o! Mam. Proszę bardzo, pancerz bojowy armii Amerykańskiej. Wzmocnione stalowe płytki osłaniające najważniejsze części ciała są lekkie i zapewniają bardzo dobrą ochronę, a wszystko to pomalowane gustowną, zieloną farbą. Do tego są jeszcze spodnie i koszulka wykonane z dobrej jakości materiału, w którym nie będzie ci za gorąco, no i oczywiście porządne buty wojskowe. Prędzej pęknie ci serce niż te buty! Zainteresowany?
– I to jak. Ile płacę?
– Wiesz, dzisiejsze czasy są ciężkie, a ja muszę mieć na jedzenie…
– Ile?
– Cztery i pół tysiąca kapsli.
– Biorę.
– Zdecydowany i pewny siebie klient! I to lubię! Zapakować?
– Nie, ubiorę na miejscu.
Handlarz po przeliczeniu kapsli wręczył Alex’owi pancerz i oddalił się w stronę południa. Zaś Alex zadowolony z nowego nabytku wszedł do kliniki i schował się w ubikacji. Pancerz był faktycznie lekki i porządnie wykonany. Na naramiennikach miał namalowane żółte symbole w kształcie odwróconej litery V. Po dwa na każda stronę. Wyglądały ciekawie i jak wywnioskował Alex – pewnie miały duże znaczenie w czasach, przed wielką wojną. Gdy zarzucił karabin na plecy i przymocował kaburę z pistoletem do prawego uda, wyszedł z kliniki i wrócił na Strip.

* * *

– Proszę, proszę – Katherine wyglądała na zaskoczoną – wygląda na drogi pancerz. Ile dałeś?
– Wystarzająco dużo, żeby służył mi na wiele lat.
– Ale nie wydałeś wszystkiego?
– Nie, nie. Zostało nam jeszcze jakieś dziewięć tysięcy kapsli. Przechodząc przez Freeside, pomyślałem, żeby ci coś kupić.
– Dla mnie? Naprawdę?
– Tak, odwiedziłem Micka i Ralpha i kupiłem ci pistolet.
– Ah… ale po co?
– Musisz się jakoś bronić. Zawsze to lepsze niż walka wręcz. No i przy okazji będziesz mogła zastrzelić gości, którzy się do ciebie dobierają.
– Na przykład ciebie?
– Równie dobrze możesz mnie zastrzelić teraz, ale uprzejmości kiedy indziej. Musimy sie przygotować na powrót na pustkowia. Nie było nas tam dwa dni, a sporo się pozmieniało. Niedawno RNK znowu walczyło z Legionem pod zaporą. To dobra okazjia dla najemników.
– Najemników? Od kiedy jesteśmy najemnikami?
– Co? Nie, nie jesteśmy najemnikami. Tak sobie tylko gdybałem. Nie będę dla nich pracował. Nie przepadam za RNK, od czasu gdy wsadzili mnie do paki za obicie mordy jednemu z żołnierzy.
– Długo siedziałeś?
– Wystarczjąco, by nauczyć się spać z otwartym jednym okiem. Dzieliłem celę z gościem, który zabiłby własną matkę za działkę psycho.
– Ćpuni… jak ja ich uwielbiam. Gdyby nie oni to Strip i Freeside nie były by tym czym są. A ja bym pewnie wyrosła na grzeczną dziewczynkę.
Alex usiadł na kanapie obok Katherine i uśmiechnął się.
– Czyli jesteś niegrzeczną dziewczynką, tak?
– A ty jak zwykle o jednym…
– Tym razem akurat nie, ale podoba mi się twój tok myślenia.
– Chyba szybko pożałujesz, że kupiłeś mi ten pistolet.
– Tak, tak. A teraz bierz te kaburę i przyczep ją sobie do uda..
Rzucił jej sprzęt i skierował się do barku. Usiadł na krześle obrotowym i przyglądał się Katherine, która nieudolnie próbowała przymocować kaburę do swojego uda,.
– Czy ty w ogóle wiesz, jak się zakłada takie rzeczy?
– Co? Oczywiście, że tak. Przecież to łatwizna.
– Właśnie widzę, nie potrafisz poprawnie przełożyć paska przez sprzączkę – wstał i skierował się w jej stronę. – Daj, ja to zrobię.
Złapał ją za udo i o dziwo, Katherine nawet się nie opierała, lub rzuciła krzywego spojrzenia.
– Jak już mówiłem. Pasek jest źle założony, za luźny i kabura jest do góry nogami.
– Wyglądało to na łatwiejsze. Za dużo tu pasków i sprzączek.
– Na początku też miałem z tym problemy. Z czasem ci się to wyrobi. Po prostu patrz co robię.
Alex zdjął kaburę i obrócił ją. Ustawił na wysokości połowy uda i zacisnął pierwszy pasek.
– Za mocno – syknęłą.
– Musi być mocno, inaczej ci spadnie. No ale jeśli ci to tak przeszkadza to trochę go poluzuję. Może być?
– Tak, ale wciąż uciska. Nie patrz tak, rób swoje.
– Mhm. No, i gotowe. Po prostu musisz wiedzieć co do czego wchodzi. Tak jak w seksie.
– Przestaniesz w końcu kojarzyć wszystko z seksem?
– Może na starość… a kogo ja chce oszukać? Jestem facetem, ja już tak mam.

X

– Alex?
– Hm?
– Naprawdę musimy opuszczać ten apartament? Bardzo mi się tu podoba.
– Przecież możemy tu wrócić kiedy tylko chcemy.
– Naprawdę?
– Tak, jest nasz dopóki trzymam się z dala od kasyna.
Alex wstał z kanapy i skierował się do sypialni, otworzył szafę i wyciągnął swój karabin. Zarzucił go na plecy i wrócił do salonu.
– A ty gdzie idziesz? Przecież opuszczamy Strip dopiero jutro.
– Pamiętasz jak mówiłem, że historyjka o twojej siostrze przypomniała mi o pewnej sprawie?
– No coś tam mówiłeś, a co?
– Bo widzisz – Alex usiadł na fotelu, który stał na przeciw kanapy. – We Freeside żyła pewna dziewczyna. Przyjaźniliśmy się i zawsze, gdy byłem w okolicy dawałem jej coś do jedzenia i takie tam.
– Bawiłeś się w zbawiciela?
– Może, daj mi dokończyć. Otóż pewnego razu gdy miałem już wracać na pustkowia, pewiem dupek podszedł do niej i zaczął wygrażać nożem. Podbiegłem do niego i przypieprzyłem mu z kolby karabinu w szczękę. A ten do mnie, że pewnego dnia pożałuję tego ja i moja przyjaciółka. On uciekł, a ja chciałem z nią zostać, a nawet zabrać ją ze sobą do Novac, gdzie była by bezpieczna. Wiesz co mi powiedziała?
– Że woli tutaj zostać?
– Dokładnie. Powiedziała, że tutaj się urodziła i zostanie mimo wszystko. W końcu dałem sobie spokój i odszedłem. A gdy wróciłem… gdy wróciłem… – Alex zacisnął zęby i prawą pieść. – Ona nie żyła. Leżała martwa na środku ulicy. Poderżnęli jej gardło i dźgnęli ją w plecy. Byłem tak wkurwiony, że zabijałem wtedy każdego gnoja z nożem na wierzchu, zrobiłem tam totalną masakrę.
– Czekaj… to ty jesteś tym psycholem?
– Hm?
– Byłam wtedy u siostry w Forcie Mormon. Usłyszałam strzały, a po chwili wbiegł jakiś facet i powiedział, że ktoś strzela do wszystkich uzbrojonych mężczyzn. – Katherine oparła się o swoje kolana. – Ty pojebie…
– Nie wiesz, co wtedy czułem. A w dodatku, kiedy puszczają mi nerwy uwalnia się mój wewnętrzny psychopata. A przy okazji wybiłem większość rabusiów i morderców we Freeside, więc nie wiem o co ci chodzi.
– O to, że mogłeś zabic kogoś niewinnego! Na przykład mnie!
– Oj czepiasz się.
– Czepiam się?! CZEPIAM SIĘ?! Widziałam, jak do fortu wbiegło małe, przestraszone dziecko. Płakało i bełkotało coś o jego matce.
– Czekaj… nie strzelałem do kobiet. Nigdy nie strzelam do kobiet o ile nie celują do mnie z broni.
– Dobra, skończmy temat. Było minęło. Co z tamtym gościem?
– Nie dorwałem go.
– Jak to?
– Gdy zobaczył mnie wkurwionego uciekł z Freeside. Podobno jakiś czas temu wrócił i znowu morduje. – Alex wstał z kanapy – Dzisiejszej nocy przeleje się wiele krwii…
– CO?! – Katherine zerwała się z kanapy.
– Uspokój się, żartowałem.
Freeside jak zwykle było pełne bankrutów, pijaków, ćpunów i zwykłych biedaków. Alex wiedział od czego zacząć poszukiwania, wiedział gdzie tacy jak on lubią się spotykać. Skręcił w ciemną uliczkę, a na jej końcu ponownie skręcił, lecz tym razem w ślepy zaułek, gdzie ku jego uciesze było kilku bandziorów, a w tym jego cel. Stanął w cieniu i przysłuchiwał się ich rozmowie.
– No Mitch. Cieszę się, że w końcu wróciłeś. Mamy tyle zaległości w gwałceniu i mordowaniu! Gdzieś ty był przez te wszystkie lata?
– Wiesz… tu i tam. Głównie blisko wody i żarcia. Powiedz no… czy on nadal tutaj jest?
– Ten dupek? A bo ja wiem? Od tamtej pory nie widziałem go. Może ktoś go zabił w zemście. Nie martw się! Jakby co to ci z nim pomożemy.
Alex uśmiechnął się pod nosem, ściągnął karabin z pleców i przycelował. Bandziorów było trzech, a w tym Mitch. Wystrzelił w jednego z nich i szybko przeładował, następnie przycelował w drugiego i znowu strzelił. Mitch został sam, przerażony rozglądał się dookoła. Wyciągnął nóż zza skórzanego paska i zaczął krzyczeć.
– Pokaż się jeśli masz jaja!
Alex zarzucił karabin na plecy i wstał. Powoli szedł w jego stronę.
– Tyle czasu się nie widzieliśmy, a ty nawet nie dałeś mi znaku, że wróciłeś.
Mitch spojrzał na niego. Wyglądał jakby zobaczył śmierć we własnej osobie, jego twarz pobladła, a nóż wypał mu z ręki.
– Ja… ja….
– Zamknij pysk.
Alex wyciągnął nóż bojowy z pochwy, którą miał przy pasku i rzucił się na bandziora. Poszło mu łatwiej niż sądził, najpierw podciął mu nogi, a potem przywarł do ziemi. Przyłożył nóż do gardła i spojrzał mu prosto w oczy.
– Myślałeś, że zapomnę o tobie? O tym jak zamordowałeś Ann? Tak? TO JESTEŚ W ZAJEBISTYM BŁĘDZIE!
Podniósł nóż, zręcznie go obócił i wbił w udo Mitch’a, a następnie przeciągał go po całej długości powiększając ranę i krwotok. Bandzior krzyczał w agonii, niestety nikt nie przyszedł mu z pomocą. Wciąż byli sami. Alex złapał go za ubranie i postawił na nogi, następnie cofnął nóż i zaczął wbijać w brzuch Mitch’a.
– Nigdy. Więcej. Nie. Tkniesz. Żadnej. Kobietu. SKURWIELU!
Z każdym wypowiedzianym zdaniem, ponownie wbijał nóż. Puścił ofiarę, a następnie spojrzał na swoje ręce i pancerz. Były całe we krwi. Przyglądał im się przez chwilę. Wytarł się o ubranie Mitch’a i wrócił na Strip. Wciąż umazany krwią wszedł do apartamentu, Katheriene spojrzała na niego i wstała z kanapy.
– Mój boże, co się stało!?
Nie uzyskała odpowiedzi. Alex rzucił karabin na podłogę i poszedł do łazienki. Po długim i gorącym prysznicu położył się spać.
Ze snu wyrwał go dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Zerwał się z łóżka i rozglądnął po pokoju. Był sam, a z salonu dochodziły kroki. Na pewno nie była to Katherine, jej kroki nie były tak głośne, ona poruszała się niemal bezdźwięcznie. Szybko założył pancerz i podniósł karabin z podłogi. Przeładował go i podszedł do drzwi, otworzył je i to co zobaczył zamurowało go. Na kanapie siedziała postać w długim, ciemnym prochowcu i kapeluszu na głowie. To był on, Kurier. Był ostatnią osobą, jakiej Alex się tutaj spodziewał. Kurier spojrzał na niego, jego wzrok był tajemniczo spokojny.
– Nieźle się tu urządziłeś – zaczął. – Ledwo wszedł na Strip, a już ma apartament.
Alex milczał, nie wiedział nawet co ma powiedzieć. Usiadł na fotelu i przyglądał się gościowi.
– Czego chcesz? I gdzie jest Katherine?
– Ta dziewczyna, z którą się włóczysz? Jest gdzieś w barze. – Kurier oparł się łokciami o swoje kolana. – Słuchaj młody, przyszedłem tutaj, bo chcę cię przed czymś ostrzec.
– Mnie? Przed czym?
– RNK się tobą interesuje po twojej ostatniej zabawie z bandytami pod Goodsprings. Uważaj na nich, wydają się być dobrymi ludźmi i tak dalej, ale tak naprawdę chcą tylko większej władzy.
– Posłuchaj. Nie przepadam za RNK. Nie widzi mi się rola żołdaka, gdyby to ode mnie zależało to już by dawno ich tutaj nie było.
Widać było, że nie takiej odpowiedzi Kurier się spodziewał. Uniósł prawą brew i wziął łyka z butelki z winem, stojącej na stoliku przed nim.
– Tak właściwie, to może od ciebie zależeć.
– Co masz na myśli?
– Niedługo nad zaporą Hoovera wybuchnie walka pomiędzy RNK a Legionem.
– No i? Przecież niedawno znowu walczyli.
– Nie rozumiesz. To będzie ostateczna bitwa. Od niej będą zależeć losy pustkowi Mojave. A TY możesz do tego przyłożyć swoja rękę. Albo oddasz pustkowia RNK, albo Legionowi, albo panu House’owi.
– A ty za kim jesteś?
– Nie słyszałeś, że pracuje dla House’a? Zależy mi na wolności pustkowi. Jeśli chcesz możesz dołączyć do walki, a jeśli nie to schować się w kącie i czekać aż wszystko przeminie.
Kurier wstał i skierował się do wyjścia.
– Czekaj – Alex zatrzymał go wpół drogi. – Ale dlaczego ja?
– Bo potrafisz walczyć o swoje i nie boisz się zabijać członków obu frakcji. Bo jesteś wolnym człowiekiem, nie dajesz się złapać żadnym wierzeniom, lub ideom. Dlatego Alex.
Kurier otworzył drzwi, po drugiej stronie stała Katherine. Wymienili się spojrzeniami i po chwili w apartamencie zostali tylko Alex i ona.
– Alex.. czy to był…
– Tak, to on. Podsłuchiwałaś?
– Tylko kawałek… Alex.. chcesz tam pójść?
– Dlaczego nie? To poważna sprawa.
– Możesz zginąć.
– Możemy – opowiedział z naciskiem na końcówkę wyrazu.- Nie chcesz walczyć o wolność Mojave? O to aby móc w końcu przemierzać pustkowia bez natykania się na członków obu stron, którzy chcą cie zabić? On ma rację Katherine, jestem wolnym człowiekiem, ty także. Razem możemy zdziałać wiele, a już tym bardziej tam, nad zaporą.
– Alex ja… ja naprawdę nie chcę tam iść.
– Wybór należy do ciebie. Albo idziesz ze mną, albo zostaniesz. Do walki zostało jeszcze dużo czasu. Zauważymy kiedy wszystko się rozpocznie. Masz czas na zastanowienie się.
– Ile? Dzień? dwa?
– Może nawet miesiąc, nie wiem. – Alex rozłożył ręce. – Pakuj się, za chwilę wyruszamy.
Usiadł na kanapie i przyglądał się butelce stojącej na stole. Siedział w bezruchu. Ciągle myślał o zaporze. O tym czy przeżyje i kto ją wygra. Z zamysłu wyrwała go Katherine opierająca dłoń na jego ramieniu.
– Gotowy?
– Tak, chodźmy.
Wyszli z apartamentu, Alex włożył złoty klucz do zamka i przekręcił go dwa razy. Następnie wsadził go do kieszonki przy pasku i skierował do windy.
– Katherine…
– Tak?
– Właściwie to dlaczego możemy chodzić tutaj z bronią?
– Dałeś gościom w recepcji parę tysiaków gdy byłeś pijany. Mówiłeś coś, że nie lubisz rozstawać się ze swoim karabinem.
– Mhm… masz jakiś pomysł gdzie pójdziemy?
– Znowu nie wiesz gdzie iść? Po co w ogóle opuszczamy Strip?
– Bo nie lubię siedzieć bezczynnie. Hm, wracając od doktor Reed słyszałem od pewnego handlarza, że córka jednego z ranczerów została porwana przez bandytów. Może to jeszcze aktualne.
– Przecież mówiłeś, że nie jesteśmy najemnikami.
– Bo widzisz… to trochę skomplikowane… ja po prostu lubię pomagać ludziom w potrzebie. Zwykli najemnicy robią to co robią, byle by dostać kapsle.
– Więc jesteśmy niezwykłymi najemnikami? Takimi z super mocami?
– Jaja sobie ze mnie robisz, prawda?
– Cały czas… – odpadła z szerokim uśmiechem.

* * *

Ranczo było ogromne. Dookoła kręcili się mężczyżni i kobiety w lekkich ubraniach zrobionych ze skór braminów, którzy zaganiali bydło i zajmowali się uprawami. Alex i Katherine skierowali się do największego budynku, przy drzwiach którego stało dwóch, krzepkich mężczyzn uzbrojonych w strzelby.
– A wy gdzie? – Jeden z nich zablokował im drogę lufą.
– No… do środka? – Odparł Alex.
– Do środka mogą wchodzić tylko członkowie rodzimy Wright i zaufani ludzie.
– Posłuchaj no… słyszałem, że Pan Wright ma pewne problemy z bandytami. Być może będziemy w stanie mu pomóc.
Ochroniarze spojrzeli na siebie. Jeden z nich wskazał, aby poszli za nim. Wnętrze domu było elegencko urządzone. Jak na czasy powojenne, wszystko wyglądało jak sprzed wielkiej wojny. Meble, ściany, podłoga i sufit były w idealnym stanie. Na ścianach wisiały fotografie, a w powietrzu unosiła się woń pieczonego mięsa. Z zachwytu wyrwał ich głos starszego mężczyzny. Był to Pan Wright.
– To wy jesteście tymi najemnikami, o których mówił mój ochroniarz?
– Cóż, na to wygląda.
– Zapewne wiecie, na czym polega sprawa?
– Tak, słyszałem od pewnego handlarza, że pana córka została porwana. Ma pan jakieś informacje o miejscu jej przetrzymywania?
– Można tak powiedzieć. Żądają za nią dużego okupu. Oczywiście jestem w stanie zapłacić, lecz gdy to zrobię to ją zabiją. Znam bandytów bardzo dobrze. Powiedzieli mi gdzie mam dostarczyć okup. Zapewne mają tam obóz.
– Mhm… a jak ona wygląda? Tam na pewno będą inne kobiety.
– Jest podobna do panienki – wskazał Katherine. – Z tym wyjątkiem, że ma rude, długie włosy i naszyjnik w kształcie litery L na szyi. Proszę, Lisa jest dla mnie wszystkim, jeśli ja uwolnicie to sowicie was wynagrodzę.
Alex uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na starca.
– Kapsle nam niepotrzebne. Wystarczy świadomość, że pomogliśmy w słusznej sprawie.
Spojrzenie Pana Wrighta było pełne niedowierzania. Zapewne pierwszy raz widział kogoś, kto nie chciał kapsli w zamian za brudną robotę.
– N-naprawdę? Ale…
– Żadnych… proszę powiedzieć gdzie ją trzymają, a zwrócimy ją do pana tak szybko jak się da.

XI

Obóz znajdował się na północnym-zachodzie w ruinach oczyszczalni ścieków. Alex i Katherine schowali się na wzniesieniu wśród gruzu i pustych beczek. Z tego miejsca widok na obóz był idealny. Alex wyliczył wszystkich bandytów, było ich około piętnastu. Córka pana Wrighta siedziała związana pod ścianą, wraz z dwójką innych, młodych kobiet.
– Trochę ich tutaj dużo… – głos Katherine był pełen zaniepokojenia.
– Gdyby było ich pięćdziesięciu to było by dużo. Ich jest zaledwie garstka.
Alex wyciągnął z sakwy przy pasie niewielką rurkę wykonaną z ciemnego metalu.
– Co to?
– Tłumik, kupiłem go u zbrojmistrzów. Podobno całkowicie niweluje hałas.
Rozmowę przerwał kobiecy krzyk. Jeden z bandytów złapał Lisę i zaciągnął na drugi koniec obozu. Tam wyciągnął zza paska nóż i rozciął jej bluzkę odsłaniając jej biust. Następnie uderzył ją w twarz aby zamilkła i zaczął szamotać się z zamkiem u swych spodni.
– Alex, zrób coś!
– Próbuję kobieto, próbuję… – odparł jej z zabójczym spokojem w głosie.
Położył się w wygodnej pozycji do strzału, przeładował karabin po czym wycelował i nacisnął spust. Z lufy wyleciała jedynie niewielka chmura dymu, a bandyta padł martwy na ziemię. Dziewczyna zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej niż dotychczas, przez co wszyscy bandyci zauważyli zwłoki. W obozie wybuchła panika, wszyscy pochowali się za gruzem, beczkami i wszystkim co było w miarę wysokie. Szukali miejsca, z którego padł strzał. Alex ponownie przeładował karabin i spojrzał na Katherine.
– Ja zajmę się bandytami, a ty idź po dziewczynę.
– Ale…
– Już!
Pobiegła, a on ponownie wycelował i strzelił. W momencie wystrzału ktoś wystrzelił w jego stronę serię wykrzykując przy tym wszystkie możliwe bluzgi, jakie znał Alex. Zauważyli go, musi działać szybko albo zginie szybciej niż mu się zdaje. Wychylił się i strzelił do najbliższego ruchomego celu. Strzał był celny, trafił w szyję co spowodowało fontannę krwi. Sytuacja była gorsza niż Alex się spodziewał, cały obóz kierował ogień w jego stronę. Musiał niepostrzeżenie zmienić swoja pozycję. Szybko rozejrzał się dookoła i zobaczył wrak samochodu. Wziął kilka głębokich wdechów i przeczołgał się w jego stronę mając nadzieję, że nikt go nie trafi. Na szczęście obeszło się bez ran, nawet go nie zauważyli. Wciąż strzelali w stronę jego starej pozycji, a dodatkowo miał tłumik na karabinie więc miał przewagę. Oparł się plecami do bagażnika i lekko wychylił aby sprawdzić, czy u Katherine wszystko w porządku. Pomimo tego, że było ciemno, zobaczył ją przy dziewczynie.
– Grzeczna dziewczynka.. teraz wracajcie… – szepnął sam do siebie.
Nagle przed nimi wyskoczył krzepki mężczyzna z maczetą w ręku i rzucił się na Katherine. Alex momentalnie wycelował i nacisnął spust. Nic się nie stało, miał pusty magazynek. Zaklął pod nosem i szybko przeładował. Ponownie się wychylił, to co zobaczył wywołało u niego uśmiech na twarzy. Katherine stała nad martwym mężczyzną trzymając pistolet w ręku. Złapała Lisę za rękę i zaciągnęła w cień, gdzie zniknęły Alexowi z pola widzenia. Po chwili bandyci zaczęli padać jak muchy, nie mieli pojęcia co się dzieje. Byli pewni, że przygwoździli strzelca. W końcu, gdy zostało ich tylko czterech, uciekli zostawiając rannych.
Alex usiadł na dachu samochodu i obserwował teren. Może nie dały rady i zostały zastrzelone przez bandytów? Może Alex powinien pójść z nią? Nie mogło tak się stać, Katherine potrafi o siebie zadbać, przecież widział jak zastrzeliła jednego z nich.
Zeskoczył z samochodu i zsunął się po stoku, prosto do szczątków obozu. Stanął na środku i zaczął krzyczeć:
– Katherine?!
– Tutaj! – usłyszał przytłumiony głos z ruin budynku.
Natychmiast tam pobiegł, to co zobaczył o mało co nie przyprawiło go o zawał serca. Katherine leżała w kałuży własnej krwi została postrzelona w brzuch. Lisa siedziała obok niej i próbowała zatamować krwotok.
– Co się…
– Zaatakował nas jeden z bandytów. Proszę, pomóż jej!
Alex natychmiast padł na kolana i odpiął od paska niewielką sakwę. Przysunął do siebie niewielki, płaski kawałek metalu i wysypał na niego jej zawartość.
– Wspomnień czar… – mruknął pod nosem.
Rozpiął jej kurtkę, na nieszczęście Alexa, Katherine nosiła pod nią biały podkoszulek. Westchnął i wyciągnął nóż, rozciął materiał do połowy długości i zabrał się za ranę.
– Hmm… kula nie przeszła na wylot – spojrzał na Lisę. – Czy na waszym ranczo są jacyś lekarze?
– Skąd wiesz, że mam ranczo?
– Twój ojciec nas wysłał. Macie tam lekarza, czy nie?
– Tak mamy, ale ona chyba nie wytrzyma tak długiej drogi.
– Wytrzyma, jest silna. Zatamuję krwotok i ruszamy.
Najpierw oczyścił ranę, następnie sięgnął po stimpaka, którego nigdzie nie mógł znaleźć.
– Cholera…zapomniałem uzupełnić medykamenty. Niedobrze… niedobrze.
Szybko złapał bandaż i owinął go wokół jej brzucha po czym delikatnie wziął ją na ręce.
– Prowadź na ranczo. Będę biegł za tobą.
Lisa przytaknęła i pobiegła na wschód. Nie było czasu na rozmowy i tym podobne. Czas uciekał i Katherine mogła umrzeć. Alex wciąż biegł, nie zatrzymywał się, był zdyszany i ręce zaczynały mu drżeć. Nic dziwnego, biegli już od ponad godziny. Co chwile jednak pochylał się nad ustami Katherine, aby sprawdzić czy oddycha. Słońce zaczynało wschodzić, a Rancza nigdzie nie było widać. Zaczynał mieć wątpliwości, czy Lisa aby na pewno dobrze biegnie.
– Lisa… czy my… na pewno dobrze biegniemy?
– Tak, Ranczo będzie za tamtym wzgórzem. Znam tę okolicę jak własną kieszeń.
Nagle złapała się za pierś i kucnęła przy niewielkiej skale.
– Wszystko w porządku?
– Tak, wybacz, ale jeszcze nigdy nie biegałam tak długo. Po prostu muszę odpocząć. Biegnij dalej. Za chwilę was dogonię.
Przytaknął i ruszył przed siebie. Po kilku minutach ujrzał drewniane budynki i stodoły. Pomimo całkowitego wyczerpania, uśmiechnął się. Wbiegł przez główną bramę i z całej siły kopnął drzwi od domu Pana Wrighta. W salonie siedziało mnóstwo osób, w tym Pan Wright, który na ich widok zerwał się z fotela.
– Na litośc boską! Co się stało? Gdzie jest Lisa?
– Lisa została z tyłu. Za chwilę tutaj będzie, a Katherine została ranna. Podobno macie tutaj lekarza… proszę…
– Oczywiście, chodź za mną.
Zaprowadził go do pokoju gościnnego.
– Połóż ją na łóżku, doktor za chwilę tutaj będzie.
Tak też zrobił, położył ją i w tym momencie otworzyła oczy.
– Nic nie mów, jesteśmy bezpieczni. Za chwilę przyjdzie doktor.
Uśmiechnęła się resztką sił i spojrzała mu prosto w oczy. Jej spojrzenie było pełne podziękowania i radości. To wystarczyło Alexowi w zupełności. Wiedział, że nie zawiódł i dobiegł na czas.

* * *
Pan Wright zaprosił Alex’a do swojego gabinetu. Było w nim ciemno, okna zasłaniały rolety, a na ścianach wisiały zdjęcia i trofea łowieckie.
– Napijesz się czegoś chłopcze?
– Whiskey.
– Aa, napój prawdziwych mężczyzn – odparł z uśmiechem.- Jestem ci dozgonnie wdzięczny za uratowanie mojej córki. Opowiedziała mi o tym jak wybiłeś tych bandytów. Niestety nie zrozumiem jednego…
– Tak?
– Dlaczego nie chcesz przyjąć kapsli w nagrodę?
– Widzi pan… mam ich tak dużo, że ponad połowę musiałem zostawić w apartamencie.
– Apartament? Na pewno jesteś najemnikiem?
– I tak i nie. Po prostu podróżuję po pustkowiach, a te kapsle to wygrałem po pijaku w kasynie.
– To się nazywa pijacki fart! – Pan Wright wybuchł śmiechem. – Posłuchaj, skoro nie chcesz kapsli to dam ci inną nagrodę. Nie wyjdziesz stąd, dopóki nie dostaniesz ode mnie czegoś w podzięce.
Wstał z fotela i skierował się do niewielkiej szafy stojącej przy oknie. Wyciągnął z kieszeni srebrny klucz i włożył do mosiężnego zamka. Przekręcił go kilka razy i otworzył drzwi od szafy. Alex nie widział całej jej zawartości, lecz widać było, że znajduje się w niej niemała kolekcja broni palnej.
– Hmm…hmmm. o! Tutaj jest!
Obrócił się do Alexa z bronią w ręku, na jej widok zamurowało go.
– Mój boże… przecież to…
– Bozar. Legendarna broń z pustkowi. W całej Ameryce jest ich co najwyżej dwadzieścia sztuk! Jest twój.
– Panie Wright… z całym szacunkiem ale… to musi mieć dla pana dużą wartość.
– Nic nie jest warte więcej od życia mojej córki. Bierz tę broń albo odstrzelę ci łeb.
Alex wstał i odebrał nagrodę. Był ciężki, lecz dobrze wyważony. Używał amunicji 5.56mm, która na szczęście jest często spotykana na pustkowiach Mojave. Dodatkowo miał lunetę optyczną średniego zasięgu, lecz jeśli nie był utrzymywany w czystości to często się zacinał.
– Mogę go wypróbować?
– A pewnie! Za stodołą jest strzelnica, idź i korzystaj z niej do woli.
Strzelnica była niewielka, za to miała ogromny zapas niemal każdego rodzaju amunicji. Alex stanął na jednym ze stanowisk, włożył magazynek i pociągnął za zamek. Wydał się charakterystyczny, metaliczny odgłos, następnie wycelował w cel znajdujący się na średniej odległości. Nacisnął spust po czym karabin wystrzelił, a Alex poczuł niewielkie szarpnięcie. Bozar wydawał się być bronią idealną, był celny, miał minimalny odrzut, a w dodatku łatwo o amunicję jakiej używa. Zadowolony wystrzelił kolejne cztery magazynki. Gdy skończył zabrał się za czyszczenie mechanizmu. Usiadł przy starym drewnianym stole i po chwili ktoś zasłonił mu słońce. Uniósł głowę i zobaczył Katherine, nie miała na sobie kurtki, a brzuch miała owinięty bandażami. Wstał i podszedł do niej.
– Powinnaś leżeć w łóżku, rana postrzałowa to nie jest byle co.
– Słuchaj… chcę ci podziękować.
Następnie wtuliła się w niego co było dla Alexa czymś nowym. Katherine widocznie zmiękła w stosunku do niego. Nie była już taka wredna i zamknięta w sobie jak wtedy, gdy się poznali.Objął ją i lekko poklepał po plecach.
– Nie dziękuj, to moja wina. Powinienem był pójść tam z tobą… co powiedział ci lekarz?
– Za kilka dni wszystko się zagoi. Wygląda na to, że będziemy musieli tutaj zostać.
– No pięknie… dopiero co wyszliśmy ze Stripu i znowu musimy gdzieś zostać.
– Przecież możesz pójść beze mnie i potem wrócić…
– Wiesz… – Alex oparł prawą rękę o swoje biodro – Będzie ciężko. Jakoś przywykłem do twojego ciągłego gadania i towarzystwa. Dziwnie się czuję wiedząc, że nie ma cię w pobliżu i nie pilnujesz tyłów.
– Oh doprawdy? – Spojrzała na niego podejrzliwie, a na jej twarzy ukazał się niewielki rumieniec.
– Mhm, więc lepiej wracaj do łózka, niech ta rana się zagoi. Znajdź sobie jakąś książkę i… no nie wiem, rób to co kobiety zwykle robią.
– A ty?
– Zapytam się Pana Wright’a czy nie ma dla mnie jakiejś roboty. Chodź.
Zarzucił broń na plecy i oboje skierowali się do posiadłości.

XII

Jak się okazało, Pan Wright miał dużo zleceń dla Alexa. Na początku chodziło o pozbycie się ghuli z pobliskiego wzgórza, lecz z czasem zadania był coraz trudniejsze. Najgorsze było zdecydowanie przed nim.
– Słucham!? Szpon śmierci? – Alex nie krył zdziwienia, pierwszy raz w życiu miał spotkać szpona śmierci.
– Rozumiem twoje zdenerwowanie. Musisz mnie wysłuchać, z dnia na dzień ten szpon jest coraz bliżej mojego rancza. Niedługo zacznie zabijać Braminy i moich pracowników. To tylko jeden szpon, co złego może się stać?
– Kurwa nie wierzę… po prostu nie wierzę. Dobrze, zgadzam się, ale jeśli nie wrócę…
– Tak?
– Proszę zaopiekować się Katherine. Zależy mi na jej bezpieczeństwie. – powiedział ściszonym głosem.
– O to się nie martw. W razie czego zajmę się nią jak własną córką, jeśli się zgodzi. Mam jednak nadzieję, że nie zajdzie taka potrzeba?
– Ja również.. idę się przygotować.
Wyszedł z gabinetu i skierował się do pokoju. W środku siedziała Katherine. Spojrzała na niego i lekko zmarszczyła brwi.
– Coś się stało? Jesteś cały blady.
– Ja… posłuchaj… jeszcze dziś idę na wschód zabić jedną bestię. Jeśli nie wrócę to pozwól Panu Wrightowi sobie pomóc.
– Dlaczego miałbyś nie wrócić? Póki co radziłeś sobie całkiem nieźle.
– Ta bestia to Szpon Śmierci. Nie patrz tak na mnie, zabiję to i wrócę, a przynajmniej się postaram. Mam porządną broń, która powinna sobie z nim poradzić.
– Ale wrócisz?
– Postaram się…

* * *

Szpon śmierci był o wiele trudniejszym do zabicia, niż Alex sądził. Trzymał się za rozcięcie na brzuchu i biegł przed siebie szukając jakiegokolwiek schronienia. Tracił coraz więcej krwi, na wprost ujrzał niewielką jaskinię. Uśmiechnął się i wbiegł do niej. Oparł się o ścianę i odetchnął. W końcu trochę cienia – pomyślał. Odpiął od paska torbę z medykamentami i wyciągnął kilka stimpaków. Powbijał je w miejsce ran i wpuścił w nie czerwony płyn. Niemal natychmiast poczuł ulgę, a pulsujący i pieczący ból zaczął ustępować. Musiał jak najszybciej wrócić na ranczo, potrzebował pomocy od prawdziwego lekarza, mogło wdać się zakażenie. Powoli się podniósł wciąż będąc opartym o ścianę. Rozejrzał się wokół, było ciemno jak to na jaskinię przystało. Wyciągnął zza paska latarkę i włożył ją sobie w usta. W rękach zaś trzymał Bozara. Odbezpieczył go i powoli ruszył przed siebie, miał nadzieję znaleźć coś przydatnego, jak amunicja lub coś do jedzenia. Korytarz ciągnął się przed siebie, Alex miał wrażenie, że idzie już tak od co najmniej godziny. Przed sobą ujrzał niewielkie światło, jakby od żarówki. Zgasił latarkę i zaczął się skradać.
– Oby to było coś przyjaznego, tak dla odmiany… – mamrotał sam do siebie.
I było, po chwili ukazały mu się wielkie, okrągłe i mosiężne drzwi z napisem „115”. Z wrażenia Alex upuścił broń na ziemię.
– O kurwa…
Natychmiast podniósł karabin i zaczął biec ku wyjściu jaskini. Musiał powiedzieć o tym Katherine, ona marzyła o zobaczeniu krypty. Już wyobrażał sobie jej zadowolenie. Biegł na południe w kierunku rancza. Biegł, aż padł z wycieńczenia. Był odwodniony i głodny, a słońce grzało jak nigdy. Leżał wpół przytomny, gdzieś na środku pustkowia. Obrócił się na plecy i spojrzał na bezchmurne niebo.
– Więc tak umrę? Z wycieńczenia?
Zaśmiał się resztką sił i zamknął oczy. Czuł narastającą senność, musiał odpocząć. Choćby przez chwilę.
Gdy otworzył oczy był w zupełnie innym miejscu. Leżał w pokoju, który był mu znajomy. Był na ranczo. Uśmiechnął się i przysłonił twarz dłońmi, udało się. Ktoś go uratował. Wstał i podszedł do okna zobaczyć co dzieje się na zewnątrz. Stało tam kilka karawan, a jeden z handlarzy rozmawiał z Panem Wright’em. Alex westchnął i uniósł koszulkę, jego rana była wyczyszczona i zaszyta. Odwrócił się i skierował do drzwi, zdziwił się, gdyż w progu stała Katherine.
– Dlaczego ty zawsze się skradasz?
– Nie skradam się.
– Skradasz.
– Nie.
– Tak.
– Nie. Posłuchaj, mam dwójkę rodzeństwa, mogę tak cały dzień.
– Dwójkę? Myślałem, że masz tylko siostrę.
– I brata, ale zaczął podróżować, tak jak ty.
– Żyje?
– Mam nadzieję, bo to było dość dawno. Może nawet go spotkałeś, taki wysoki, chudy i nosił skórzany pancerz.
– No… to zaciśla krąg poszukiwań do paru setek podróżników. Każdy tak wygląda, równie dobrze może nosić teraz pancerz wspomagany i walić z Gatlinga do mutków.
Katherine parsknęła śmiechem i podeszła bliżej.
– Nie wiesz jak wielkiego masz farta. Karawaniarze ledwo cię dostrzegli w tym piachu i pyle. Mówili, że wyglądałeś na martwego. Co się tam stało?
– No cóż… ubiłem Szpona Śmierci, zostałem ranny i… – zamiast dokończyć, uśmiechnął się szeroko.
– I?
– A nie będziesz się śmiać?
– Powiedz to się przekonamy.
– Znalazłem kryptę.
Wyraz twarzy Katherine mówił sam za siebie. Była w szoku, spojrzała mu w oczy i wydukała:
– K-kryptę? Taką prawdziwą?
– Cóż… te wielkie, mosiężne drzwi wyglądały na prawdziwe. Nie wchodziłem do środka, gdy ją zobaczyłem od razu zacząłem biec w kierunku farmy.
– I dobrze, kiedy idziemy?
– Poczekaj, dopiero co odzyskałem przytomność, muszę coś zjeść i przygotować sprzęt. To kawałek drogi stąd. Jak twoja rana?
– W porządku, o mnie się nie martw. Przygotuj się, i idziemy. Żadnych ale! Jeśli szybko nie wyruszymy to może ją znaleźć ktoś inny.
– No tak, zapomniałem, że każdy zna położenie tej krypty. Nie podniecaj się tak, muszę jeszcze powiedzieć Panu Wrightowi o tym szponie.
Katherine przewróciła oczami, a Alex wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju. Skierował się na dół, w salonie stał Pan Wright, czytał jakiś papier, który wyglądał dość staro.
– Ekhem… przepraszam?
– Hę? O! Alex! Cieszę się, że jesteś cały. Karawaniarze mówili, że miałeś ogromnego farta. Na początku myśleli, że nie żyjesz. Byłeś cały we krwi, a tak apropo. Coś cię strasznie poharatało. Co to było?
– Pański szpon śmierci. Na szczęście jest martwy.
– Cholera, naprawdę jesteś niezły. Na pewno nie żyje?
– Cóż, po takiej serii między oczy wszystko powinno być martwe. Miło się dla pana pracowało, ale niestety dziś ja i Katherine opuszczamy ranczo?
– Dlaczego? Coś się stało?
– Jakby to panu powiedzieć… – Alex nie chciał zdradzić, że znalazł Kryptę. Pan Wright miał mnóstwo ludzi i broni, mógłby ich tam wysłać. – Znalazłem coś, czego szukałem od bardzo dawna. Chciałbym się tam udać, mam nadzieję, że nie ma mi pan tego za złe.
– Synu, zrobiłeś dla mnie więcej niż moi wszyscy ludzie razem wzięci. Dzięki tobie moje ziemie są bezpieczne, a ty i twoja przyjaciółka zawsze jesteście tutaj mile widziani. Jeśli chcecie odejść to proszę bardzo, to wasza wola, nic was tutaj nie trzyma.
– Dziękuję, w drodze powrotnej na Strip na pewno do pana wpadniemy.
Pan Wright uśmiechnął się kącikiem ust, i przeszedł z salonu do kuchni, gdzie zaczął wyjadać mutowoce z lodówki.

* * *

– To tutaj? A może tutaj? – Katherine nie mogła się doczekać, była bardzo podniecona z powodu Krypty.
– Uspokój się, albo zawrócimy, a Kryptę zobaczysz tak jak Pana House’a.
– A skąd wiesz, może go widziałam?
– Eh… dobra zatrzymaj się. Najpierw poszedłem w tamtą stronę i tam walczyłem z tym szponem.
– Wciąż tam jest?
– Na pewno, jest martwy. Choć i tak musimy tam pójść, stamtąd pobiegłem na zachód.
Skierowali się na niewielkie wzgórze, gdzie stało parę zniszczonych ciężarówek i wielka koparka. Wszystko wyglądało jakby odbyła się tutaj bitwa, ciężarówki miały na karoserii ślady kul i szponów. Katherine gwizdnęła.
– Nieźle, zrobiłeś z burdelu jeszcze większy burdel. A gdzie ten szpon?
– Tam – Alex wskazał coś co leżało na środku pobojowiska. Wyglądało jak wydma, gdyż szpony śmierci miały skórę i futro koloru piaskowego. – Lepiej tam nie podchodź, trochę źle potraktowałem jego mordę. Chodź, musimy się śpieszyć, dni są teraz krótkie.
– Jaki mamy teraz miesiąc? Listopad?
– Grudzień. Chodź, to w tamtą stronę.

* * *

Drzwi krypty wyglądały na nienaruszone, lampa znajdująca się nad nimi wciąż świeciła pomimo swojego wieku. Alex i Katherine stali tuz przed włazem, no przynajmniej Alex. Katherine podskakiwała z radości jak małe dziecko.
– Uspokoisz się wreszcie? Nie wiemy nawet jak do niej wejść.
– A co z tym panelem? Wygląda jak coś co otwiera wrota.
Czemu nie – pomyślał Alex. Podszedł do panelu, na którym było pełno przycisków i niewielka dźwignia. Złapał za nią i pociągnął w dół. Lampki zapaliły się na zielono, a zza włazu zaczął dobiegać głośny, metaliczny odgłos.
– Udało się… – dodał.
– Tak! Udało się! Wejdziemy do Krypty!
– Spokojnie, nie wiemy czy jest zamieszkana. Przygotuj broń, kto wie co tam jest.
Właz odsunął się, a w ich stronę wystrzeliło dość mocne światło, które ich oślepiło. Przymknęli oczy i powoli ruszyli przed siebie, gdy zrobiło się nieco ciemniej ujrzeli pomieszczenie czyste jak łza. Tak jakby ktoś faktycznie tutaj mieszkał. Alex odwrócił się i pociągnął za dźwignię na pobliskim panelu. Właz zamknął się.
– Co robisz?
– Nie chcę, aby ktoś zaszedł nas od tyłu. W razie czego usłyszymy dźwięk otwierania.
Katherine podeszła do pierwszego włazu, poruszyła gałkę na ścianę obok, a drzwi osunęły się do góry.
– Chodźmy.
Korytarze i kwatery były puste, a cisza panująca wokół była mordercza.
– Coś jest nie tak, przecież tutaj powinno być ponad dwustu ludzi.
– Cóż może…
– JEST TU KTOŚ DO CHOLERY JASNEJ?! – Alex przerwał jej wygłaszaniem swojego zirytowania.
– No tak… Alex i jego komunikacja…. Poczekaj…
– Co?
– Chyba coś słyszałam, jakby płacz.
Uciszyli się i wsłuchiwali, faktycznie był to płacz, w dodatku dziecięcy. Dochodził z pomieszczenia na końcu korytarza. Natychmiast tam pobiegli i to co zobaczyli, kompletnie ich zamurowało. Było to pomieszczenie medyczne, w inkubatorze na wprost drzwi leżało małe dziecko, zaś na podłodze kilku martwych ludzi w niebieskich kombinezonach.
– No i znaleźliśmy mieszkańców – odparł Alex.
– Mój boże… – Katherine podbiegła do inkubatora, szukała czegoś, co go otwiera. – Jak się otwiera to gówno!
– Nie ryzykował bym.
– Co chcesz ryzykować?! To dziecko!
– To może być mutant – podszedł bliżej i przyjrzał się niemowlęciu. – Hm, nie ma kłów ani śladów deformacji. Może faktycznie to..
Nim skończył, Katherine uderzyła go w twarz.
– Skończ gadać i pomóż mi. Musi być jakiś sposób.
Alex westchnął ciężko i wcisnął czerwony przycisk znajdujący się na tym samym stole co inkubator, Wydał się odgłos otwierania, tak jak przy otwieraniu walizki.
– Masz, zadowolona?
Katherine natychmiast wyciągnęła dziecko i wtuliła w siebie szepcząc do niego ciepłe słówka.
– Ta, a mnie to nigdy tak nie przytuliłaś.
– Może i zachowujesz się jak dziecko, ale tobie chodzi o coś więcej niż tylko przytulenie. Mam racje?
– Cóż..
– No właśnie. Musimy znaleźć coś do jedzenia, na pewno jest głodny.
– Zostań tutaj, rozejrzę się.
– Z tymi ciałami? Nigdy, nie lubię widoku zwłok. Idę z tobą.
Wyszli z pomieszczenia i skierowali się do stołówki, wyglądała nieco gorzej niż pozostałe pokoje. Na podłodze walały się puste puszki, a na ścianach był wypisane przekleństwa i egzorcyzmy.
– No, klimatyczna stołówka. – Alex uśmiechnął się głupawo w stronę Katherine. – Weź coś do jedzenia, a ja zajmę nam stolik.
Usiadł przy jednym ze stolików, to co na nim leżało zrzucił na podłogę i rozsiadł się wygodnie. Zamknął oczy i cofnął głowę, myślał co zrobić z kryptą. Wyglądała na opuszczoną, lub wymarłą. Co mogło się stać z mieszkańcami? Dlaczego nie żyją? Może to bandyci, a może jakiś tajemniczy wirus, który, kazał wszystkim się zabić? Z zamysłu wyrwała go kropla czegoś, co spadło mu na czoło. Otworzył oczy i omal nie krzyknął. Do sufitu był przybity prętami pół nagi mężczyzna, który nosił ślady torturowania. Był martwy, lecz patrzył Alexowi prosto w oczy.
– K-K-Katherine?
– Co jest? Znowu chcesz porozmawiać o przytulaniu?
– Choćbym nie wiem co, nie patrz na sufit.
– Dlaczego, przecież nie jest… O ŻESZ KURWA!
Od zwłok, Alex’a bardziej zaintrygowało to, że Katheirne przeklęła. Jedynym wulgaryzmem jakiego używała było “cholera” o ile można powiedzieć, że to przekleństwo. Powoli złapał za karabin i odsunął się od stolika. Ostrożnie podszedł do lady, wciąż patrząc się na zwłoki.
– Nie wiem co tu się stało ale zaczynam mieć wrażenie, że jednak nie jesteśmy tutaj sami.
– Mówisz?
– Mhm, bierz dzieciaka i wynośmy się stąd.
Wyszli ze stołówki i skierowali się w stronę wyjścia. Katherine w jednej ręce trzymała dziecko, a w drugiej pistolet. Alex zaś szedł tyłem, nie chciał aby coś ich zaskoczyło. Gdy mijali pomieszczenie medyczne, nagle się zatrzymał.
– Czemu się zatrzymaliśmy?
– Obok inkubatora widziałem skórzaną torbę. Może być w niej coś ciekawego. Poczekaj tutaj, a ja ją wezmę i wynosimy się stąd.
Wszedł do pokoju i pierwsze co zauważył to brak zwłok.
– O-o…
– Co jest?
– Zwłoki zniknęły.
Nie czekając na odpowiedź od Katherine – której i tak nie uzyskał – szybko złapał torbę i skierował się do drzwi. W progu zamarł. W korytarzu wiodącym do wrót krypty stało trzech mężczyzn w niebieskich kombinezonach. Ich twarze wyglądały jakby ktoś je potraktował jakąś żrącą substancją, a ich oczy świeciły się na pomarańczowo. Patrzyli się na Alex’a i Katherine jak głodne zwierzęta. Wydawali dziwne dźwięki, jakby warczenie.
– Alex…. – głos Katherine był załamany i pełen rozpaczy. Bała się i to bardzo.
– Nie ruszaj się, jeśli nas zaatakują wycofaj się do pomieszczenia medycznego. Mną się nie przejmuj, nie takie rzeczy się zabijało.
Powoli odbezpieczył broń i zrobił krok naprzód. Nagle mężczyźni ruszyli w ich stronę z potwornym krzykiem. Dzieliło ich niecałe pięćdziesiąt metrów. Alex wycelował w jednego z nich i wystrzelił krótką serię. Bozar był naprawdę potężną bronią, pierwszego przeciwnika rozerwało niemal na strzępy zostawiając tylko dolną część ciała. Pozostało dwóch, a odległość między nimi, a Alexem drastycznie się zmniejszała. Znowu wycelował i wyprowadził kolejną serię. Tym razem nie trafił, mężczyzna zrobił unik i zaczął biec po ścianie, niczym pająk.
– No chyba sobie jaja robicie!
Alex natychmiast się wycofał do pokoju i zamknął drzwi. Uderzył kolbą w panel, tym samym blokując zamek.
– Alex! Co to jest?!
– Nie wiem, ale na pewno nie są to ludzie… już nie. – przełknął ślinę i wziął głęboki wdech. – Ile masz amunicji?
– Nie wiem, dwa albo trzy magazynki, jeden mam załadowany.
– A co z dzieciakiem?
– Nie słyszysz? Jest przestraszone, z resztą tak jak ja! Co my teraz zrobimy?
– Cóż, z tego co widzę to są dwa wyjścia. Możemy strzelić sobie w łeb…
– Alex…
– Albo możemy wyjść tym szybem wentylacyjnym – wskazał okrągłą kratkę na ścianie, na wprost. – Nie wiem jednak, czy ja się zmieszczę.
Zerwał się z miejsca i zaczął szarpać za kratkę. Po kilku porządnych szarpnięciach ukazał mu się prostokątny szyb ciągnący się jakby w nieskończoność.
– Dobra, wskakuj.
– A co z tobą?!
– Mną się nie przejmuj. Dam sobie radę. Ważne, żebyś była bezpieczna ty i ten dzieciak. Wskakuj i nie marudź!
Potwory wciąż dobijały się do drzwi, które były już u schyłku swych wytrzymałości. Katherine niechętnie wskoczyła do szybu i zaczęła się czołgać przed siebie.
– W razie gdybyś wyszła na zewnątrz, a ja nie dam rady to pobiegnij na ranczo Pana Wright’a i powiedz mu o tej krypcie! Musi zabić te skurwysyństwa!
Usłyszał jedynie coś co przypominało stłumiony płacz. Czyżby jej na mnie zależało? – pomyślał. Stanął na wprost drzwi, przeładował karabin i wycelował przed siebie. Wziął głęboki oddech.
– No chodźcie skurwiele…
Drzwi nie wytrzymały, na ich środku zrobiła się wielka dziura, a z niej zaczęły wystawać dwie pary rąk i pomarańczowych oczu, o zębach nie wspominając. Alex zaczął strzelać na oślep krzycząc przy tym niemiłosiernie. Gdy opróżnił magazynek opuścił lufę i spojrzał na drzwi. Prócz dziur po kulach, na ścianie po drugiej stronie było mnóstwo krwi. Wyciągnął pistolet i powoli podszedł do wyłomu. Potrząsał głową i wychylił się przez dziurę. Na podłodze leżały szczątki tego czegoś, co próbowało ich zabić. Uśmiechnął się i podbiegł do szybu.
– Katherine! Katherine! Udało się!
Nie uzyskał odpowiedzi. Zaklął pod nosem i wyszedł z pokoju. Pobiegł jak najszybciej w stronę włazu. Tych bestii mogło być tutaj więcej. Pociągnął za dźwignię i prześlizgnął się przez szczelnie jeszcze nie do końca otwartego włazu, po czym pociągnął za dźwignię po drugiej stronie. Odwrócił się i skierował ku wyjściu jaskini. Nikogo tam nie było, ani śladu Katherine i dziecka. Zaklął ponownie i spojrzał na wejście jaskini. Nie mógł tam teraz wrócić, nie miał już
prawie amunicji, musiał wrócić na ranczo po zapas.

Avatar

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.