Szczęściarz

Autor: Rawdan

Otworzyłem oczy i zobaczyłem wiszący nade mną, pożółkły sufit. Uderzające krwistą czerwienią cyferki elektronicznego budzika, pokazywały dopiero piątą. Dlaczego jak tak wcześnie się obudziłem? Przecież poprzedniego dnia byłem zupełnie wyczerpany – tak jak przez wszystkie dni życia. Nie wiem dlaczego – wiem że tak było od lat. Dostałem urlop i co z tego? Nie przyczynił się zbytnio do poprawy mojego stanu zdrowia – nigdy się nie przyczyniał. Dawał troszeczkę wytchnienia, odpoczynku od tej ciągłej jazdy w pędzącym pociągu życia, który nigdy się nie zatrzymuje. Wciąż miałem kłopoty ze snem, lęki nawiedzały mnie bezustannie ilekroć kładłem się do łóżka i przez dwie, trzy godziny próbowałem bezskutecznie zasnąć. Można w to wierzyć lub nie, ale to wyczerpuje – to męczy strasznie. Tak, jestem zmęczony.
„Muszę wstać” – pomyślałem. Przecież trzeba było się podnieść – dzień się zaczynał. Znów czekała mnie rutyna każdego poprzedniego dnia. Zespół ustalonych zachowań i rytuałów, powtarzanych przez wszystkie poprzednie dni mojego życia. „Cholera! Jak ja nienawidzę tego życia!” – pomyślałem wstając.
Chwyciłem szklankę z niedopitym, wczorajszym drinkiem i jak codziennie podszedłem do komputera, po drodze zahaczając jeszcze o zgaszoną lampkę (starałem się oszczędzać prąd a przecież był póĄny lipiec – dostatecznie widno). Nogą nacisnąłem przycisk na listwie. Nic. Lampka sygnalizująca dopływ prądu się nie zapaliła – nic dziwnego, przepaliłem ją już dwa tygodnie po zakupie komputera. Nic to. Wcisnąłem przycisk Power na obudowie i usłyszałem jak wiatrak procesora wchodzi na typowe dla swojego wieku, zdyszane obroty.
Łyknąwszy resztkę płynu w szklance, skrzywiłem się trochę na twarzy i zaniosłem naczynie do kuchni. Odstawiłem ją do zlewu. Po zakończeniu „porannych spraw”, usiadłem przed komputerem i uruchomiłem przeglądarkę internetową – zawsze gdy dostawałem urlop odcinałem się od wieści ze świata – nie oglądałem wiadomości w telewizji, w internecie unikałem portalów informacyjnych a gazet w ogóle nie kupywałem, trzeba było więc spojrzeć co się działo przez te dwa tygodnie urlopu. Niespodziewanie moją uwagę przykuł zewnętrzny modem na którym ze wszystkich sześciu diod, świeciła się tylko jedna. „Znowu idioci z kablówki coś spieprzyli” – pomyślałem a w tym samym czasie przeglądarka wywaliła mi „Nie można znaleĄć serwera.” i jakieś tam okienka dialogowe.
Jedna procedura dnia w plecy. No cóż. Kazali dzwonić, jeśli na modemie będzie się palić mniej niż cztery diody. Chwyciłem telefon i przyłożyłem słuchawkę do ucha. Cisza. Nawet sygnał gdzieś znikł – przypomniało mi się od razu kilka filmów w których takie okoliczności miały budować nastrój odcięcia, strachu – ale ja jakoś niezbyt się bałem. Nie raz okoliczne wyrostki bawiły się skrzynkami telefonicznymi i dawali w ten sposób robotę monterom z firmy telekomunikacyjnej.
Cóż. Oparłem się ciężko na krześle i wypuściłem z siebie przeciągłe westchnienie. Gdy odchyliłem na chwilę głowę do tyłu, kark zatrzymując na oparciu krzesła, usłyszałem cichy zgrzyt typowy dla wyłączanego sprzętu elektrycznego. Podniosłem się i spojrzałem na zgaszony ku mojemu zdziwieniu monitor. Na modemie żadna dioda nie świeciła się, podobnie jak sygnalizacja na obudowie cichego nagle komputera.
„Znowu prąd wyłączyli! Co oni tam robią?” – zapytałem sam siebie. Przeprowadzając się do bloku położonego na przedmieściach małego prowincjonalnego miasteczka, wiedziałem że podobne rzeczy będą się działy ale ostatnio działo się to zbyt często. Być może fakt że mieszkałem na zadupiu zadupia wszystkich zadupiów, miał z tym coś wspólnego. Dość pomyśleć że mój blok był ostatnim z całego osiedla i dalej były już tylko niezagospodarowane nieurzytki. Prawdziwe miasto znajdowało się dopiero za widocznymi na horyzoncie wzgórzami – jeździłem tam czasami po zakupy i oczywiście do pracy. W każdym razie wyłączali nam prąd dosyć często i zazwyczaj na długo. Owszem, bywały chwilę że przerwa w dopływie prądu trwała kilka sekund ale nie tym razem. Dodatkowo, nie było jak zadzwonić do jakiegoś pogotowia energetycznego czy czegoś w tym rodzaju. I tak pewnie bym nie zadzwonił – w końcu któryś z sąsiadów kiedyś się zmobilizuje. W każdym razie awaria goniła awarię a mnie ogarnęła straszliwie dołująca cisza.
Pewnie siedziałbym tak dalej, czekając na powrót zasilania, gdyby nie fakt że za oknem zaczęło momentalnie robić się strasznie jasno. W pierwszej sekundzie pomyślałem że to słońce po prostu wychodzi zza chmur pędzonych silnym wiatrem. Ale się myliłem. Daleko na horyzoncie, gdzieś za polami na które widok rozciągał się z mojego okna, biała poświata dynamicznie rozjaśniała niebo, zmuszając oczy do natychmiastowego zamknięcia.
Jak pchnięty dziwnym impulsem, padłem na podłogę. W tym czasie jasność osiągnęła punkt szczytowy, wypełniła mój pokuj po czym zgasła jeszcze szybciej niż wzrastała. „O kurwa! Co to było?” – pomyślałem nerwowo rozglądając się po swoim pokoju. „Ja pierdole! Co się dzieje?” – przekleństwa rzucały mi się w myślach jak nigdy wcześniej. Moje ręce zaczęły niemiłosiernie drgać a strach ogarnął całe moje ciało. Gdy próbowałem wstać, poczułem się dziwnie słaby. Coś było ze mną nie tak – tzn. bardziej nie tak niż zwykle. Zacisnąłem zęby.
Wstałem. Moje nogi były jak z waty. Gdy ponownie spojrzałem za okno, zauważyłem rosnącą na horyzoncie pionową chmurę w kształcie grzyba. Wiedziałem już że to nie są żarty. Stało się coś strasznego. Zupełnie nie rozumiem dlaczego poczułem że na mojej twarzy pojawia się jakiś dziwny uśmiech. Ale nie był tam zbyt długo. Nim zdążyłem zbliżyć się do okna, do moich uszu dobiegł głośny grzmot, który zatrząsł całym domem. Plastikowe szyby na szczęście nie pękły. Na myśl przyszło mi skojarzenie z oddaloną burzą i grzmotem docierającym kilka sekund po błysku pioruna. Tym razem musiało być podobnie, jedynie burza była innego rodzaju.
Szybko pobiegłem na chwiejących się nogach do pokoju gdzie okno było z drugiej strony budynku i otworzyłem je. Gdy spojrzałem na blok obok, zauważyłem że nie ja jeden nie mogę spać. Wychyliłem się bardziej. Na dziedzińcu osiedlowym zaczęli nagle zbierać się ludzie. Musieli zchodzić się tam gdy zauważyli że telefony nie działają – ten filmowy trik najwyraĄniej na nich działa. Niektórzy wyszli jeszcze w szlafrokach i piżamach. Nawet ten stary dureń, mój sąsiad wyszedł w samych bokserkach. Wszyscy rozmawiali ze sobą ale mieszkając na siódmym piętrze ciężko jest coś zrozumieć. Słyszałem ich rozmowy ale nie wiedziałem co mówią. Za pewne coś o tym nagłym blasku i awarii prądu. Równie dobrze mogliby rozmawiać o hodowli mrówek – i tak nic bym nie zrozumiał. Czyżby nic? No cóż. Niezupełnie bo wydawało mi się że staruszek z drugiego piętra, co ledwo słyszy cokolwiek – więc zawsze się drze tym swoim zachrypniętym, zmęczonym głosem – powiedział, czy raczej wywrzeszczał, coś o bombie.
„Ja pierdole!” – znów przekląłem w myślach. „Więc na prawdę stało się tam coś strasznego.” – pomyślałem. No tak. A czym niby miał być ten chmurzasty grzyb? Przecież uwielbiałem filmy o atakach atomowych, widziałem te grzyby w nie jednym z nich. Nie sądziłem jednak że kiedyś zobaczę go na własne oczy.
„Co robić?” – znów pomyślałem – „Może zejdę na dół do tych pokrak, tam na dziedzińcu i spróbuje się czegoś dowiedzieć”. Założyłem na szybko niedawno kupione Dżinsy, włożyłem siebie samego w czarną koszulę i poszedłem do drzwi.
Gdy wyskoczyłem na korytarz na piętrze, zauważyłem jak sąsiad z żoną obładowani torbami wychodzą, czy raczej wylatują na korytarz i lecą w kierunku schodów. Żadnego „dzień dobry” ani nic w tym rodzaju. „Łaski bez” – pomyślałem. Sam skierowałem się do windy ale przypomniałem sobie że przecież nie ma prądu więc i winda działać nie będzie.
Próbując zejść po schodach, omal nie zostałem stratowany przez pędzących z góry lokatorów, niosących wielkie torby, podobnie jak moi sąsiedzi. Żadnego „przepraszam”, tylko pchają się i spychają mnie na tą poręcz. Na klatce schodowej, znalazłem się po co najmniej pięciu minutach. Nic to.
Wyszedłem z bloku na dziedziniec ale tam było już zdecydowanie mniej ludzi. Słyszałem jak silniki kolejnych samochodów zapalają się w nerwowych ruchach ich kierowców. Z okien bloku leciały różne przedmioty a na dole ktoś łapał je i biegiem wrzucał do bagażnika samochodu. Odjeżdżające auta i ich przyczepy zaczęły tarasować sobie nawzajem drogę bo każdy chciał odjechać jak najszybciej. Kierowcy wyskakiwali z nich i obrzucali się obelgami, gdzieś dalej widziałem jak zaczynają się bić. Totalny harmider oponował całe osiedle. W centralnej części dziedzińca, rozhisteryzowana kobieta z sąsiedniego bloku, krzyczała wymachując rękoma. Ktoś próbował ją uspokoić. Po prostu jeden wielki chaos. Prawdopodobnie wiedzieli co się dzieje i chcieli jak najszybciej stąd uciec.
Stałbym tak dalej, czekał aż histeria ogarnie także mnie a póĄniej wszystkich nas zabije, przyglądałbym się, gdyby nie zachowanie jednego chłopaka który stał wśród ludzi zebranych na dziedzińcu. Miał jakieś szesnaście lat i gdy wskazywał ręką w niebo, początkowo nikt nie zwracał na niego uwagi – szczególnie ta machająca rękoma histeryczka. Gdy jednak chłopak wrzasnął „Patrzcie tam!”, samemu wlepiając wzrok w ładne, niebieskie niebo, co niektórzy zwrócili na niego uwagę i poszli za jego przykładem. W tym także ja.
Na błękitnym płaszczu wiszącym nad nami, zauważyłem mnóstwo ciemnych kształtów przesuwających się w jednym kierunku. Kształty gubiły za sobą inne kształty które zdawały się z każdą chwilą powiększać. Minęły trzy sekundy zanim zrozumiałem co widzę.
– Bomby! – wrzasnął ktoś z tłumu. Momentalnie rozległy się wrzaski i okrzyki przerażenia. Tłum na dziedzińcu rozbiegł się we wszystkie strony. Ludzie przy samochodach zaczęli natychmiast uciekać spowrotem do bloku. Część z nich także do mojego.
Zamurowało mnie. Czas jakby zwolnił na chwilę. Docierały do mnie tylko niektóre wrzaski, trudno rozróżnialne i niemożliwe do zrozumienia. Wszędzie chaos i histeria. Bomby. Lecą na nas bomby. „Jezu! Bomby!” – powiedziałem sam do siebie tak jakbym dopiero teraz zrozumiał co się dzieje. Ocknąłem się niespodziewanie. Dookoła mnie kłębili się ludzie popychając mnie w głąb bloku, w stronę piwnic. Nie miałem żadnej nad sobą władzy, po prostu mimowolnie przesuwałem się wśród motłochu w kierunku podziemnej części budynku. Używałem łokci, nóg, wszelkich sposobów żeby tylko nie dać się zadeptać przez tą bezwładną masę.
Rozległ się pierwszy huk. Nigdy nie słyszałem czegoś takiego. Wszystkie szyby z trzaskiem rozsypały się w drobny mak a tłum zawtórował im przeraĄliwym wrzaskiem. Nie wiem gdzie spadła ta bomba. Wiem że następna spadła bliżej. Kawałki gruzu i betonu z potężnym impetem wpadły w klatkę schodową trafiając wielu ludzi którzy natychmiast padali i ginęli pod stopami pozostałych. Blok zatrząsł się, z sufitu leciał tynk a kaloryferami dolatywał z góry piekielny dĄwięk kolejnych wybuchów. Grzmoty bomb wypełniały eter a towarzyszyły im odgłosy spadających odłamków i wrzaski tłumu.
Znowu huk. PrzeraĄliwy, potężny, był niczym w porównaniu z tym co miałem okazję widywać w multikinach. Zdołałem jeszcze usłyszeć długo ciągnący się odgłos upadających odłamków a powietrze przesyciło się pyłem. Wiedziałem już że jeden z bloków właśnie się zawalił. Rozległy się głośne kaszle i zawodzenie ale bombardowanie nie ustawało. Z każdym grzmotem, z sufity sypało się coraz więcej tynku i gruzu. Czułem że jestem w pułapce. Tymczasem tłum już na dobre wepchnął mnie do piwnic.
To że nie było prądu i piwnice były ciemne i nieoświetlone nie miało w tej chwili żadnego znaczenia. Pył unosił się wszędzie dookoła. Miałem zamknięte oczy i oddychałem przez przyciśnięty do twarzy rękaw koszuli. Niektórzy nie mieli tyle szczęścia i najzwyczajniej padali na ziemię nie mogąc złapać oddechu. Tłum zupełnie postradał zmysły, jeśli miał je kiedykolwiek przedtem. Chaos rozpierzchnął ludzi we wszystkie możliwe strony. Podejrzewam że ci którzy nie zdążyli dotrzeć do piwnic nim pył zamknął im oczy, byli pewni że są we właściwym miejscu.
Odgłosy wybuchów dudniły, przenoszone przez budynek i ziemię. Wszystko się trzęsło. Ja się trzęsłem. Dzięki zamieszaniu udało mi się oddalić odrobinę od tłumu. Nic zupełnie nie widziałem. Szedłem gdzieś przed siebie z zamkniętymi oczami. Wiedziałem że jestem w piwnicach – ale odwiedzałem je bardzo rzadko więc nie pamiętałem też dobrze rozkładu korytarzy. Trafiłem na jakąś ścianę i uderzyłem się w głowę. Wymacałem tą ścianę i ruszyłem wzdłuż niej, wyczuwając na niej drgania z każdym słyszalnym wybuchem.
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że wrzaski stały się coraz cichsze, musiałem więc znacznie oddalić się od tłumu. Podłoga drżała, ściany również. Czułem jak sypie się na mnie tynk z sufitu. „Ale solidny blok sobie wybrałem tych parę lat temu” – pomyślałem, jakby z nutą udawanego humoru. Nie było mi do śmiechu. Nigdy w życiu tak bardzo się nie bałem. Przerażenie. Byłem śmiertelnie przerażony. Z każdym kolejnym hukiem pytałem samego siebie czy za chwilę cała ta betonowa buda, nie runie mi na głowę.
Kiedy macając ścianę dotarłem do rogu podziemnego korytarza, zrozumiałem że jestem gdzieś przy krańcowej ścianie budynku. Nie zdążyłem jednak przeanalizować w myślach własnego położenia. Poczułem nagłe uderzenie tuż przed sobą, połączone z ogłuszającym hukiem. Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu eksplodowała jedna z bomb. Potężna siła wywołana eksplozją odrzuciła mnie wraz z kawałkami ściany i gleby, do tyłu. Nie widziałem tego ale czułem na sobie ziemię i tynk. Jedyne co pamiętam to chwilę lotu…

Budzisz się w takiej sytuacji jak ja i chcesz wmawiać sobie że to sen. Ja też tak robiłem. W pierwszym momencie na prawdę myślałem że śnię. Pierwsze dwie sekundy przebudzenia, były dla mnie jak każde nocne przebudzenie – zwyczajne. Ale niestety, to nie był sen. Zrozumiałem to gdy wyschniętym językiem dotknąłem ubabranych w pyle, wyschniętych warg. Otworzyłem oczy ale nie wiedziałem czy rzeczywiście to zrobiłem. Wokół mnie było ciemno – identycznie ciemno jak przy zamkniętych oczach. Nie było nic słychać. Bombardowanie musiało się skończyć gdy byłem nieprzytomny a wrzasków nie było słychać wcale. Co się stało? Nie pamiętałem. Podejrzewam że uderzyłem się w głowę gdy w pobliżu mnie wybuchła bomba.
Przeciągnąłem się by sprawdzić czy mam władzę we wszystkich kończynach. Na szczęście miałem ale czułem że mam stłuczone ramię a obydwie nogi trochę zesztywniałe – mogłem nimi jednak ruszać. Podpierając się rękoma wstałem i na własne nieszczęście od razu upadłem. Nie wynikało to z mojego osłabienia czy zesztywnienia ale z powodu oporu jaki napotkałem. Sufit nagle znalazł się bardzo nisko a ja uderzywszy się w głowę po raz kolejny z powrotem wylądowałem na podłodze.
Otrząsnąłem się i tym razem przyjąłem pozycję „na czworaka”. Nie widziałem zupełnie niczego ale rękoma wymacałem nad sobą ten sufit. Był jakby pochylony, zwężając się przede mną. Prawdopodobnie była to jedna z płyt budynku, co oznaczało że jestem totalnie zasypany w ruinach własnego bloku. Poczułem że jest nieciekawie i że strach teraz dopiero zagląda mi w oczy. „Nie panikuj!” – powtarzałem sobie rytmicznie. Trochę jakby pomagało.
Obróciłem się dookoła i wymacywałem przestrzeń wokół siebie. Z każdej strony napotkałem opór – znaczyło to że jestem otoczony betonem. Poczułem się jeszcze nieciekawiej. Cóż, pozostawało jeszcze wymacać owy pochylony sufit o który się uderzyłem.
Jak na życzenie, okazało się że płyta nie styka się wcale z podłogą i że przede mną jest ciasna szczelina. Cóż, do grubasów nigdy nie należałem, to też gdy zmierzyłem szczelinę rękoma, doszedłem do wniosku że powinienem się przecisnąć.
Położyłem się na brzuchu i zacząłem czołgać przed siebie. Moja głowa nie napotkała wyraĄnego oporu betonowej płyty. Przesuwałem się do przodu, czując ból w lewej dłoni. Zamknąłem oczy bo i tak do niczego by mi się tutaj nie przydały. Z każdym ruchem wzburzałem ostały pył który wlatywał mi do nozdrzy i ust, gdzie i tak miałem go pełno. Trochę pokasływałem.
Po chwili zatrzymałem się i zgięłem nogę w kolanie by sprawdzić gdzie znajduje się płyta. Moja pięta niemal natychmiast napotkała opór. Podciągnąłem się odrobinę rękoma i skuliłem przyciągając do siebie nogi. Ponownie otworzyłem oczy ale dalej niczego nie widziałem. Przesunąłem się jeszcze kawałek do przodu i wpadłem na pionową ścianę. Oparłem się o nią plecami. Poczułem nagle że jestem potwornie zmęczony i zdyszany. Przez najbliższych kilka sekund nic nie robiłem, chciałem chwilę odsapnąć. W ustach miałem mnóstwo pyłu ale brakowało mi śliny by go wypluwać. Oddychanie było bardzo trudne.
Niespodziewanie, otaczającą mnie ciszę przerwał jakiś zgrzyt. Gdzieś w ciemności zaszurał przesuwający się beton. Po chwili zawtórował mu hałas sypiącego się za nim gruzu i spadających, betonowych odłamków. Pomyślałem że muszę się jak najszybciej stąd wydostać.
Tym razem, zanim postanowiłem wstać, wymacałem rękoma przestrzeń nade mną. Niczego nie było, więc począłem powoli wstawać utrzymując pion dzięki ścianie za moimi plecami. Niespodziewanie, ściana skończyła się na wysokości moich łopatek. Obróciłem się ostrożnie i rękoma zacząłem badać jej krawędĄ. Była mocno postrzępiona ale przestrzeń nad nią była dość rozległa – wychylałem się z rękoma do przodu i niczego nie znalazłem.
Niemalże wczołgałem się na uciętą krawędĄ ściany i powolnymi, ślamazarnymi ruchami przewaliłem się na jej drugą stronę. Właśnie wtedy zapaliłem w sobie iskierkę nadziei. Gdy stanąłem po drugiej stronie, poczułem na dłoni delikatny powiew powietrza. Kucnąłem natychmiast by poczuć go także na twarzy. Był całkiem przyjemny. Ponownie otworzyłem oczy i gdy wytężyłem wzrok, gdzieś w oddali, w kierunku z którego leciało powietrze, zobaczyłem bardzo słabe światło.
Natychmiast wysunąłem przed siebie dłonie w poszukiwaniu ewentualnej przeszkody. Znalazłem ją. Przede mną znajdował się betonowa płyta, pęknięta na dwie części. Pomiędzy nimi, stalowe pręty zbrojenia – niczym więzienne kraty – stanowiły poważną przeszkodę. Kiedy jednak dokładniej wybadałem dłońmi ich strukturę, zauważyłem że w okolicach dolnej partii stalowej siatki, pręty zostały mocno wygięte najwyraĄniej na skutek wybuchu albo przy zawalaniu się budynku.
Delikatnie wsunąłem się pod nie a następnie chwyciwszy się po drugiej stronie, przeciągnąłem samego siebie. Światło było teraz jaśniejsze. Przypomniałem sobie coś co widziałem na jakimś filmie katastroficznym. Gdy wydobywa się kogoś z gruzów to ma zawiązane oczy, żeby przywykłe do panujących pod gruzami ciemności nie doznały uszkodzeń przy kontakcie ze światłem dnia. Tyle tylko że tam ktoś się nimi zajmował, a co ja zrobię z zawiązanymi oczami? Wyjścia jednak nie było.
Oderwałem kawałek materiału z rękawa koszuli (całkiem spory kawałek) i przewiązałem go sobie na czole. Postanowiłem że gdy światło będzie mnie zbyt mocno razić to nasunę sobie tak zrobioną opaskę na oczy. Zaczałęm czołgać się dalej.
Światło stawało się coraz jaśniejsze a powietrze coraz mocniej powiewało na moich policzkach i dłoniach. Po mniej więcej minucie powolnego przesuwania się do przodu, znalazłem się wreszcie w miejscu, gdzie po raz pierwszy zauważyłem owe światło. Strop w tym miejscu był bardzo nisko, więc nawet kucnięcie nie wchodziło w grę. Na szczęście mogłem już rozglądać się zwyczajnie za pomocą oczu i dlatego przede wszystkim szukałem Ąródła światła.
Znalazłem. Był to całkiem spory, rażący moje oczy strumień blasku, płynący spod pochylonej, długiej betonowej płyty która wkrajała się w tą stworzoną przez gruz komnatę. Rozejrzałem się dokładnie po przyszłej trasie czołgania, założyłem opaskę na oczy i począłem posuwać się naprzód.
Początkowo było całkiem dobrze, chociaż gdy się przyglądałem miałem wrażenie że to nie jest tak daleko. Niestety im dalej byłem, tym ciaśniej zawieszona nade mną płyta ściskała moje ciało. W pewnym momencie, kiedy już widziałem zupełny blask słońca przebijający się przez moją opaskę na oczach, zauważyłem że moja głowa nie mieści się w szczelinie pomiędzy podłożem a płytą. Wymacałem rękoma podłoże i okazało się że to ziemia – znaczyło to że tutaj nie ma podłogi. Od razu przyszedł mi na myśl genialny pomysł.
Cofnąłem się odrobinę, niezgrabnie czołgając się wstecz. Wyschniętymi dłońmi zacząłem odgarniać glebę spod szczeliny, kopiąc sobie w ten sposób drogę wyjścia. Cóż. W pozycji leżącej zajęło mi to z pewnością kilka minut. Kilka razy próbowałem czy otwór jest dostatecznie duży ale za każdym razem musiałem poprawiać. Gdy wreszcie za którąś próbą okazało się że moja głowa bez trudu przechodzi przez szczelinę, z euforią przeczołgałem się przez otwór. Wydostałem się spod gruzów. I co dalej?

Słońce raziło mnie niesamowicie gdy pierwszy raz, po upływie bodaj pięciu minut niecierpliwego czekania, ściągnąłem maskę z oczu. Niemal tarzałem się po ziemi starając się wytrzymać jasność. Nie udało się – założyłem maskę z powrotem. Najwyraźniej, tam pod gruzami, długo leżałem nieprzytomny. Ponownie zdałem się na własne dłonie.
Ostrożnie markujac każdy krok krążyłem po miejscu w którym się znalazłem, wyciągając ramiona przed siebie i bezustannie machając nimi to w górę, to w dół. Po upływie jakichś dwóch minut natrafiłem kolanem na jakiś opór. Wymacałem przed sobą kawałek betonu, położony trochę poniżej mojego pasa. Obróciłem się i usiadłem na nim, dysząc.
Zaczęły mnie nawiedzać różne myśli. Przypominałem sobie pobudkę, problemy z prądem, jasność, chaos panujący na dziedzińcu, tłum który wepchnął mnie do piwnic. Wspomnienia tego poranka były niezwykle świeże i uderzające. Nie słysząc wokół siebie najmniejszego szmeru, nagle zdałem sobie sprawę z tego że miałem cholernie dużo szczęścia.
Na rozmyślaniach minęło mi kolejnych kilkanaście minut. Poczułem że chyba mogę zaryzykować ponowne ściągnięcie opaski. Delikatnie zsunąłem ją z twarzy, nie otwierając oczu. Słońce raziło mnie okrutnie ale tym razem mogłem to znieść. Kilka razy otwierałem na chwilę i zamykałem z powrotem oczy, starając się przyzwyczaić wzrok do światła.
Na tej czynności też upłynęło mi trochę czasu ale wreszcie mogłem coś zobaczyć.
Wstałem i rozejrzałem się. Widok przypominał mi filmy wojenne, które bardzo lubiłem oglądać. W rzeczywistości jednak, nie podobało mi się to tak jak na srebrnym ekranie. Otaczały mnie gruzy. Dziedzińca nie było, podobnie jak klatki schodowej. W pobliżu miejsca z którego wydostałem się spod gruzu, rozciągał się spory lej, prawdopodobnie po wybuchu bomby.
Zupełnie nie poznawałem miejsca w którym kiedyś przecież mieszkałem. Rozglądałem się nie mogąc uwierzyć w to co widzę. W pobliżu było mnóstwo lei. Ziemia była nimi najeżona. Gdy mój wzrok powędrował w stronę zawalonego, dawniej sąsiedniego bloku, zauważyłem kilka trupów które leżały w pobliżu czegoś co było kiedyś klatką schodową. Im się nie udało. Ogarnął mnie strach. Nigdy dotąd nie widziałem martwych ludzi. Owszem, gdy umierał ktoś z rodziny i szedłem na pogrzeb, to niechętnie ale jednak, brałem udział w oglądaniu wystawionych zwłok. Ale niczym były zwłoki zmarłego członka rodziny, w porównaniu ze zmasakrowanymi trupami które zobaczyłem tutaj.
Począłem błądzić pośród tego pobojowiska. Potrzebowałem wody by obmyć twarz, wypłukać usta i napić się. Zacząłem zauważać kolejne trupy. Gdzieniegdzie czyjaś kończyna wystawała spod zwałów betonu. Gdzie indziej leżała zakrzepnięta krew. Nie jadłem tego dnia nic ale powoli czułem jak do mojego gardła zbliża się zawartość żołądka.
Finał miał miejsce w momencie gdy zobaczyłem oderwaną nogę. Zwymiotowałem jakimiś płynami, trochę żółcią. Kaszlałem. Usta wytarłem o koszulę. Wymioty osłabiły mnie chociaż i tak byłem już strasznie zmęczony. Los jednak szykował dla mnie kolejne zaskoczenia.
Musiałem wymiotować bardzo głośno, gdyż po chwili zdawało mi się że słyszę czyjś głos. Bardzo wyczerpany głos, jakiejś cierpiącej osoby. Natychmiast rozglądnąłem się.
Początkowo niczego nie zobaczyłem ale głos wciąż do mnie docierał – nie rozumiałem co mówił. Dochodził gdzieś ze złomowiska jakie powstało w miejscu gdzie tego poranka kłębiły się samochody. Kiedy przyjrzałem się wyraźniej, dostrzegłem jakiś ruch, wśród zniszczonych wraków aut i bliskich im zwałowisk gruzu. Ten ruch wykonywała czyjaś ręka. Wystawała spod dużego betonowego kloca.
Kiedy zacząłem się do niej zbliżać, spostrzegłem więcej szczegółów przygnieżdżonej betonem postaci do której owa ręka należała. Był to mężczyzna, w podeszłym wieku. Znałem go z widzenia, widywałem gdy spacerował po osiedlu z psem. Był samotny – podejrzewam że z wyboru. Cóż, pies pewnie miał więcej szczęścia – zginął od razu.
Głos mężczyzny stawał się wyraźniejszy. Zdawał się przeklinać, albo potępiać kogoś. Widziałem jego głowę, poruszającą się z każdym ciężkim oddechem. Dotarłem do niego, uprzednio wywracając się o wystający spod gruzu, zakrzywiony, stalowy pręt zbrojenia.
– Wszystko w porządku? – zapytałem jak kretyn. Facet leżał przygnieciony kawałkiem betonu, było mu ciężko oddychać i zdawał się być umierający – jak do cholery, mogło być w porządku? Nic jednak innego nie przyszło mi do głowy.
– Przeklęci zdrajcy! – mamrotał, ciężko oddychając. Na ustach miał krew. – Czerwone szuje! Jeszcze wczoraj traktat podpisali! Zdradzieckie benkarty…
– Co się stało? – zapytałem, wogóle nie zwracając uwagi na jego cierpienie i nie starając się mu pomóc. Jak niby miałem mu pomóc? Nigdy nie byłem specjalnie silny i z pewnością kloc betonu który go więził, przerastał moje możliwości. Po za tym, facet już był skazany na śmierć a gdybym ruszył ten beton, pewnie powiększyłbym tylko jego cierpienia. Cholera! A może po prostu chcę się usprawiedliwić przed własnym sumieniem? – Kto jest za to odpowiedzialny?
– Podłe żmije! – ciągnął dalej. Coraz bardziej ucinając i dysząc. – Gdzie… gdzie żeś ty był… człowieku?
Jego wzrok miał w sobie sporo pogardy dla mnie.
– Czerwoni… napadli… wczoraj radość była… bo myśleliśmy że… że kryzys dobiegł końca… ale oni napadli… bez ostrzeżenia… zdradzieckie benkarty… żmije…
Owszem, od kilku miesięcy było niespokojnie na świecie. Nie dość że zaczęło brakować ropy, to jeszcze ONZ najzwyczajniej w świecie rozpieprzyło się tonąc w bagnie własnych waśni. Mało tego, terroryzm osiągnął ostatnio punkt szczytowy, niszcząc bronią atomową jedno z arabskich miast. Myślałem że nie warto zawracać sobie tym głowy. Co niby zmieni moja ciekawość wieści? Po za tym miałem dość problemów ze sobą, żeby jeszcze obciążać się kłopotami tego porąbanego Świata. W każdym razie na pewno nie podejrzewałem że wojna totalna jest tuż za rogiem. Ten umierający na moich oczach człowiek, uświadomił mi jaki byłem naiwny.
– Gnoje… na większe miasta… użyli broni atomowej… ale mniejsze… – tutaj zakaszlał – zbombardowali…
Mężczyzna najwyraźniej opadał z sił. Stałem tak nad nim, nie wiedząc co począć dalej ze sobą. Jeżeli to co mówił ten człowiek było prawdą, świat jaki znałem, przestał istnieć. Totalna wojna zapanowała na ziemi, niszcząc doszczętnie ludzkość, pozostawiając jedynie tych którzy dali radę utrzymać się przy życiu, bo byli silni i takich jak ja – szczęściarzy. Broń masowego rażenia. Potrafię wyobrazić sobie jak zwaśnione narody obrzucają się nią nawzajem, byle tylko nie udać się do piekła w samotności.
– Mój pies… Benny – zaczął majaczyć ranny mężczyzna – chodź do pana… Benny…
Spojrzałem na niego po chwili zadumy. Wpatrywał się w jakiś punkt zawieszony w przestrzeni daleko przed nim. Nie ruszał już głową, nie oddychał.
„I co teraz robić?” – zapytałem sam siebie. Czy to możliwe że ocalałem jedynie ja? Czy opatrzność dała mi możliwość wydostania się spod gruzu po to bym samotnie błąkał się od teraz po ziemi? Czy to możliwe że nikt inny nie miał szczęścia? Nie, to było niemożliwe – nie jestem wcale wyjątkowy. Wiedziałem że z pewnością, los nie ocalił mnie tylko po to bym snuł się samotnie po Ziemi, troszcząc się jak do tej pory, o własną jedynie egzystencję. Z pewnością gdzieś są ocalali ludzie. Muszę tylko ich znaleźć. Muszę przetrwać…
Tuż przy nodze mężczyzny, zauważyłem niespodziewanie niewielkie, elektroniczne urządzenie. Nie byłem pewny czym jest. Gdy je chwyciłem i nacisnąłem przycisk z napisem „On/Off”, wskazówka na urządzeniu natychmiast odchyliła się od stanu spoczynku a z małego głośniczka zaczął wydobywać się głośny szum. Zrozumiałem… Licznik Geigera.

Avatar

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.