History of crazy Ivan

Autor: Dafner

To był kolejny upalny dzień na pustkowiu. Pamiętam, że patrzyłem jak krople mego potu parowały, kapiąc na popękaną, wyschniętą na wiór ziemię. Nie wiem jak udało mi się trafić w tamto dziwne miejsce. Tego miasteczka nie było na żadnej znanej mi wtedy mapie Zachodniego Wybrzeża. Jego mieszkańcy nazywali je Creek Town, lecz w myślach zawsze będę je wspominał jako dziurę zabitą dechami, a czas jaki w nim spędziłem porównywał do kary za wszystkie me grzechy.
W rzeczywistości nie było tam aż tak źle. Mieli całodobowy bar, którego nazwy już nie pamiętam, był też magazyn miejski, ranczo, a nawet posterunek szeryfa. Całość kształtowały prymitywne chaty pozbijane z metalowych płyt. Do tej pory zastanawiam się jak ci ludzie mogli w nich żyć – przecież nie chroniły one ani przed upałem, ani przed nocnym chłodem. Muszę jednak przyznać, że wiatr się do nich nie dostawał, a to właśnie on sprawiał najwięcej problemów na otwartym terenie.
Był to czas, w którym koniecznie potrzebowałem schronienia, a Creek Town mogło mi je zapewnić. Powiem nawet więcej. To zadupie mogło mi zaoferować więcej, niż można by się po nim spodziewać. W końcu bar miał własne źródło zasilania, dzięki czemu mógł funkcjonować przez całą dobę. Interes się kręcił bo znudzeni i zmęczeni pracą mieszkańcy mogli się wieczorami rozerwać pijąc taniej jakości Booz.
W każdym bądź razie koniecznie musiałem gdzieś osiąść na kilka dni. Burza jaka rozpętała się w New Reno zdecydowanie mnie przerastała. Pamiętam, że zgubiły mnie dwie słabości, świadczące o mojej prostocie. Jedną z nich świetnie odzwierciedla powiedzenie: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”, a ja wtedy byłem już w połowie drogi do taty Lucyfera, o ile nie zstąpił on na ziemię wieki temu. Chciałbym teraz móc cofnąć czas, by nie dać się zawładnąć ciekawości i nie otwierać walizki należącej do pana Mordino. Skutek był oczywisty – musiałem taszczyć jej zawartość przez całą Kalifornię, żeby nie dać się złapać jego ludziom. Co do drugiej przyczyny mojej ucieczki z New Reno. Najprościej będzie ująć ją jednym słowem: „kobieta”, a raczej moja słabość do kobiet.
Wracając jednak do rdzenia tej opowieści. Otóż doskonale pamiętam dwie zasady jakie narzuciłem sobie wchodząc do Creek Town. Jedną z nich notorycznie łamałem:
„Nie wdawaj się w rozróby Ivan, a wyjdziesz stąd żywy”.
Treść drugiej zasady miała mi zagwarantować, iż będę przestrzegał pierwszej z nich, a brzmiała ona:
„Za trzy dni wyruszysz w drogę do San Francisco, a wtedy nikt ci już nie podskoczy”. Jak się później okazało druga zasada zawiodła moje oczekiwania.
Pierwszą rzeczą jaką uczyniłem było udanie się do baru. Tak… Teraz sobie przypomniałem. Nazywał się on „Leże Radskorpiona”. Od zewnątrz budynek robił wrażenie. Był zbudowany z cegieł, a zawiasy drzwi i okiennic były nasmarowane oliwą, co zapobiegało ich skrzypieniu. W środku panował półmrok, a powietrze zdawało się być ciężkie od wszechobecnego dymu papierosowego. O tej porze dnia – a było południe – Leże Radskorpiona świeciło pustkami. Udając się w stronę blatu baru kaszlnąłem dając znać właścicielowi o mej obecności.
– Cholerny kurz, wszędzie go pełno. Oddychać nie można – powiedziałem to dopiero gdy ten wychylił się z wnęki za barem.
– Taa…! To pustynne powietrze drażni gardzioło. Napij się Boozu. Nic tak nie pomaga jak osiemdziesiąt procent alkoholu pieszczących twe kubki smakowe, a Booz mojej roboty wyjątkowo kopie i pomaga zapomnieć.
Teraz żałuję słów, jakie wypowiedziałem w odpowiedzi na propozycję barmana ale wtedy wydała mi się ona sensowna i niezwykle kusząca. Tak naprawdę byłem uzależniony od picia alkoholu.
– Polej a ja wrzucę kilka kapsli do tamtej starej szafy grającej pod ścianą.
– Się robi! – odpowiedział barman sięgając za siebie po butelkę Boozu, stojącą na półce.
Gdy szedłem w stronę szafy grającej myślałem o bliźnie na jego czole. Ciągnęła się powyżej lewego ucha, a kończyła się w miejscu przecięcia z linią będącą przedłużeniem jego nosa. Jako, że był łysy doskonale było widać uszkodzenia czaszki, najprawdopodobniej powstałe po uderzeniu jakimś ostrym, ciężkim narzędziem.
Zawartość szafy grającej dawała dużo do życzenia. Spośród dziesiątek utworów w stylu country wygrzebałem coś bardziej nastrojowego – mianowicie płytę Louis’a Armstrong’a z rozpoczynającym ją utworem „What A Wonderful World”. Z tego co sobie przypominam szafa się zacinała, więc po wrzuceniu pięciu kapsli nic nie grało. Dopiero słowa barmana:
– Cierpliwości kolego. Daj się jej rozpędzić – zażegnał narastający we mnie gniew.
Włączyłem jeszcze kilka kawałków z tej płyty. Były to chyba „Jeepers Creepers” – pozycja numer dziesięć – oraz „A Kiss To Build A Dream On” – pozycja numer sześć. Gdy odchodziłem od szafy do pomieszczenia weszły dwie osoby. Mężczyzna wyglądał na nieletniego. Miał rewolwer przy pasie, który zdecydowanie był większy od jego przyrodzenia. Na głowie nosił kowbojski kapelusz i w ogóle jakoś wyglądał na zabijakę rodem z filmów o dzikim zachodzie. Z tą niewielką różnicą, że wypatrzyłem u niego na piersi odznakę zastępcy szeryfa. Kobieta, którą ciągną za sobą – dosłownie rzecz ujmując – wyglądała na prostą niewiastę, której życie polegało na wykonywaniu najstarszego zawodu na świecie, co zresztą było bardzo powszechnym źródłem zarobku u płci pięknej. Wracałem właśnie do baru by opróżnić swą butelkę Boozu, gdy ten młodzik krzyknął do barmana:
– Bierzemy jak zwykle trójkę Bob – po czym wziął moją butelkę pod pachę i udał się do podziemnej części baru. Po tym drobnym incydencie było już pewne, że pierwsza zasada zostanie złamana. Wiem, że wtedy treść drugiej zasady najzwyczajniej wypadła mi z głowy, tak jakby jej w ogóle nie było. Na szczęście narastająca we mnie złość nigdy nie uzewnętrzniała się przedwcześnie. Dlatego też podszedłem ze spokojem do baru, po czym ironicznie powiedziałem:
– Podaj mi wędzoną iguanę na patyku… Bob.
Gdy ten skoczył na zaplecze by podać mi posiłek, pojawił mi się przed oczami obraz. Przedstawiał on tego szczeniaka z rewolwerem wsadzonym w jego własną dupę, a potem w uszach dudnił mi tylko głuchy odgłos wystrzału. Gdy skończyłem jeść iguanę, doskonale wiedziałem co zrobię zastępcy szeryfa gdy go dopadnę. Jednak gniew nie odebrał mi rozsądku do reszt. Spokojnie, a zarazem ciekawsko spytałem:
– Kim była ta parka… mogę ci mówić po imieniu Bob?
– Pewnie, ale radzę ci nie zadzierać z synem szeryfa. Chłopak nazywa się Billy i ma pierdolca na punkcie dzikiego zachodu. Sam chce żeby mówiono na niego Billy The Kid, jak na tego sławnego bandytę z pradawnych legend.
– Często zabawia się z kobietami w ten sposób?
– Hmmm… W sumie to chyba często. Widuję go tu trzy razy w tygodniu. Co tydzień opłaca wynajem pokoju na siedem kolejnych dni, tak więc jak dla mnie nie ma znaczenia kogo do niego zaprasza i co tam robi. Pilnuję tylko własnego nosa i dbam jedynie o to by interes się kręcił jak najlepiej.
– Dzięki za iguanę i za informacje Bob. Masz jakiś wolny pokuj?
– Pewnie. Niewielu przybyszów wita w Creek Town, więc z pokojem nie będzie najmniejszego problemu. Masz tu klucze do szóstki. Wejdź przez te drzwi po twojej lewej, potem schodami w dół, a znajdziesz się w ciemnym korytarzu. Po obu stronach są wejścia do pokoi. Miłego odpoczynku.
– Dzięki – powiedziawszy to uregulowałem rachunki dorzucając kilkanaście kapsli napiwku, poczym udałem się według wskazówek Boba.
Na odchodnym barman powiedział pod nosem:
– Nie ma sprawy kolego, stary Bob jest zawsze do usług.
Zszedłem do podziemnej części Leża Radskorpiona. Widok jaki tam zastałem dało się przewidzieć. Było ciemno. Powiem nawet więcej – było bardzo ciemno. Z ledwością dało się dostrzec skąpe zarysy schodów, którymi tu zszedłem. Minęło jednak już kilka chwil więc moje oczy zdążyły przyzwyczaić się do panującego tam mroku. Wtedy to właśnie z ciemności wyłoniły się przede mną kontury drzwi. Gdy je uchyliłem blade światło oślepiło me oczy. No może teraz trochę przesadziłem. Po prostu w korytarzu zwisała z sufitu zapalona żarówka. Było jednak na tyle jasno, że dało się dostrzec popękane i spróchniałe drewniane pale, podpierające strop i ściany. Wszędzie było pełno wyschniętej szarej ziemi, która wchodziła we włosy, oczy, uszy, nos – dosłownie była wszędzie. Ten pył – bo chyba to jest lepsze określenie – przykleił się do mego spoconego ciała, zamieniając się w błotnistą maź. Po chwili cały byłem w błocie. To tylko podsyciło mą wewnętrzną złość i niewiele już brakowało bym ją uwolnił. Pamiętam jeszcze, że było tam o wiele chłodniej niż na powierzchni. Ciemno, brudno ale przynajmniej chłodno. Ruszyłem naprzód. Dostrzegłem drzwi do pokoi, leżące naprzeciwko siebie – parami. Minąłem pierwszą parę (po prawej czwórka, a po lewej jedynka), drugą (po prawej piątka, a po lewej dwójka). W końcu doszedłem do trzeciej, a za razem ostatniej pary drzwi (po prawej szóstka, a po lewej trójka). Już miałem wkładać klucz do zamka, gdy z za pleców dobiegły do mnie niepokojące odgłosy. Słychać było jęki oraz potworny, kobiecy krzyk. Tak szczerze mówiąc to wynajmując pokój u Boba właśnie tego się spodziewałem. W każdym bądź razie już wtedy stało się oczywiste, że pan �mały kutas zastępca szeryfa� długo już nie pociągnie. Teraz trochę mi go szkoda bo w sumie był jeszcze młody, a przyszłość tego świata leży w rękach młodzieży. Ale wracając do opowieści… Z moich błyskawicznych obliczeń wynikało, że Billy powinien już się uporać z butelką Boozu, której zawartością to ja miałem się rozkoszować. Dla takiego szczeniaka wypicie jej całej powinno wywołać nie lada karuzelę. W tej właśnie chwili najzwyczajniej w świecie puściły mi hamulce. Wszystkie pokłady złości, jakie nagromadziły się we mnie od rana uszły z mojego wnętrza, a ciało i umysł stały się nadzwyczaj pobudzone. Przypierdoliłem z buta w drzwi z taką siłą, że prawie wyleciały z zawiasów. Gdy człowiek kopie tak mocno, mimowolnie wpada do pomieszczenia. W tym samym momencie – już bardziej odruchowo – dobyłem swojego Desert Eagla i wymierzyłem prosto przed siebie. Ach jak sobie teraz przypomnę tą giwerę. Dbałem o nią jak o swego Wacka. Powiem nawet więcej. Ta broń była przedłużeniem mojej męskości i byłem z tego dumny. W każdym bądź razie widok jaki zastałem w pokoju dał mi później do myślenia.
Wpadłem więc do środka rozpędzony niczym pocisk. Ale co się działo? Kobieta zupełnie naga, leżała na łóżku twarzą do materaca, a zastępca szeryfa trzymał jej odkręconą butelkę Boozu w dupie. Po chwili wyciągnął ją, by spijać nadmiar trunku, który najwyraźniej się w jej odbycie nie pomieścił. Kobieta darła się w niebogłosy, a ja do teraz nie jestem pewien, czy były to wrzaski rozkoszy, czy cierpienia. W każdym bądź razie nie było już odwrotu. Prawda jest taka, że gdy już „wpadam w furię” – bo tak nazywam stan, w jakim się wtedy znalazłem – muszę coś zrobić z tą całą złością, która się ze mnie ulatnia. Wtedy przelałem ją na osiem nabojów z magazynku mojego Desert Eagla. A… Właśnie jeszcze coś mnie wtedy poruszyło. Widziałem jak Booz wypływał z tyłka tej panienki, a zastępca szeryfa nie nadążał z jego piciem i to czego nie dopijał wsiąkało w materac łóżka. Boże! Aż mnie wtedy serce zabolało. Co za marnotrawstwo. Ale mniejsza o to. Niech wrócę do tego, jaki skutek miało opróżnienie całego magazynka mojej cudownej srebrzystej giwerki, skierowanej w stronę Billy�ego i jego koleżanki. Otóż kobieta oberwała dwa razy. Pierwsza kula trafiła w ramię czyniąc stosunkowo niewielkie obrażenia. Nie przeszła jednak na wylot, tylko zatrzymała się na kości łamiąc ją. Paniusia przeżyłaby gdyby nie drugi pocisk. Ten trafił ją w szyję rozrywając ją prawie na pół. Krew trysnęła aż do sufitu, plamiąc cały pokój czerwienią. Tak sobie myślę, że szkoda trochę tej pani, bo chętnie bym sobie teraz zachędożył.
Co do syna szeryfa… Muszę przyznać, że chłopak był twardszy niż można by przypuszczać. Dwa razy oberwał prawie w to samo miejsce. Te dwa pociski oderwały mu rękę na wysokości łokcia. Dostał jeszcze w plecy, ale była to tylko powierzchowna rana. Gdy mogłoby się zdawać, że jest już po wszystkim, ten się na mnie popatrzył z wściekłością w oczach, wyciągnął butelkę Boozu z dupy tej paniusi, a następnie rozbił ją na kamiennym stoliku, po czym rzucił się na mnie z wrzaskiem. Wiedziałem, że nie było czasu na przeładowanie broni. Z za pasa wyciągnąłem mój stary nóż bojowy, który nie raz uratował mi życie na pustyni. Chłopak skoczył na mnie jak jakaś cholerna wiewióra. I co mogłem zrobić? Po prostu ruszyłem do ataku. Zrobiłem dwa szybkie kroki po czym rozprułem mu bebechy, gdy ten się we mnie zamachnął rozbitą butelką. Jak na ironię trafił w teczkę pana Mordino, którą cały czas miałem przypiętą kajdankami do lewej dłoni. Gdyby nie ona zmasakrowałby mi twarz. Już po wszystkim pozwoliłem sobie wyładować resztę swej złości i wyprułem mu flaki. Jak już nie było czego wypruwać, doszedłem z powrotem do siebie. To co zobaczyłem w chwili, gdy się opanowałem przypominało rzeźnię w Modoc. Do mego umysłu dotarły wreszcie obrazy ukazujące wnętrze pokoju. Wcześniej, kiedy furia zawładnęła mną całym, widziałem tylko ciemne, rozmyte kształty umeblowania. Billy wraz z tą dziewczyną byli jedynymi wyraźnymi obiektami jakie mogłem dostrzec. To tylko na nich mogłem przelać całą tą złość. W każdym bądź razie pokój wyglądał całkiem schludnie, no może poza rozbryzgnięta krwią na ścianach, czy kawałkami jelit zastępcy szeryfa, leżącymi na ziemi obok jego ciała. Stałem tak w bezruchu jeszcze przez kilka chwil. Nagle z korytarza usłyszałem biegnącego w moim kierunku Boba. Schowałem broń do kabury, wcześniej zmieniając magazynek, po czym odwróciłem się twarzą w stronę wyważonych drzwi. W tej samej chwili barman dobiegł do końca tunelu i nie mogąc złapać tchu wybełkotać kilka słów, których nie dało się zrozumieć, ale z kontekstu wynikało, że powiedział coś w stylu:
– Coś ty kurwa narobił! Odpierdoliło ci czy co!?
Jako, że po napadzie furii jestem zupełnie odprężony i spokojny odpowiedziałem:
– Bob… Przyjacielu… Weź głęboki wdech bo widzę, że cię bezdech łapie.
O dziwo postąpił według mojej rady, choć zdecydowanie była ona ironiczna. Tak szczerze mówiąc, Bob nie wyglądał na zbyt inteligentnego człowieka. Gdy wziął trzy wdechy, znienacka wyciągnął kij baseballowy z za pleców i zaczął mi grozić. Wyglądało to tak jakby spodziewał się, że to ja będę leżeć martwy na ziemi, a nie Billy:
– Ty skurwysynu! Masz teraz przepierdolone. Gdy szeryf się dowie, że zamordowałeś jego synalka, osobiście cię wykastruje, a potem każe ci jeść własne jaja! Kurwa! Zjawiłeś się dwie godziny temu i już zabiłeś dwoje ludzi. Kim ty w ogóle kurwa jesteś! Wypierdalaj lepiej stąd bo jak nie…
– …To co? – wtrąciłem – Co zamierzasz zrobić tym kijkiem? Chyba jesteś niepoważny. Pamiętaj, że to ty wynająłeś mi pokuj i to ty wpuściłeś mnie do tej części baru. A z tego co widzę spodziewałeś się, że Billy mnie załatwi, żebyś mógł się dobrać do mojej walizki. Widzisz jacy ludzie są prości? Przebyłem Kalifornię wzdłuż i wszerz i wszędzie są tak samo łapczywi. Musisz wiedzieć, że nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz znalazłem się w takiej sytuacji, a nie każdy barman był na tyle inteligentny, żeby mi się nie sprzeciwiać. Pamiętaj, że zawsze i ciebie mogą wynieść stąd w plastikowym worku.
– O ty…! Grozisz mi!? – Tak jak mówiłem wcześniej. Bob nie był zbyt inteligentny.
– Nie… Ja ciebie tylko pouczam. Pamiętaj, że jeśli ten incydent wyjdzie na jaw, gwałtownie spadną ci dochody, a ludzie z miasteczka będą chcieli cię jeszcze ukamienować.
– Nie…! To nie może tak być! Ale muszę przyznać ci rację. Zresztą chuj z interesem. Problem będzie jeśli szeryf się dowie, że to tutaj zginął jego syneczek.
– Widzę, że się rozumiemy – powiedziałem z uśmieszkiem na ustach.
– Oboje siedzimy w tym gównie, wiem co możemy zrobić z ciałami, ale to ty pokryjesz wszelkie koszty.
Wtedy się do niego lekko uśmiechnąłem, klepnąłem go w ramię, i skierowaliśmy się do wyjścia na powierzchnię. Aha… powiedziałem mu jeszcze:
– Pieniądze to nie problem Bob.
Pomimo tego, że Bob nie grzeszył inteligencją, wpadł na całkiem niezły pomysł. Plan był prosty, ale ponoć najprostsze rozwiązania są zawsze najlepsze. Ja miałem się zająć „sprzątaniem po imprezie”, a on miał wtajemniczyć we wszystko Bucka. Buck prowadził hodowlę dwugłowego bydła zwanego brahminami. Z tego co mówił Bob te bestie są strasznie żarłoczne, a przy tym tępe jak supermutanty. Jedzą wszystko co się im wrzuci do koryta. Gdyby udało nam się przekupić Bucka, zanieślibyśmy zwłoki za miasto, gdzie znajduje się jego hodowla. Potem poćwiartowalibyśmy ciała na drobne plasterki, a brahminy zrobiły by za nas resztę. Problem mógłby się pojawić z przekonaniem szeryfa, że Billy wyruszył na zachód w poszukiwaniu swojej kobiety, która rzekomo wpadła w ręce łowców niewolników, podczas powrotu ze swej rodzinnej wioski. Historyjka była o tyle wiarygodna, że Billy był jeszcze młody i głupi. Myślał kutasem, a ten mógłby mieć sucho w upalne dni bez swojej cipeczki. Gdy tylko Bob zamknął knajpę z powodu rzekomej usterki zasilania, zabrałem się do roboty. Gdy sięgnę teraz pamięcią w daleką przeszłość przypominam sobie, że za zwyczaj to ja zajmowałem się sprzątaniem bałaganu po tego typu zajściach. Pamiętam motyw u Freda z New California Republic, gdy jeden z jego niewolników rzucił we mnie kawałkiem własnego kału. W sumie Fredowi się nic nie stało ale nie dość, że musiałem zapłacić za niewolnika, który nie nadawał się już do niczego gdy z nim skończyłem, to jeszcze musiałem sprzątać jego wnętrzności i ścierać krew ze ścian celi, w której siedział. Innym razem rzuciłem się na jakiegoś bezdomnego, który był tak naćpany, że pomylił mnie z drzewem i najzwyczajniej w świecie wyszczał się na moje nowe buty. Potem cały margines społeczny z Den bał się do mnie zbliżać. A ja po prostu wykroiłem w jego ciele dziurę, do której oddałem mocz. Incydent miał miejsce w noclegowni dla bezdomnych, więc i tam musiałem za sobą sprzątać. Na szczęście jej właściciel był moim starym znajomym i uszło mi to płazem. Ze zwłokami Billego i jego panienki nie było aż tak tragicznie. Ciała były w jednym kawałku – nie wliczając odstrzelonej ręki chłopaka. Jedynym problemem było ścieranie krwi z sufitu i rogów pokoju. Zresztą nie robiłem tego aż tak dokładnie. Ściany i tak były pokryte rdzawym nalotem, a w rogach i kątach było pełno pleśni. Zwłoki zawinąłem w starą, poniszczoną pościel, podłogę polałem jakąś cholernie brudną wodą, nadającą się jedynie do podlewania cierni, które dawały jadalne owoce. Zresztą gdy opróżniłem dwa wiadra tej wody na podłodze powstała centymetrowa warstwa czarnego osadu, która zakryła krew. Ze ścianami było trochę więcej roboty ale Bob miał starą farbę olejną, którą wcześniej musiałem rozrobić z tą brudną wodą. Zabawiłem się więc w malarza, a zarazem w dekoratora wnętrz. Okazało się, że farby nie starczyło do wymalowania całego pomieszczenia. Musiałem więc szafę wraz z komodą postawić tak, by zasłaniały krwawe plamy, na które nie starczyło już farby. Uwinąłem się ze wszystkim jeszcze przed zmrokiem, a w ramach odpoczynku po pracy zjadłem sobie suszone mięso brahminów ze spiżarni. Boba nie było jeszcze przez jakiś czas, a ja siedziałem sam w Leżu Radskorpiona, walcząc ze swoim nałogiem. Tak chciało mi się pić, że w pewnym momencie dłonie trzęsły mi się jak szalone, a wokół siebie widziałem twarze ludzi mówiących do mnie:
– Musisz się napić Ivan.
– Booz dobrze wpływa na cerę.
– Pij a zaznasz ukojenia.
W końcu straciłem opanowanie i rzuciłem się za bar. Odkręciłem napoczętą już butelkę, po czym przechyliłem ją, by wlać całą zawartość do gardła jednym łykiem. Niestety zamiast Boozu otrzymałem cios z płaskiego w twarz, a butelka wyślizgnęła mi się z rąk i upadła na ziemię. Gdy się opanowałem ujrzałem Boba mówiącego coś do mnie. Słuch odzyskałem dopiero po paru chwilach, a szum w uszach zagłuszał wszystkie odgłosy z otoczenia. W każdym bądź ostatnie słowa wypowiedziane przez barmana brzmiały:
– …I zapłacisz jeszcze za tę butelkę Boozu. A teraz chodź, pomogę ci sprzątać ten pokój.
Zeszliśmy do podziemnej części baru. Przypominam sobie, że Bob mnie czymś rozśmieszył. Tak pamiętam, że śmiesznie skomentował widok jaki zastał w pokoju. Powiedział:
– Stary… Szybko się z tym uwinąłeś. Wygląda na to, że masz wprawę w sprzątaniu ludzkich ciał.
Na te słowa odpowiedziałem głośnym śmiechem, po czym odruchowo klepnąłem barmana w plecy mówiąc:
– Taa… Ojciec mnie uczył. Ale teraz na poważnie. Rozmawiałeś z Buckiem?
– Rozmawiałem z nim. Staruszek Buck jest mi winny przysługę. Powiedział jednak, że musi coś z tego mieć, bo w końcu będziemy używać jego spalinowej rozdrabniarki.
– Rozdrabniarki?
– Tak… Wiem, że ty chętnie zrobiłbyś to własnymi rękoma, ale nie będziemy się z tym pieprzyć. W tej rozdrabniarce Buck mieli kości i dodaje je do paszy, żeby napchać zwierzętom żołądki. A tak na marginesie – co zrobiłeś ze zwłokami?
– Zamknąłem je w szafie na wszelki wypadek.
– Co!? Takie zmasakrowane zwłoki w mojej szafie!? Pojebało cię czy co!?
– Spokojnie! Opanuj się Bob – jego głupota zaczęła działać mi na nerwy – Zawinąłem je wcześniej w prześcieradła i stare szmaty, a flaki włożyłem do oddzielnego worka. Masz mnie za jakiegoś idiotę?
– Rzeczywiście musiałeś robić to już wcześniej.
– W rzeczy samej Bob… W rzeczy samej.
Potem wróciliśmy z powrotem do baru.
Na zewnątrz zrobiło się ciemno, a mieszkańcy Creek Town domagali się muzyki, alkoholu i jakiejś nocnej rozróby. W pewnym momencie przed Leżem Radskorpiona uzbierał się dwudziesto osobowy tłum. Dopiero sprawna interwencja Boba, który powiedział im o rzekomych problemach z zasilaniem, pomogła rozpędzić podenerwowanych mieszkańców. Ale jak to prości ludzie mają w zwyczaju – jeśli nie można pić w towarzystwie, trzeba pić w samotności. Siedzieliśmy w barze kilka godzin przy świetle świec. Nie dość, że nałóg alkoholowy ponownie zaczął dawać o sobie znać, to jeszcze szlag mnie trafiał z nudy. Już od dwóch godzin siedziałem przy stoliku czyszcząc zakurzoną broń. Czekałem aż libacja alkoholowa skończy się „zgonem” większości mieszkańców. Jakby tego było mało, co chwile Bob zerkał na moją walizkę, która cały czas leżała na stoliku przede mną. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że nie można mu ufać i dało do myślenia. Kto wie co tak naprawdę uzgodnił z Buckiem. Z zamyślenia wyrwały mnie słowa:
– Hej…! Kolego – krzyknął z za baru Bob nieustannie wycierając jego blat – O czym tyle myślisz?
Popatrzyłem na niego dając mu do zrozumienia, że nie jestem w nastroju na czcze gadanie. Odpowiedziałem jednak:
– Wyobrażam sobie, że chędożę tę paniusię co siedzi w szafie.
Na twarzy Boba pojawiło się obrzydzenie, ale zrozumiał aluzję.
Mimo to, najwyraźniej nie dawała mu spokoju zawartość walizki pana Mordino, ciągnął więc dalej:
– A co masz w tej walizce? – powiedział.
Moja odpowiedź doskonale odzwierciedliła mój stosunek do niego, Bucka, szeryfa i w ogóle całego Creek Town:
– Gdybym ci powiedział, musiałbym cię zabić. Jak dla ciebie może być w niej gówno, ale i tak się nigdy w nim nie będziesz taplał więc nie ma co ciągnąć tematu.
– Takiś dowcipny? Pamiętaj tylko, że gdyby nie ja, szeryf już dawno by cię wypatroszył.
– Nie zapominaj, że i ty się ubabrałeś tym całym gównem, szeryf zapewne nie lubi jego smrodu.
– Aaa… Zamknij się już i lepiej przygotuj pięćdziesiąt kapsli, które zażądał Buck za swą pomoc.
– Mam nadzieję, że Buck zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby odmówił musiałbym go zabić?
To zdanie uświadomiło Bobowi, że to nie jest zabawa. Śmierć w tamtych czasach była czymś normalnym – o ile ktoś na nią zasługiwał. Jednak wplątanie swojego najlepszego przyjaciela w zabójstwo zastępcy szeryfa, to co innego. Buck był na krawędzi życia i śmierci nie zdając sobie z tego sprawy. Bob o tym podświadomie wiedział – musiał o tym wiedzieć. Wychował się na pustkowiu i znał prawa rządzące nim. Wtedy bardziej niż mnie nienawidził tylko samego siebie. Zachłanność mogła zgubić ich obu. Tak naprawdę w tym świecie nie ma miejsca na litość.
Nie potrafię teraz powiedzieć ile jeszcze spędziliśmy czasu w Leżu Radskorpiona. Wiem tylko, że nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Dopiero, gdy śmiechy zapijaczonych mieszkańców ucichły. Bob przemówił:
– Idź po zwłoki, a ja przygotuję zaprzęg.
Wykonałem polecenie. Wyciągnąłem zwłoki po schodach, a potem wrzuciłem je na dwukołowy wóz stojący przed barem. Nasz środek transportu zrobiony był z tylnej części starego kabrioletu. Miał nawet skórzaną tylną kanapę wiśniowego koloru. Jako napęd wykorzystywał były dwa zaprzęgnięte brahminy. Gdy ładunek znalazł się na pokładzie ruszyliśmy do hodowli Bucka.

Avatar

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.