Psychoza

Autor: Elvis

Nie jest wykluczone, że są pozostałości tych wielkich sił i istot… pozostałości bardzo odległego okresu, kiedy… świadomość wyrażała się, być może, w kształtach i formach dawno już znikłych, jeszcze przed zalewem rozwijającej się ludzkości… formach, o których tylko poezja i legenda zachowały przelotne wspomnienie, zwąc je bogami, potworami, mitycznymi istotami wszelkiego gatunku i rodzaju…

Algernon Blackwood

1. DROGA DO ZATRACENIA

Urodził się i wychował w Norze. Muszę dodać, że wcale tego nie żałował. Był wręcz dumny z tego powodu. Mieszkał i zresztą nadal mieszka w niewielkim domku w północnej części miasta. Mimo bardzo złych warunków materialnych zdobył wyższe wykształcenie. Był samoukiem. Czytać i pisać nauczył się bardzo szybko. Już w wieku siedmiu lat imponował wszystkim znakomitą znajomością tabliczki mnożenia i alfabetu. A mając 10 lat wykonywał średnio zaawansowane zadania matematyczne. Większość książek znajdował w ruinach innych miast, zazwyczaj w Klamath i Redding. Często podróżował tam ze swoim ojcem, podczas jego misji – był Łowcą Niewolników. Przemoc towarzyszyła mu od pierwszych lat życia. Gdy miał jedenaście lat jego ojciec, który kiedyś był traperem, jednak przeprowadził się do Den i został Łowcą, zabrał go na rajd. Tam po raz pierwszy zobaczył martwego człowieka, który na dodatek zginął z ręki jego ojca. To było przerażające przeżycie, widzieć to o raz pierwszy i jeszcze w tak młodym wieku.
Jednak nie czół znienawidzenia do swojego taty. Zawsze wracał obładowany nowymi zbiorami. Pewnego dnia przyniósł do domu ponad dwadzieścia nowych woluminów. Wszystkie przeczytał z pasją i często do nich wracał. Najciekawszą książką był jeden z białych kruków – „Necronomicon” Abdula Alhazreda. Tak go zafascynował, że przeczytał go aż cztery razy. Gdy to robił stawał się odcięty od świata. Nie docierały do niego żadne sygnały ze środowiska. Pożółkłe karty księgi pochłaniały go. Czasami czół, jakby stawał się częścią tej książki. Fascynowała go i zarazem przerażała. Była inna, była nadzwyczajna, była niesamowita. Była tym, czego mu brakowało. Była grozą i horrorem z najgorszego koszmaru. On tego pragnął, pragnął się bać, on to lubił.
Ten niezwykły człowiek na imię ma Will, a wiek jego równy jest piętnastu latom. Dotychczas w jego życiu nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Od ponad półtora roku nie opuszczał granic miasta. I przez cały ten czas żył pod protekcją ludzi, ludzi, którym zawdzięczał życie i chleb. Byli to Łowcy. Jedni z największych drani na pustkowiu. Jednak był dumny, że jego ojciec należał do Gildii.
Pewnego wieczora ubrany w skórzaną zbroję mężczyznę minął tylny płot zagrody dla niewolników i zgłębił się w niewielkie osiedle mieszkalne. Poruszał się wolnym krokiem, a wszyscy napotkani pijacy cofali się i ukrywali w cieniu, aby nie zastać dostrzeżonym przez ów mężczyznę. Czy to był Marek Black, powracający z nocnych łowów? Tego na razie nikt nie wiedział. Jednak tylko jedno było pewne, ten człowiek był Łowcą. I to bardzo dobrym i respektowanym skoro wszelakie pospólstwo uchodziło przed nim.
Nic dziwnego, był to sam Metzeger, naczelny Gildii. Co, go do diabła sprowadziło do tej brudnej i śmierdzącej dziury. Może chęć upolowania zdobyczy? Nie, nie chciał tego. Szedł w kierunku domu Blacków. Ciekawe, co takiego miał im do powiedzenia. Czyżby Marek go zdradził. Nie, mało prawdopodobne. To były raczej jakieś wiadomości. Ważne wiadomości skoro sam naczelny je dostarcza.
Stanął przed drewnianymi, nieco zniszczonymi drzwiami i zapukał w nie. W jednym z okien zapaliło się światło. Słychać było odgłos stawianych kroków. Po chwili w już otworzonych drzwiach stanął chłopak – Will. Zaskoczony widokiem Metzegera krzyknął i cofnął się do tyłu, a jego długie do ramion włosy oplotły mu twarz. Naczelny wszedł do środka.

– Przytulnie tu – mruknął.
– Tak, przyjemnie – odparł niepewnie.
– Mam dla ciebie złą nowinę chłopcze – wypowiedział chropowatym głosem.
– Dla mnie? – zapytał z niepewnością.
– Tak… Widzisz, twój ojciec, Marek… On… Nie żyje – wydusił z siebie.
– Co?! To nie prawda! Nie możliwe!!! – wykrzyknął, a w jego oczach zabłysnęły łzy, które natychmiast przerodziły się w wartki potok słodkich, jak krew łez. – To nie możliwe! Nie może! On nie może umrzeć!!! Na Boga, nie może!
– Bardzo mi przykro. Ale tak musiało się stać. W końcu go dopadli.
– Co? Kto go dopadł?
– Strażnicy z NCR. Założyli pułapkę na jeden z naszych transportów z ich miasta. Zginęli wszyscy. Nikogo nie pozostawili przy życiu. Naprawdę, bardzo mi przykro. Przy zwłokach twojego ojca znaleźliśmy jego ostatnią wolę. Chciał, abyś ty został jego następcą.
– Mam zostać Łowcą? To… To będzie dla mnie zaszczyt! Będę dumny, że mogę stać się zmiennikiem mojego ojca – z jego oczu spłynęły wszystkie łzy i pojawiła się iskra nadziei. Dobrze, kiedy mam zacząć?
– Już jutro, przygotuj się. Będziemy musieli wytatuować ci znamię.
– W porządku, przygotuję się – odparł z zadowoleniem.

Zawsze marzył, aby stać się taki jak jego ojciec, teraz już trup. Naczelny wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Powiedział mu to! Zdobył pozwolenie zostania Łowcą. Własna broń, zbroja, drużyna! Wszystkie te myśli napłynęły nagle do jego mózgu. Will cofnął się jeszcze trochę do tyłu i uderzył plecami w drzwi sypialni. Cholera! Jego matka, ona nic nie wie! Jak ma jej powiedzieć, że jej mąż nie żyje. Jak ona to przyjmie, czy w ogóle będzie chciała to przyjąć? A, co jak popadnie w depresję. Przecież Will nie jest psychologiem, nie pomoże jej, więc pozostało mu tylko jedno jedyne rozwiązanie. Tak, ono było właściwe. Wiedział to. Musiał ukrócić jej cierpienia. Cokolwiek by to znaczyło. Zabić ją? Mógłby to zrobić? Chyba nie, nie mógłby uczynić takiego strasznego czynu. To byłoby wbrew woli Boga.
Postanowił, że na razie nic jej nie powie. Niech sama pójdzie do naczelnego i zapyta się gdzie jest jej mąż. A później? Wpadnie we wściekłość, gdy dowie się o wiedzy Willa na temat śmierci Marka. Ona go zabije. Często wpadała w skrajną depresję i chciała go zabić. Na szczęście, wtedy był przy nim jego ojciec, który obronił go od wielu pchnięć nożem kuchennym.
Tak, jego matka była niezrównoważona psychicznie. To nie podlegało dyskusji. Ale, jak jej to powiedzieć? No, jak?! Przecież nie pójdzie do niej tak po prostu i powie „Wiesz, co mamo się stało? Zabili tatę!”. To byłoby samobójstwo. Pewnego dnia, jak Monika – bo tak miała na imię jego matka – dowiedziała się o krwawej rzezi, którą widział Will wpadła w szał i rzuciła w stronę męża garnkiem. Oczywiście, jak to kobieta, nie zaprzestała na tym i w jego kierunku poleciały inne ciężkie przedmioty. W końcu Marek musiał użyć siły, aby ją uspokoić. Pomogło. Przez resztę dnia płakała w swoim łóżku.
Postanowił. Musiał to zrobić, nie było innego wyjścia. Myślał, że Bóg mu przebaczy, ale czy On w ogóle istnieje? To pytanie ciągle go dręczyło. Jednak nie ma teraz czasu na rozpatrywanie wszystkich za i przeciw. Ona może się lada moment obudzić. Pracowała jako dziwka. Czasami przynosiła do domu około $20 i to wszystko. Nie była piękna, nie miała kobiecych kształtów. W umyśle Willa była maszkarą, potworem. Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Wbiegł do swojego pokoju. Była to niewielka izba. Pod zniszczonym oknem stało łóżko, które stanowiło pięć desek i postrzępiony materac. Naprzeciw, zaraz po lewej od drzwi stało niewielkie biurko. Przełamane w pół, lecz ciągle trzymające się całkiem dobrze, o ile jest to możliwe. Ściany pokoju oblegane były przez regały po brzegi wypełnione rozmaitymi książkami, które zasłaniały szare ściany, z których już całkowicie opadł tynk.
Podłoga zatrzeszczała pod jego ciężarem. Sięgnął po wolumin leżący na biurku. Był to ów fascynujący „Necronomicon”. Czego do diabła chciał od tej przerażającej księgi? Przekartkował pół książki aż natrafił na postrzępioną (wszystkie były postrzępione i pożółkłe, ale ta była wyjątkowo zniszczona) stronę. Na jej marginesie znajdował się niewielki dopisek Willa. Człowiek, który walczy z bestiami musi uważać, aby samemu nie stać się bestią – wyrecytował na głos i zatrzasnął książkę. Teraz wiedział, że nie może jej zabić, bo stanie się potępiony. Ale zawsze może zrobić to ktoś inny. Ktoś, kto się na tym zna. Płatny zabójca? Nie, zbyt drogi, a poza tym nie w okolicy żadnego. Szybko przeleciał wzrokiem małą karteczkę, zawieszoną nad biurkiem. Jest! Znalazł go. Jego przyjaciel, który mieszka w pobliżu mechanika. Kiedyś zabił człowieka. Co prawda w samoobronie, ale zabił. Zrobił to. To ta osoba zabije jego matkę. Poza tym, będzie kosztował mniej niż płatny zabójca. A, ile do diabła będzie to go kosztowało. Zaoszczędził coś ponad $80, co było w Norze majątkiem. Chociaż jego ojciec przynosił znacznie więcej. Ale on był Łowcą. Raz przyniósł do domu aż $3000. Wtedy to było życie. Ale znów do jego głowy wkradły się niepożądane myśli.
Teraz. Właśnie teraz nastał ten moment. Opuścił swój pokój na palcach, starając się nie robić hałasu. Podszedł do drzwi wyjściowych i nacisnął na klamkę. Zamek zatrzeszczał. Wyszedł na zewnątrz i zamknął je za sobą. Dobra, teraz trzeba odszukać tego gościa – jego przyjaciela. Tylko jak do diabła przemknąć się wśród tych pijaków, którzy wieczorem wypełzają, niczym robactwo na powierzchnię. Opuszczają swe zgniłe i śmierdzące posłania i udają się na kolejną libację. I tak codziennie. Czasami jest to nie do wytrzymania. Jednak nic na to się nie poradzi. Ta część miasta oficjalnie należy do gangu Tylera i to oni ustanawiają tu prawo, a ponieważ handlują oni alkoholem, nie wygonią hołoty z tej dzielnicy. Czasami ci ludzie zasługują na współczucie. Byli niegdyś dobrymi ojcami, żonami, mężami, lecz teraz wszystkie swoje zarobione – albo raczej „uradzone”, będzie odpowiedniejszym słowem – na tandetny bimber. I tak toczą swe monotonne życie. Pozbawieni jakiejkolwiek szansy na poprawę. Mogą zostać jedynie wzięci do niewoli, tam przynajmniej dostaną trzy posiłki, a może później trafią do jakiegoś dobrego domu, gdzie ktoś się nimi zaopiekuje. Jednak na razie nic nie wskazuje na zmianę aktualnej sytuacji.
Tak więc, Will chcąc nie chcąc ruszył na południe. Mijał zbiorowiska alkoholików, jednak na razie nikt się go nie czepiał. I dobrze, nie chciałby aby ktoś się do niego odzywał, nie teraz. Planował zrobić straszną rzecz. Przemknął się obok kolejnego stada, bo stadem należy nazywać tych pozbawionych przyszłości ludzi, którzy od paru lat topią swoje smutki w butelce wódki.

Jednak nagle przystanął, czując na swej szyi cuchnący oddech. Przez jego ciało przebiegły dreszcze, a na plecach pojawił się zimny i nieprzyjemny pot, który szybko zlepił skórę z ubraniem. Ogarnęło go przerażenie, i… Było mu z tym dobrze. Powili, lecz stanowczo odwrócił się i spojrzał w krwawiące oczy jakiegoś człowieka. Była to kobieta. Ubrana była w śmierdzące ciuchy, wręcz szmaty, które opasały jej biust i biodra. Na jej skórze widniało wiele ran ciętych i niezliczone bąble. W ręku trzymała pustą strzykawkę, prawdopodobnie po narkotykach. Proszę bardzo, kolejna uzależniona menda! Ile ich jest w Norze? Całymi dniami ćpają. W ogóle nie śpią. Czasami przedawkują i ciśnienie krwi wytworzy na ich skórze ropiejące pęcherze. Ostatnio, jedna z tych narkomanek dosłownie pękła. Rozerwało ja na strzępy. Na początku dostała krwotoku z nosa. Później na jej skórze zaczęły tworzyć się różne wybrzuszenia, które zaczęły wydzielać nieprzyjemną woń stęchlizny. Po chwili zaczęły ropieć, a następnie tryskała z nich krew. Naprawdę nie była to miła, szybka i bezbolesna śmierć.
Patrzyli tak sobie w oczy, aż w końcu Will cofnął się do tyłu, lecz kobieta nie poruszyła się, trwała tam, niczym głaz. Chłopak zdobył w sobie odwagę na wykonanie odważniejszego ruchu i natychmiast zerwał się do biegu. Przebiegł spory kawałek, gdy znalazł się przed budynkiem Gildii. Skręcił w lewo i ruszył do przodu.
Przed jego oczyma wzrosła ściana z samochodów, gdy minął kasyno i stanął naprzeciw domostwa Lary – przywódczyni gangu, rządzącego w zachodniej części miasta. Rozejrzał się dookoła. Po jego prawej stronie, przy płonącej beczce leżało kilkoro bezdomnych obywateli Nory, pogrążonych w głębokim i błogim śnie.
Will ruszył dalej i minął posiadłość mechanika. Znalazł się na zachodnim krańcu miasta. Wśród zeschłych drzew, które szczególnie w nocy wyglądały bardzo złowieszczo i budziły grozę, stał mały domek. Ledwo trzymał się kupy, podobnie zresztą, jak większość budynków w tej części miasta.
To tutaj mieszkał jego kumpel. Czy zgodzi się na zabicie jego matki. Na pewno się zgodzi. Należał do tych ludzi, którzy za pieniądze zrobili by wszystko. Ile będzie chciał za popełnienie mordu? Pięćdziesiąt, trzydzieści, a może sto zielonych. Will na pewno będzie się targował, co do ceny. Ma w tym wprawę. Przeczytał trzy książki o psychologii i zna się na ludzkich charakterach. Wie, jak poprowadzić skuteczną rozmowę i jak przekonać do siebie ludzi. Opanował to wręcz do perfekcji, przynajmniej jak na swój wiek umie to bardzo dobrze. Chociaż i tak znajdą się lepsi od niego, zawsze są. Zawsze znajdzie się ktoś potężniejszy, kto ciebie pokona. Zresztą nigdy nie porównywał się do takich osób. W ogóle z nikim się nie porównywał. Nie widział takiej potrzeby. Wiedział, że porównując może stracić zaufanie, które było tak potrzebne by przeżyć na pustkowiu. Człowiek musi w końcu komuś ufać, aby przeżyć, poza tym musi jeszcze kochać i w coś wierzyć. A ludzie, dla których uczucie miłości jest obce mogą już zacząć kopać sobie grób. Nigdy bowiem nie zaznają oni szczęścia w życiu, takiego prawdziwego szczęścia. Mogą mieć wszystko, pieniądze, władzę i szacunek, jednak nie posiądą tego najważniejszego – szczerego szczęścia i miłości.

Will ruszył szybko do przodu. Podszedł do zniszczonych drzwi, w które zapukał. Otworzyła je starsza kobieta – matka jego przyjaciela.
– Will? Co tu robisz, jest już późno! – wykrzyknęła zaskoczona kobieta.
– Dobry wieczór, pani Aro. Jest może Janek?
– Tak, jest. Już go wołam. – powiedziała i zagłębiła się w czerni przedpokoju.
Po chwili do Willa podszedł niebieskooki blondynek niewielkiego wzrostu i krótkich, nierówno przystrzyżonych włosach. To był ów Jan – ten, który jako jedyny z przyjaciół Blacka zabił człowieka. Co prawda w samoobronie, ale zabił. Teraz miał zabić jego matkę. Poszli razem do jego pokoju. Leżało tam wiele różnych przedmiotów przywiezionych przez Janka z dalekich wojaży, w które wyruszał razem ze swoja matką. W kącie pokoju leżała sterta nowych rzeczy, która przykuła uwagę Willa. Było tam kilka starych obrusów, jakieś obrazki, śrubki, klucze francuskie, noże i jedna jedyna książka.
– Co, zoczyłeś nową książkę?
– Tak. Jaki jest jej tytuł?
– Wiedziałem, że o to zapytasz. Masz bzika na ich punkcie, co nie?
– Ta, ma do diabła. Co z tego?
– Nic. Absolutnie nic.
– Mam nadzieję…
– Chciałeś wiedzieć, jak się nazywa? To jest „Księga Smutków”. Według mnie nic ciekawego. Jest tam trochę wierszy, z których chyba tylko pięć nadaje się do przeczytania. Reszta jest zniszczona. Podejrzewam, że takiego mola książkowego jak ty to nie zrazi.
– Gdzie tkwi haczyk?
– W twoim gardle. Już go połknąłeś. Wiedziałem, że zafascynuje cię nowa książka.
– Uknułeś to.
– Tak i nawet mi to wyszło. Więc, ile za nią dasz?
– A ile chcesz?
– Powiedzmy, że dwadzieścia zielonych starczy.
– Dwadzieścia dolców?! Chyba oszalałeś, nigdy nie wydam takiego majątku na jakąś książkę!
– Nie to nie. Dobra, po co przyszedłeś?
– Widzisz, ma dla ciebie małe zadanie do wykonania. Od razu mówię, że jestem w stanie zapłacić $80.
– Dla takiej forsy gotów jestem zrobić wszystko.
– Absolutnie wszystko?
– Tak, absolutnie wszystko.
– A, zabiłbyś człowieka?
– Jeżeli byłaby taka potrzeba.
– Więc ci powiem. Chcę, abyś zabił moją matkę.
– Co?! Ty chyba sobie żartujesz?
– A, czy widzisz, abym się śmiał?
– Nie…
– Kurwa! To chyba oczywiste, że nie żartuję. Dobrze wiesz, jak wygląda sytuacja w chacie. Matka puszcza się za marnego dolara, a potem wszystko przepija, a na domiar złego zamordowali mi ojca.
– Ale… Dlaczego… Mam ją zabić, przecież to chyba nie ona zabiła…
– Oczywiście, że nie, durniu. Chodzi o to, że jak się dowie to wpadnie w szał i zabije mnie, a potem siebie. Łapiesz, ona jest niezrównoważona psychicznie.
– Jaka jest?
– Popieprzona!
– Ej, uspokój się! Czy ty słyszysz, co wygadujesz? Chcesz, żebym zabił twoją matkę. Przecież to szaleństwo!
– Ale, ona mnie zabije, do diabła!
– Więc, dlaczego ty jej nie ukatrupisz?
– Nie mogę, a poza tym, ty już kogoś zabiłeś, nieprawdaż?
– Tak, ale… Ale ja się broniłem, nie chciałem tego zrobić. Zabiłem go przez przypadek. Tymczasem ty prosisz mnie, abym popełnił zabójstwo z premedytacją. Z premedytacją! Przykro mi, ale nie zrobię tego.

Wszystko się schrzaniło. Co teraz począć? Przecież gdyby zabił własnoręcznie swoja matkę, on by go wsypał. Cierpiał by przez to męki. Jego własny przyjaciel. Nie pomógł mu. Cham – pomyślał. Dobrze, niech będzie, jak ma być. Znajdzie jakiś sposób na pozbycie się swojej starej. Może sam ją zabije? Nie, mało prawdopodobne. Nie mógłby tego zrobić. Nie zabije człowieka. Nie może. Ale, czy aby na pewno. Może jest w stanie to zrobić. Nigdy tego nie próbował.
Nagle do jego głowy przyszła jeszcze jedna myśl. On mnie pokapuje – pomyślał. Tak, on go wyda. Zabić, nie zabije dla pieniędzy, ale przyczynić się do jego śmierci, jeszcze za opłatą? Czemu, nie? W końcu to nie on go zabije. Willowi pozostawało tylko jedno – pozbawić życia jego przyjaciela i jego matkę, a później załatwi swoją. Tak. To był dobry pomysł. Spojrzał na stos nowych rzeczy. Nóż! Weźmie go i za jego pomocą wymorduje tą rodzinę, a potem uczyni z siebie sierotę. Podszedł do stosu i spojrzał nań. Nóż i książka. Te przedmioty zwróciły jego uwagę. Po dokonaniu swojego okrutnego czynu zabierze jeszcze książkę.
Uklęknął, obejrzał się za siebie. Janek patrzył się w okno, widocznie nad czymś uparcie myślał. W tym momencie Will wyciągnął spod stosu długi na 30 cm nóż i wsunął go pod skórzaną kurtkę. Następnie zbliżył się do swego kumpla i stanął za jego plecami. Nic. Nie reagował. Pogrążył się w swoich myślach całkowicie.
Will wyciągnął nóż. Podszedł jeszcze bliżej. Nagle lewą dłonią zasłonił ofierze usta. Jan wydał z siebie zduszony krzyk. Cicho, to nie będzie bolało – powiedział do przerażonego przyjaciela, byłego przyjaciela. Zacisnął rękojeść i z całej siły pchnął go w plecy. Nóż przebił się przez brudną skórę. Słychać było chrzęst łamanych kości. Strumień krwi trysnął na kurtkę Willa. Raniony mimo uścisku zawył z bólu, który rozchodził się po całym ciele. Przenikał każdą, nawet najmniejszą komórkę. Osiągnął już granice. Napastnik pchnął nóż jeszcze trochę, a jego szpic przebił brzuch Janka. Krew spłynęła z rany i natychmiast zalała podłogę. Will wyciągnął broń z ciała. Kości zazgrzytały, a obfity strumień krwi wypłynął z obydwu przekuć. Jan upadł na podłogę. Najgorsze było to, że wciąż żył. Czół, jak ból staje się coraz większy. Pomimo to jeszcze nie umarł. Ale, chciał. Chciał umrzeć. Śmierć byłaby dla niego zbawieniem. Pragnął tego, pragnął śmierci, którą dotychczas gardził. Spróbował jeszcze cos powiedzieć, jednak z jego ust spłynęła tylko struga krwi. Zaczął się cały trząść. Czół jakby odrętwienie. Will stanął nad nim. Przepraszam, musiałem – powiedział. Poczuł litość i zadał swej ofierze ostatni cios. Nóż roztrzaskał czoło i tył głowy, utkwił w podłodze. Na wargach Jana pozostał tylko wyraz przerażenia i bólu. Z nosa i ust zaczęła sączyć się krew. Po chwili cały leżał w ogromnej kałuży posoki z nożem wbitym w sam środek głowy.

Zrobił to! Zabił go! Udało mu się. Nie czół jednak wyrzutów sumienia. Musiał wybierać pomiędzy swoim życiem, a jego. Oczywiście wybrał swoje. W tym momencie, gdy wbijał koledze nóż w plecy postawił pierwszy krok na nowej drodze. Drodze ku zatraceniu. Dobrze o tym wiedział. Jednak nie stał się bestią – nie zabił potwora. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Wstał, przeżegnał się i zmówił modlitwę za zmarłych. Wierzył w Boga całym sercem i duszą. Miłował go, jak ojca swego. A gdy wymawiał „Amen” głos jego zadrżał. Do jego serca nie wtargnęła jednak skrucha. Wręcz przeciwnie – chęć popełnienia jeszcze jednego mordu. Musiał to zrobić. Musiał… Ponownie podszedł do stosu, ale tym razem dokładnie go przeszukał. Znalazł tasak. Nie był zbyt ostry, ale musiał wystarczyć.
Chwycił kurczowo za rękojeść. Dobrze pasowała do jego dłoni. Wyciągnął tasak spod stosu. Ostrze lśniło blado w świetle migoczącej świeczki, ustawionej na spróchniałym stoliku. Kolejny szalony pomysł! Dom wykonany był w większej części d drewna. Starego i suchego. Gdyby rozniecił ogień wywołałby pożar i wtedy nikt nie znalazłby ciał. Zrobi to, ale najpierw musi zabić matkę Jana. Ruszył w kierunku drzwi. Znalazł się w obszernym przedpokoju. Dobrze znał ten dom. Skręcił w lewo. Zatrzymał się przed drzwiami do kuchni. Zza nich dobiegał wyraźny dźwięk uderzania w cos drewnianego. Prawdopodobnie był to odgłos tłuczka, który ubijał mięso, leżące na drewnianej desce do krojenia.
Jak wejść tam cichaczem i podkraść się do tej kobiety? Może zawołać ją na chwilę, a samemu schować się za dużą kanapą po prawej. Gdy kobieta będzie w drodze do pokoju, Will zakradnie się od tyłu i wbije jej tasak w głowę. To dobry pomysł i chyba jedyny, który zadziała. Tak, właśnie zrobi. Zawoła ofiarę i zajdzie ją od tylu i wtedy zada cios. Mamo! – zawołał. Już idę – odpowiedziała kobieta i ruszyła w kierunku drzwi, tymczasem Will położył się plackiem za kanapą. Kobieta otworzyła drzwi i wyszła z kuchni. Szła w kierunku pokoju syna. Właśnie w tym momencie, gdy mijała wejście do łazienki napastnik wyskoczył zza mebla i podbiegł do celu. Will, co ty? Nie! – wrzasnęła kobieta. Black pędził na nią z uniesionym do góry i gotowym do cięcia tasakiem. Gdy matka Jaka kończyła krzyczeć została ugodzona w lewe ramię. Krew obryzgała ścianę. Połowa ostrza tkwiła w jej ramieniu. Wrzeszczała w niebogłosy. Will wyciągnął tasak z przerżniętej kości i uderzył jeszcze raz. Tym razem broń nie zatrzymała się i przecięła ramię, a ręka kobiety upadła na ziemię, ciągle dygocząc i krwawiąc. Ofiara zaś złapała się nerwowo za to, co zostało z jej lewej ręki i upadła na podłogę. Widziała własną, odrąbana rękę, w której jeszcze żywe zostały nerwy, poruszające kończyną nerwowo. Nie czuła już bólu, który stał się tak olbrzymi, że nie sposób go ogarnąć umysłem. Tasak cały skąpany był we krwi. Kobieta umarła. Była całkowicie blada. Straciła prawie całą krew, która teraz zalewała cały przedpokój i część bliźniaczych pokoi. Will zarżnął ją jak świnię. Po prostu oderżnął jej rękę. Nie był to zbyt miły widok.

Tasak wypadł z dłoni mordercy i głucho uderzył o podłogę. Krew plusnęła i wiele pojedynczych kropel uleciało w powietrze. Co teraz? Spalić chałupę i wynosić się stąd jak najszybciej. A pieniądze. Powinni mieć ich trochę. Z pewnością mu się przydadzą. Gdzie do diabła mogli je schować? W sypialni. Warto sprawdzić. Will przeszukał cały dom. W końcu znalazł trzysta dolarów ukrytych za jedną z poluzowanych desek w kuchni. Niezłe rozwiązanie. Kto by pomyślał, że pieniądze można schować w ścianie. A jednak ktoś pomyślał. Jednakże myśl to przyszła do jego głowy zupełnie przez przypadek, gdy podczas przeszukiwania szafek w kuchni potknął się, prawą ręką oparł się o ścianę. Deska pod dłonią wgięła się do środka, a z powstałej szpary wyleciał banknot studolarowy. Will odchylił deskę i wyjął resztę.
Teraz ma już wszystko, co jest mu potrzebne. W końcu może dokonać dzieła zniszczenia. Potrzebuje tylko trochę trawy, lub czegokolwiek, co rozprzestrzeniło by ogień. Wybiegł na zewnątrz budynku i narwał trochę trawy rosnącej nieopodal. Źdźbła miała długie na ponad metr. Poupychał ją w szpary w podłodze i ścianach w całym domu. Gdy skończył wypełniać wszystkie luki wrócił do pokoju Janka i wziął płonąca świeczkę. Stanął w progu. Popatrzył jeszcze na ciało martwej kobiety i przyłożył świecę do dużej kępy trawy, ułożonej przy wejściu, która szybko zajęła się ogniem. Will pobiegł pod płot, zbudowany ze szczątków samochodów i zawołał głośnio „Ogień! Pożar! Pomocy!!!”. Natychmiast przybyło wielu gapiów. Dom cały stał już w płomieniach. Drewniana konstrukcja trawiona przez ogień w pewnym momencie załamała się i dach runął na ziemię, druzgocąc ściany i rozpadając się na wiele mniejszych części.
Will popatrzył ze zdumieniem i dumą zarazem na swoje dzieło. Był z siebie dumny. O ile można być dumnym z tak odrażającego czynu. Popełnił grzech. Zgrzeszył przeciw Bogu. Obrał drogę prowadzącą ku zatraceniu. To jest jego życie. Życie jakie prowadzi. Życie jakim podąża. I tylko jedno jest tu pewne. Nigdy nie trafi do nieba. W tym momencie całe te zaufanie, cała lojalność i szacunek przestały się dla niego liczyć. Jednak zrozumiał, że jego ojciec bał się tylko jednego. Aby on nie obrał tej samej drogi. Jednak stało się! Podąża drogą przeklętych. Jest bezwzględnym mordercą, jednak nie bestią. Nie, nie stał się bestią. Nie mógł. Nie chciał nią być. A nawet, gdyby nią był nie uwierzyłby w to. Ta część jego psychiki broniła się przed określeniem go słowem „bestia”. Jednak nie wiele brakowało, by stal się potworem z krwi i kości. By stał się bestią. Musiał zrobić jeszcze tylko jedna jedyną rzecz – zabić swoją matkę. Tak postanowił i dotrzyma tego postanowienia. Zabije ją. Zabije tą sukę! Niech cierpi, tak jak on cierpiał. Niech to poczuje. Będzie umierała wolno i boleśnie. To będzie jego zemsta za te wszystkie lata, w których cierpiał katusze.

Ona zginie jeszcze dziś. Zabije ją, a mieszkańcom opowie jakąś bajkę. Zamorduje ją tak samo, jak pozbawił życia swoje poprzednie ofiary – swojego przyjaciela i jego matkę. Po prostu zadźga ją na śmierć, albo coś jej odetnie. Ciała jakoś się pozbędzie. Znajdzie sposób na zatarcie wszystkich śladów przestępstwa. A następnego dnia pójdzie do naczelnika Gildii Łowców Niewolników i zgłosi się jako nowy Łowca. Tak zacznie swoją karierę. Karierę mordercy, zabijającego dla pieniędzy. Właściwie już ją zaczął. Zabił i okradł. Czyż to nie ironiczne. Zawsze potępiał kradzież i gardził osobami trudniącymi się tym fachem. Tymczasem on stał się takim potępieńcem, jednak miał nad innymi pewną przewagę. Nikt nie wiedział o jego złych uczynkach i nikt się nie dowie. Przynajmniej na razie.
Lecz, wnet do jego umysłu napłynęła nowa myśl. „A, co z książką? Miałem ją zabrać!”. No tak, w ogólnym zamieszaniu zapomniał o książce, co zdarzało mu się bardzo rzadko. Na pewno się spaliła i pozostał z niej tylko popiół. Jak ona się nazywała? „Księga Żalu”, czy może „Księga Śmierci”? Nawet tego nie pamiętał. Do jego głowy przychodziły kolejny tytuły, jednak wszystkie okazały się chybione. W końcu, gdy już mieszkańcu zdołali ugasić pożar przypomniał sobie nazwę ów książki. „Księga Smutków” – tak brzmiała jej nazwa. Ale, co z tego, że znał jej nazwę, jak nie wiedział skąd ją zdobyć. Znał wszystkie książki z okolicznych miejscowości. W domu miał spis wszystkich utworów z owych miast. Był on nieco chaotyczny, jednak mimo wielkiego zamętu można było odczytać z niego potrzebne informacje. Will zapisywał tam nazwę książki, miasto, gdzie można było ją nabyć oraz stan posiadania. Niekiedy posiadał po trzy egzemplarze tego samego dzieła. Nie myślał nawet o sprzedaniu któregokolwiek z nich. W obecnych czasach powinien kosztować mniej więcej tyle, co sztaba złota wysokiej jakości. Jednak nie wszyscy traktowali książki tak samo, jak on. Teraz książki dla wielu ludzi nic nie znaczyły. Po prostu były im nie potrzebne. Bowiem musieli wybierać pomiędzy przeżyciem, a zgłębianiem wiedzy naukowej. A na ich czytanie pozwolić sobie mogli jedynie ci ludzie, którzy mieli ustawioną przyszłość. Niewątpliwie takim człowiekiem był właśnie Will Black. Wiele osób porównywało go z mieszkańcami Kryptopolis. Ci bowiem mieli ułożone życie i przykładali wielką wagę do wykształcenia. Czasami pytali się go, dlaczego nie przeniesie się właśnie do tego miasta. Odpowiedź była, jak przystało na Willa bardzo prosta i niewystarczająca by zaspokoić ich ciekawość. Po prostu odpowiadał im, że w mieszkają tam same dupki. To musiało im wystarczyć.

Sposób odpowiedzi wyłaniał się z jego psychiki. Will był niezwykle przystojnym młodzieńcem, jednak nie przejawiał zbytnich chęci do przebywania w towarzystwie. Zamiast przesiadywać z przyjaciółmi wolał czytać i zbierać kolejne woluminy. Mimo to miał kilkoro zaufanych przyjaciół, na których mógł liczyć. Nigdy dotąd nie pchał się w jakiekolwiek związki z rówieśniczkami. Jednak o sztuce kochania wiedział bardzo dużo. Oczywiści nie dowiedział się tego z własnego doświadczenie, lecz z książek. One były jego pasją, jego największą namiętnością. Dla nich poświęcił swoje dzieciństwo i życie uczuciowe. Ale opłaciło się. Prawdopodobnie takiej biblioteki, jaką zdołał zgromadzić nie mógłby poszczycić się żaden biblioman w okolicy. Przynajmniej w tym jednym górował nad innymi. Był wykształcony i to sprawiało, że unosił się dumą. On coś umiał, poznał życie w najmniej bolesny sposób, po prostu czytał.
Teraz zrobił coś, co do niego nie pasowało. Zapomniał o książce. Zapomniał! Ale stało się, co się stało i nic tego nie zmieni. Być może podczas jakiejś wędrówki natrafi na tą książkę, a będąc Łowcą nie będzie musiał za nią nic płacić – weźmie ją siłą, jeżeli szantaż nie zadziała, lecz powinien. Kto byłby na tyle głupi i zarazem odważny, aby odmawiać Łowcy, którego pistolet tkwił przy czole ofiary? Chyba nikt. Nawet, gdyby znaleźli się tacy bohaterowie, to nie pożyli by długo. On już zabił i nie będzie miał żadnych oporów przed robieniem tego w przyszłości. Zastrzelić człowieka – nic trudnego. Teraz dla niego morderstwo stało się niezwykle łatwe i proste. Aż trudno uwierzyć, że tak wykształcona osoba, jaką był Will zdolna byłaby do popełnienia tak poważnego grzechu? Jednak znalazła się taka osoba, a na dodatek miała już na sumieniu dwoje ludzi. Bezbronnych ludzi. Czyż to nie przyjemne? Pozbawić życia Bogu winnych ludzi. Ludzi, których znał, którzy mu ufali. Ufali, bo już nie żyją.
Szczerze to wcale się tym nie przejął. Dokonał wyboru. Ich życie w zamian za swoje. TO była uczciwa decyzja, przynajmniej według niego.
Teraz musiał zrobić jeszcze jedną rzecz i będzie wolny. Musi zabić swoją matkę. Will odwrócił się na pięcie i śpiesznie podążył do swojego domu. Nie bał już się pijaków, których teraz wyszło na ulicę znacznie więcej niż podczas jego drogi do domu Janka. Niech mu jeden podskoczy, a on pozbawi go życia. Był rozjuszony i żądny krwi. Musiał zabić. To było silniejsze od niego, nie mógł się oprzeć. Zabije i położy się spać, jak gdyby nigdy nic się nie stało.

Do domu dotarł bez żadnych problemów. Otworzył drzwi i wszedł do kuchni. Przeglądnął wszystkie szafki w poszukiwaniu jakiejś dobrej broni. Znalazł kilka noży kuchennych, ale były za krótkie, aby mogły posłużyć do dokonanie mordu. Maruderzy piekielni ześlijcie mi broń doskonałą – wyszeptał zdyszany. Nagle przypomniał sobie o starej siekierze w ogrodzie. Wyszedł tylnim wejściem i udał się do niewielkiej kanciapy obok domu. Była zamknięta na klucz. Nie chciało mu się wracać do domu. Mimo panującego mroku i późnej godziny wyciągnął z kieszeni kawałek drutu, którym kiedyś otwierał drzwi od domu. Dużo czytał o rodzajach zamków i potrafił otworzyć większość z nich.
Wnet po wsadzeniu drutu w dziurkę od klucza i przekręceniu go zamek ustąpił i kanciapa stała otworem. Zdjął ze ściany siekierę. Była nieco wyszczerbiona, lecz nadal była ostra i beż żadnych oporów przejdzie przez kości. Zamknął drzwi i wrócił do domu, trzymając trzon mocno w prawej dłoni. Zamknął za sobą tylnie drzwi tak cicho, jak mógł to uczynić. Stanął w przedpokoju przed drzwiami od sypialni. Były uchylone. Zaglądnął przez szparę. Jego matka spała twardym snem na zniszczonym łóżku. Rozwarł drzwi na oścież i wszedł do środka. Podszedł do swojej przyszłej ofiary.
Wstrząsnął nim dreszcz i nagle napłynęła fala rozpaczy. Z jego oczu poleciały srebrne łzy. Uniósł siekierę do góry i przygotował się do uderzenia. Za cel wybrał głowę. To nie będzie boleć. Nagła śmierć. Znacznie przyjemniejsza niż powolna i bolesna śmierć poprzednich ofiar.
Zawahał się. To była jego matka, co prawa nie kochał jej, jednak jakaś tajemnicza siła nie pozwalała mu zabić. Czy to Bóg próbuje zapobiec rozlewowi krwi. Czy to Szatan po raz pierwszy zapłakał, widząc zło Willa? Widząc zło tak ogromne i niepojęte? Może przerosło to jego najśmielsze oczekiwania?
Apele istot niematerialnych spełzły na niczym i po chwili w oczach mordercy nie pojawiła się żadna nowa łza. Will zacisnął mocno zęby i z całej siły zamachnął bronią. Ostrze siekiery wdarło się w czaszkę. Kości pękły, a potok krwi splamił pościel. Syn zabitej matki puścił trzon i odsunął się do ściany. Patrzył z niedowierzaniem na pozbawione życia ciało z siekierą sterczącą z tyłu głowy. Dobrze, że nie widział jej twarzy. Otworzył usta i uronił kilka łez. Na jego plecach pojawił się nieprzyjemny zimny pot. Cały stał się blady. Stał tam, jakoby wryty w ścianę przez godzinę. Krew zalała także część podłogi. Sięgnął ręką, aby wytrzeć pot z twarzy i w momencie, gdy dotykał powierzchni czoła zdał sobie sprawę, że jest cały we krwi. Popatrzył na swoje ubranie – było poplamione zakrzepłą krwią. Wyglądał, jakby wziął kąpiel w wannie, w której zamiast wody była krew. Krew jego ofiar, które zarżnął niczym rzeźnik zarzynający swoje bydło.

Opuścił pokój i zatrzasnął za sobą drzwi. Wyszedł na zewnątrz i wszedł do niewielkiego wychodka, w którym oprócz sedesu znajdowała się wanna i bojler, pod którym ciągle płonął ogień, podgrzewający wodę. Will nalał całą wannę gorącą wodą, rozebrał się i zanurzył się po twarz w cieczy, która przybrał czerwony kolor.
Wykąpał się i wrócił do domu. Nie myśląc o niczym ułożył się do snu. Powieki same się zamknęły i zasnął w chwilę po tym, jak położył się na zapadniętym łóżku. Tej nocy nie śnił o niczym. Być może nie zasłużył na chociażby najgorszy senny koszmar. Może był tak podły i zły, że sny umykały przed jego jaźnią.
Spał nago. Było za ciepło, aby zakładać na siebie piżamę. Jego ciało tylko pozornie było czyste. Nadal nosiło na sobie krew zabitych. A umysł przepełniony został morderstwem i widokiem trupów.
Zrobił to. Zabił. Zabił trzykrotnie. Trzykrotnie zgrzeszył przeciw piątemu przykazaniu. Bóg mu nie wybaczy i aniołowie nie zapomną… Nigdy!

…niepewność gorsza jest od poznania, jakkolwiek miałoby się ono okazać zatrważające…

2. ZEW NECRONOMICONU

Istnieje zapewne wiele ksiąg starszych i bardziej przerażających niż tej zatrważający wolumin. Jednak jest w nim coś wyjątkowego, coś co przyciąga czytelnika, wabi go, a gdy już go pochwyci działa jak pajęcza sieć – stopniowo powoduje, że ów nieszczęśnik staje się jego częścią.
Zawartość księgi jest równie niebezpieczna, jak ona sama. Opisuje tajemnicze rytuały, przy pomocy których można doprowadzić do wielkiej katastrofy. Na nasz świat mogą wypełznąć plugawe istoty – przybysze z gwiazd, które spoczywają teraz wraz ze swym władcą w zatopionym mieście. A gdy gwiazdy ustawią się w odpowiedniej pozycji miasto wyłoni się z mętnych otchłani oceanów i wypluje swoich mieszkańców, a wtedy wielki Chtulhu znów zapanuje nad światem.
Mnóstwo ohydnych rzeczy zawierała treść książki. Aluzje są definicjami, zakończenia wyjaśnieniami, życzenia dowodami. Nie da się oddzielić ozdobników od treści. Słownictwo jest szalone, niczym język snu. Zamieszczone w nim odnośniki i wiadomości zostały zbadane przez znawców, którzy uznali dzieło za kamień węgielny czarnej magii. I rzeczywiście, jest w Necronomiconie coś dziwnego, coś magicznego. Will nigdy nie próbował wykonywać żadnego z zamieszczonych tam obrzędów. Sądził, że są one oszukane i nieprawdziwe. Jednak było w nich te coś. Ta tajemnicza siła, która sprawiła, że wydawały się niezwykle rzeczywiste. Niemal realne.
Wolumin głosił wiarę w rzeczy, które pozornie nie miały prawa istnieć. Jednakże nie zaprzeczał istnieniu Boga. Przedstawiał jego historię inaczej – bardziej mrocznie i złowieszczo. Czytelnik dowiadywał się o potworach z gwiazd – wielkich skrzydlatych demonach i innych bestiach wykraczających poza ogólnie przyjęte granice wyobraźni. Najbardziej niesamowitym i odrażającym stworem był wielki Cthulhu. Ciało smoka i głowa, przypominająca kształtem kałamarnicę, na dodatek był ogromnych rozmiarów i posiadał dar przyciągania do siebie ludzi. Pragnął ich kontrolować, zdobyć nad nimi władzę. Chciał, aby jego podwładni zapanowali nad całym globem ziemskim. Chciał, aby panowali tylko oni. Uważał, że inne istoty – w tym ludzie – nie zasługują na to, aby stąpać po Ziemi.
Poza niesamowitym przedstawieniu prawdy wolumin zawierał różne inne niepojęte obrzędy i ceremonie. Głosił on o zamianie ciał, poprzez wniknięcie jednej duszy do ciała i wypędzenia duszy, będącej w tym ciele do ciała wnikającego. W ten sposób można byłoby dokonać wielu podłych czynów i co najważniejsze… Można byłoby żyć wiecznie. W końcu dusza jest wieczna, a ciało ograniczone jest wiekiem. Gdy żywot ciała dobiegałby końca dusza znalazła by nowego nosiciela – młodszego, którego dusza utkwiłaby w gnijącym i umierającym ciele. Tym sposobem jedna dusza, jeden duch mógłby żyć wiecznie na ziemi. Jak wszystko zawarte w tej księdze także i to wydawało się niesamowite i nierealne.
Powróćmy jednak do przyciągania czytelnika. Otóż, gdy trzynastoletni wówczas Will wałęsał się znudzony po Klamath, natrafił na pewnego człowieka. Mechanika i handlarza o imieniu Vic. Przeglądnął jego zbiory. Największe zafascynowanie przyciągnął stos luźno porozrzucanych książek, z których jedna była wyjątkowa. Różniła się od wszystkich nie tylko wyglądem i treścią, ale również czymś, czego Will nie mógł określić. Było w niej to coś, owa siła, która nakazała mu zakupić tę książkę. Nie pokonał tej siły i kupił książkę oraz dziewiętnaście innych, głównie podręczników poświęconych łacinie i kulturze Japonii.

Gdy otworzył pierwszą stronę zdawało się, że zobaczył szatana. Wielka twarz ośmiornicy. Mistyczna głowa, z której wypełzały ohydne macki. Widać było oczy tego czegoś, patrzył na niego. Wyciągnął ku niemu swą paskudną, pokrytą łuskami rękę. Ostre pazury zabłysły w świetle księżyca. Chwycił go i za nic nie chciał puścić. Trzymał mocno, było to tak rzeczywiste, tak realne, że wywołało u Willa mocny i stale nasilający się ból żeber. W końcu nie wytrzymał i z wrzaskiem odrzucił księgę na bok. Gdy to uczynił zobaczył, że książka wciąż spoczywała w jego dłoniach. Co się stało, czy śnił? Podniósł sweter i odsłonił klatkę piersiową. Rzeczywiście, coś się stało z jego żebrami. Skóra na nich była czerwona i poobdzierana, jakby ktoś, lub coś wywarło na nią ogromny nacisk.
Czym była ta przerażająca wizja? Czym był ten potwór? Dlaczego akurat on? Dlaczego?! Will nie mógł oderwać wzroku od nowego woluminu. Ponownie zdecydował się na zaglądnięcie do środka. Otworzył znów na pierwszej stronie i ze zdziwieniem oświadczył, że znajdował się tam odrażający i budzący grozę rysunek. Jakieś bezkształtne malowidło. Kształt nie do opisania. Coś, co wykraczało poza umysł, myśl i czas. Coś, co było wiekowe i niepojęte. Zobaczył Go. Wielkiego potwora z gwiazd, który przed wiekami przybył wraz ze swoimi sługami na małą i zieloną planetę, zwaną Ziemią. Pragnął zbudować tu swoje królestwo. Jednak starsze istoty przeszkodziły mu w osiągnięciu swojego celu i zatopiły jego miasto, którego budynki wykonane były z nieznanego, bo nie pochodzącego z tej planety pierwiastka. Był to zimny, zielony kamień bardzo gładki. Całe zielone miasto zatonęło w mętnych wodach Pacyfiku. I pozostanie tam tak długo, aż gwiazdy nie przyjmą tej samej pozycji, co podczas czynu zniszczenia.
Tej nocy, po powrocie do domu Willowi śniły się koszmary. Tak mroczne i przerażające, że aż niepojęte. Nie mógł opisać tego, co w tedy widział. Podobnie jak demon z szatańskiej księgi, tak jego sen wykraczał poza umysł. Niewiele z niego pamiętał. Jednak jedna rzecz wdarła się do jego pamięci. Tkwiła tak mocno, że pamięta ją po dziś dzień. Najgorsze jest to, że ta tajemnicza rzecz nawiedzała go w jego sennych marach cały czas. Nie przestała. Will opisywał ją swoim przyjaciołom jako jakąś kobietę ubraną w czarny płaszcz z kapturem, który był tak głęboki, iż nie było widać twarzy.
Ów nieznośny sen pojawiał się co trzy dni. Właśnie w dniu popełnienia morderstwa nie dal o sobie znać. Kim, lub czym była ta tajemnicza kobieta? Na jej temat można snuć wiele teorii. Jedne bardziej prawdziwe, a inne całkiem banalne i daleko odbiegające od rzeczywistości. Jednak Will wiedział, poznał prawdę.
Następnego dnia, po zakupie pechowej książki zabrał się on do czytania tajemniczego woluminu. Otworzył go w połowie. W tej chwili cały jego zapał jakby zgasł – księga była napisana po łacinie! Ale on nie znał łaciny. Przypomniał sobie, że przecież kupił kilka książek o tym języku. Nie pomogły mu zbyt wiele, jednak już co nieco rozumiał. Jednak nie wystarczyło to, aby zrozumieć treść Necronomiconu. Po miesiącu zgłębiania wiedzy o łacinie usiadł przy owej księdze i z przerażeniem zdał sobie sprawę, że chociaż nie znał w pełni języka zrozumiał każde słowo. Jakby coś powodowało, że z pozoru nieznane słowa nabierały w jego mózgu sensu.

W ten sposób wnikał coraz bardziej w stronice książki. Przerażała go i zarazem fascynowała. Po uważnym przeczytaniu rozdziału o snach zrozumiał. Kobieta z jego snów zwiastowała śmierć. Śmierć! Dlaczego on?! Dlaczego?! Przecież niczym nie zawinił, zawsze był oddany Bogu. Rano i wieczorem modlił się. Dzień w dzień wierzył w Niego. A teraz? Teraz wszystko stało się bardziej tajemnicze i zarazem bardziej pojęte. Kolejna sprzeczność.
Czego Śmierć chce od niego? Nigdy nikogo nie zabił. Co prawda widział, jak jego ojciec morduje bezbronnego człowieka, ale to nie stanowi wystarczającej przyczyny, by go prześladowała. Zaczął czytać dalej. I znów pojął… Kobieta była Śmiercią, była jego przeznaczeniem. Jego najbardziej ukrytym pragnieniem. Jednak i w tym było coś niepojętego. Przecież był za młody, aby umrzeć. I w rzeczy samej, to nie on ma umrzeć. W tym momencie do jego umysłu wkroczyła najbardziej chora wizja, do której kiedykolwiek ludzki mózg mógłby dopuścić. Zobaczył siebie. Stał na czymś w rodzaju wzgórza. Lecz nie było to zwykłe wzgórze. Nie było usypanie z ziemi. Składało się z czegoś innego, a wokół niego płynęła rzeka. Lecz i ona, podobnie jak wzgórze nie była normalna. Wzgórze tworzyły… Ciała mieszkańców Den, a zamiast wody w rzece płynęła krew zabitych. Hektolitry czerwonej posoki. A on stał ponad ciałami i krwawą rzeką. Był dumny. Dumny ze swojego czynu, który mimo postawy Willa nie był chwalebny. Zabił. Zabił wszystkich. Nie oszczędził nawet kobiet i dzieci. Zamordował wszystkich, bez wyjątku – wszystkich!
Czy zabije wszystkich mieszkańców? W końcu pozbawił życia już trzech. Teraz nie śnił o niczym, a wypadał właśnie dzień snu o tej dziwnej kobiecie. Czy to coś znaczyło? Przypuszczalnie tak. Być może już zaczął powoli wypełniać swoje przeznaczenie. Kto będzie następny? Czy w ogóle będzie ktoś następny? Nie zobaczył znowu Śmierci. Może zwiastowało to zakończenie jego celu, a może tylko wstęp do czegoś gorszego, bardziej złowieszczego. Lecz, czy może istnieć coś gorszego od zamordowania swojego najlepszego przyjaciela, jego i swojej matki? Co zrobi teraz? Na razie nie myślał o tym. Do jego uśpionego umysłu nie docierały żadne myśli. Spał snem tak głębokim, że nawet trzęsienie ziemi nie byłoby w stanie go zbudzić. Ciało jego matki ciągle leżało tam, gdzie padło ofiarą zbrodni. Z siekierą w czaszce. Wyglądało to dość makabrycznie i przerażająco. Nawet osoby o nerwach ze stali nie wytrzymałyby tego widoku i umknęłyby w popłochu. Musiał zrobić coś z ciałem. Jutro będzie miał cały dzień na rozmyślania. Albo właściwie nie. Jutro musi zgłosić się do naczelnika Gildii. Będzie mógł wykazać się swoimi umiejętnościami w pozbawianiu życia stawiających opór tubylców. Może prędzej, czy później wyruszy do jakiegoś miasta. Zawsze marzył o podróży do Nowego Reno.

Miasto to słynęło z rodzin mafijnych, które walczyły o wpływy. Ciągle wybuchały jakieś sprzeczki i nieporozumienia, które to często były przyczyną kolejnych strzelanin na ulicach. Ginęli wszyscy. W brutalnej wojnie gangów nie było żadnej litości. Ani krzty. Wszystko opierało się na zasadach „Zabij, albo zostań zabitym”. Niejednokrotnie zwyczajni cywile ginęli tylko za to, że nie mieli wystarczająco dużo pieniędzy, aby zapłacić którejś z rodzin za chociażby przejście przez jej terytorium, nie mówiąc już o płaceniu haraczu i innych opłatach, na które ciągle brakowało pieniędzy. Często po zapłaceniu wszystkich opłat nie starczało nawet na jedzenie. Toteż mieszkańcy Reno trudnią się wieloma profesjami. Najczęściej są to prostytucja i hazard, zdarzają się też akty wandalizmu w postaci kradzieży i pospolitego wyciągania ludziom rzeczy z kieszeni. Dochodziło także do częstych napadów z bronią na ulicy.
Ludzie żyli tam gorzej od psów, a rodziny dyktowały twarde warunki. Jedna z owych rodzin, tak zwana rodzina Mordino miała powiązania z Łowcami z Den. Kupowali od Gildii niewolników i wykorzystywali ich do swoich podłych eksperymentów – testowali na nich nowe rodzaje coraz to silniejszych narkotyków. Był to całkiem dobry interes, przynoszący dużo profitu.
Z Den raz w miesiącu wyjeżdżała karawana z niewolnikami do Reno. Taki kurs trwał ponad miesiąc wliczając w to powrót. W ogóle Łowcy nie zajmowali się tylko niewolnictwem. Stanowili oni coś w rodzaju rządu w Den. Rozdzielali miasto pomiędzy rywalizujące gangi, które nie mogły rozpocząć wojny bez zgody naczelnika. Terytorium zyskiwane było poprzez zasługi dla Gildii. Na dzień dzisiejszy gangiem posiadającym największe terytorium jest rodzina Tylera. Pilnują składu materiałów chemicznych dla Metzegera. Za to kontrolują północną część Nory i wschodnią – tą gdzie leży główna kwatera Łowców i kościół. Na drugim miejscu jest gang Lary. Kontrolują oni tylko zachodnią część Den.
Teraz i Will stał się do nich podobny. Zabił i czół, że mógłby zrobić to jeszcze raz. Czym to było spowodowane? Odpowiedź jest wręcz banalnie prosta. Chodzi o księgę, która przyciągnęła szczególną uwagę wtedy jeszcze młodego chłopaka. Jest nią ów przeklęty przez Kościół wolumin o nazwie El Azif, czyli Necronomicon. Utrzymywało, że ta księga nigdy nie istniała, jednak istnieje i jest w niewłaściwych rękach. Jak zdołała przetrwać wybuch? Przecież jeszcze Przed Wojną była w opłakanym stanie, a teraz ledwo trzyma się całości. Niejednokrotnie Will musiał ją sklejać, aby nie rozleciała się na drobne kawałki. Widocznie istniało to tajemnice coś, co nie pozwalało na jej zniszczenie. Ta niewidzialna moc zwyciężyła nawet z pociskami nuklearnymi. To ona spowodowała, że księga znalazła sobie nowego właściciela. Wówczas słabego i naiwnego. Jednak można przypuszczać, że ta tajemnicza siła mogła by zawładnąć każdym człowiekiem. Nie ma chyba na Ziemi umysłu tak potężnego, aby oprzeć się pokusie spojrzenia na stronice przeklętego woluminu.
Najlepiej byłoby jednak, aby nikt nigdy nie zdobył własnej kopii Necronomiconu. Niech to dzieło nęci i łudzi. Necronomicon nie jest zbiorem danych i nie powinno się go używać jako drogi, która prowadzi ludzi od jednej tajemnicy do drugiej. Jest na to zbyt potężny i zbyt straszny. Ta księga to wrota do szaleństwa. Przechodząc przez nie człowiek ulega metamorfozie. Kiedy znajdzie się po drugiej stronie, jest nie do rozpoznania. Staje się częścią tajemnicy.
Will stal się częścią tajemnicy. Przeszedł przez wrota szaleństwa. Księga kazała mu zabić i zabił. Ona nim rządziła. Ona dyktowała zasady tej chorej gry. I najgorsze było to, że zawsze wygrywała. Zawsze. Nigdy nie natrafiła na osobę o tak mocnej sile woli i wyjątkowym charakterze, która by jej nie przygarnęła, aby później stopniowo, krok po kroku stawać się jej niewolnikiem.
Wielu osobom dała władzę, a także i śmierć. Ludzie korzystali z jej dobrodziejstw. Jeżeli można rzeczy zawarte w tej książce nazwać dobrodziejstwami. Przeznaczona bowiem były do czynienia zła i grzeszeniu przeciwko Bogu. Tak oto wielu ludzi straciło życie przez ów tajemniczy wolumin. Księga uzbierała spore żniwo. I ciągle je zbiera. Znów każe zabijać i składać krwawe ofiary. Dzięki temu żyje, a jej egzystencja na tej planecie prawdopodobnie nigdy nie dobiegnie końca. Ośmielę się nawet stwierdzić, że przetrwa Koniec, jakkolwiek miałby on wyglądać. Do tego czasu będzie wystarczająco potężna. Chyba tylko Bóg mógłby ją zniszczyć.
Nie wiadomo jakie szatańskie zaklęcia chronią ten zwój. Na pewno wystarczająco potężne, aby księga przetrwała przez wieki. Teraz jednak jest inny, być może bardziej poważny problem. Necronomicon zdobył władzę nad niewinnych chłopakiem, który o niczym nie wie i nigdy się nie dowie. Przynajmniej będzie trwać w tej niewiedzy tak długa, aż ktoś inny dowie się o istnieniu przeklętego woluminu. Jednak nic nie zapowiada, by tak miało się wydarzyć. Teraz pozostaje tylko jedno: modlić się, aby księga dała sobie spokój ze zbieraniem swego krwawego żniwa. Will stal się częścią tajemnicy, częścią dużej, pieprzonej tajemnicy!

Avatar

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.