Wasteland, cz. 1

Autor: Konrad „Rafian” Wąsik

Rozdział 1 : Początek
Nazywam się Max, niektórzy zwykli mnie nazywać „Stone” Max „Stone” – skała, już nie pamiętam skąd wzięła się ta ksywa. Chyba ktoś tak do mnie krzykną podczas jednej z bójek w rodzinnym „mieście” gdy rozkwasiłem twarz jednego matoła. Nie pamiętam dokładnie. Jestem jednym z wielu ludzi żyjących na tym zniszczonym wojną atomową świecie, staram się przeżyć, liczy się następny dzień. Pięć lat temu opuściłem moje rodzinne cudowne ”miasto” Creek Town i udałem się na pustkowia. Wędrowałem w poszukiwaniu okazji na jakiś łatwy zarobek, nawet chciałem coś osiągnąć, miałem dość monotonnego życia. Podczas podróży zatrudniałem się jako strażnik przy karawanach. Jedyny plus z tej roboty to to że nauczyłem się tam dobrze strzelać. Jeśli nie byłem na szlaku przemierzałem pustynie w poszukiwaniu schronów i baz wojskowych sprzed wojny, mógłbym na znalezionym tam sprzęcie zarobić jakąś większą kasę , lecz szczęście jakoś mi nie sprzyjało i natrafiłem jedynie na kilka opuszczonych, zrabowanych przez bandytów schronów przeciwatomowych.
Wędrowałem tak te całe 5 lat zatrzymując się w miastach i wioskach tylko po to aby uzupełnić zapasy, napić się i spróbować trochę odpocząć.W końcu dotarłem do pewnej małej wioski o wdzięcznej nazwie Green Wood. Kilka domów z blachy wybudowanych na ruinach przedwojennego miasta, ot nic specjalnego, tradycja na spustoszonej wojną atomową pustyni. Mieszkańcy tego małego osiedla byli brudni, chudzi i nie wyglądali na zbyt szczęśliwych. Próby nawiązania jakiejkolwiek rozmowy zazwyczaj kończyły się fiaskiem. Pomyślałem „Chuj” kolejna zapadła dziura w której gówno zdziałam. Próby dowiedzenia się czegokolwiek o ich, spoglądając na ich umęczone twarze zdawało mi się że takowe mają, poważnych problemach, nie przyniosły rezultatu, nie cholery nikt pyska do mnie nie otworzył.
Idąc pomiędzy zardzewiałymi barakami, napotkałem przy jednym z nich faceta wyglądającego na twardziela. „Cwaniak” pomyślałem, coś za często myślę, „Może ten się gadać nie boi” Przedstawił się jako Louis, miał na rękach i twarzy dużą liczbę blizn, nosił przy sobie nuż oraz karabin myśliwski przewieszony przez plecy. Tak jak się spodziewałem nie zapomniał języka w gębie jak do niego podszedłem. Z tego co mówił wynikało że nie pochodzi z tond, zresztą było to po nim widać, i że miejscowi mają problemy z bandytami „A gdzie ich nie mają ? „ i są przez to nieufni wobec przybyszy.
Postanowiłem pomóc im z problemem licząc przy okazji na dobry zarobek. Louis dokładniej wypytany o problem bandytów odpowiedział że nie wie skąd przychodzą ale że czasami atakują miasto. Pogadałem z nim jeszcze chwilę ale nic ciekawego się nie dowiedziałem, prawie faceta nie znalem co się dziwić, może kiedyś zapoznamy się bliżej przy butelce piwa w jakimś barze. Nie mając żadnego zajęcia podniosłem stary fotel i usiadłem na nim w cieniu jednego z baraków.

Prawie przysnąłem. Kto by się nie znudził obserwowaniem umykających przed twoim spojrzeniem przechodni. Miałem szczęście gdy już zaledwie moment został do osunięcia się przeze mnie w sen nastąpił jeden z osławionych ataków.

– W nogi, uciekać, bandyci !

Co oni się tak drą ? Cholera trupa by obudzili.

Nastała ogólna panika, jedynie Louis i kilku strażników zachowało zimną krew i rzuciło się do walki. Kule śmigały pomiędzy budynkami i nad głowami ludzi a ja wstałem z fotela i przykucnąłem za rogiem najbliższego budynku i obserwując w spokoju całe zajście. W głowie zaczął mi świtać pewien plan. Bandytów było zaledwie dziesięciu. Co oni chcą zdziałać w takiej liczbie ? Albo im odbiło albo są wyjątkowo pewni siebie.
Tak jak myślałem po chwili żyło zaledwie trzech. Może zrobię karierę jako wróżka ? W chwili przed tym jak zaczęli uciekać jeden z nich trafił w ramię Louisa. Gdy padał odrzucony siłą strzału napotkałem jego spojrzenie. Wybiegłem zza rogu i pobiegłem za uciekającymi niedobitkami niedawnej dziesięcioosobowej bandy. Posłyszałem jak Louis wykrzykuje moje imię z dodanym jakimś słowem. Niestety nie usłyszałem jakim.
Biegłem tak za nimi sporą chwilę, gdybym miał zegarek powiedział bym nawet że parę godzin, byli jak umykające szczury, spieprzali jakby ich wściekły Radskorpion gonił. W końcu dotarli na miejsce. Stanąłem jak wryty na szczycie jednej ze skał oddalonej o niecały kilometr od obozu, był dość duży i obsadzony przez sporą liczbę bandytów którzy tłoczyli się wewnątrz. Dużo ich, zapewne większa afera się szykuje. W centralnym punkcie obozu otoczonego murem stał budynek charakteryzujący się przedwojenną zabudową, mury miał z betonu zmieszanego ze zbrojoną stalą a na dachu wielka antena z prowadzącą do środka całą masą kabli. Od razu mnie zaciekawiło co to za urządzenie i czy jeszcze działa. Pewno jaki bunkier.
Samemu nie miałem szans, podejrzewam że cała wioska nie miała by szans, potrzebowałem ludzi i dobrego planu. Ruszyłem z powrotem w kierunku wioski.

Gdy byłem w obozie było już ciemno a teraz kiedy wróciłem było już coś koło północy, ludzie udali się na spoczynek do swoich domostw a na ulicach stało tylko kilku strażników. Zapytawszy jednego z nich o miejsce pobytu Louisa o dziwo usłyszałem odpowiedz, że przebywa w małym domku zaraz koło szałasu starszego wioski.”Już nie sikają w gacie na mój widok” Uśmiechnąłem się.
Louis nie wyglądał wcale aż tak źle, leżał na łóżku z zabandażowanym ramieniem i czytał jeden z przedwojennych egzemplarzy czasopisma erotycznego „Kocia Łapka”. Gdy zobaczył jak wchodzę uśmiechną się pod nosem i burkną do mnie.

– Jak miło mi cie kurwa widzieć.
– Też się cieszę że żyjesz i jesteś prawie cał…

Moja odpowiedz zostało przerwana wybuchem gniewu i wiązanką przekleństw.

– Po co nosisz ten zasrany pistolet Magnum w kaburze skoro wolisz siedzieć w jebanym fotelu i kryć się po kątach niż pomóc w odparciu ataku bandytów !!
– Uspokój się… miałem pewien plan…
– Co plan ?? Jaki kurwa znowu plan, przez ciebie leże tu teraz z dziura w ręce…
– Uspokój się do kurwy nędzy…
– Zajebie cie skurwysynu słyszysz ! Własnoręcznie cie zajebie…

Louis sięgną rękom pod łóżko i wyjął swoją broń…
W ostatniej chwili zdążyłem wybiec i schować się za mur . Okolice obiegł huk wystrzału a popękane szkło z okna w domku z przeciwnej strony ulicy z trzaskiem zsypało się na ziemię…

– Co ty kurwa robisz ! Odłóż tego gnata i wysłuchaj co mam do powiedzenia.
– Co takie ścierwo i tchórz może mieć mi do powiedzenia ?
– Kurwa… Że oberwiesz nie było w planie. Chciałem za nimi pobiec kiedy rzucą się do ucieczki. Dlatego przykucnąłem za rogiem. Miałem nadzieje odnaleźć ich bazę.

Nastąpiła chwila ciszy…

– I jakie są skutki tego zasranego planu ? Czy jest jakaś lepsza wiadomość niż moja rozpieprzona ręka która mnie teraz napierdala ?
– Udało mi się odkryć ich bazę…

Znowu nastała cisza …

– Ty skubany sukinsynu. Trzeba było tak od razu ! Czego mi tu nie gadałeś !
– Nawet nie dałeś mi dojść do słowa tylko sięgnąłeś po gnata.
– Żebyś wiedział jak się na ciebie wkurwiłem. Nienawidzę zasrańców popuszczających w gacie na dźwięk wystrzałów. Ale to nieważne teraz trzeba się zająć sprawą bandytów. Jak już zacząłeś planować i wiesz gdzie jest obóz może będziemy kontynuować i zrobimy z nimi porządek.
– Co proponujesz ? Sami nie damy rady. A na dodatek ty jesteś ranny.

Louis podniósł się z łóżka, ubrał buty, wziął swój karabin myśliwski, przełożył go przez zdrowe ramię i wyszedł na zewnątrz.

– Miewało się gorsze rany. Idziesz ? Czy zamierzasz tam stać ?
– Za nim się gdzieś ruszymy może podzielisz się ze mną planem który najprawdopodobniej już wymyśliłeś ?
– Nie gadaj tyle tylko rusz dupsko ! Pasuje ci taka odpowiedź ?

Ruszyłem zanim… zatrzymaliśmy się pod chatą zbitą z desek i kawałków blachy, wyglądającą równie kiepsko jak pozostałe.

– Pogadam że starszym, jak zwykli go nazywać tutejsi, o twoim znalezisku a ty tu czekaj…
– Jak se tam chcesz. Tylko się streszczaj.
– Nic nierób tylko siedź tu i czekaj, zaraz wracam.

Wszedł do środka przez skrzypiące i ledwie trzymające się zawiasów drzwi a ja objąłem wzrokiem otaczającą mnie przestrzeń w poszukiwaniu czegoś na czym można by usiąść. Dookoła panował syf i nieład, wszystko walało się po okolicy. Jakieś stare nie nadające się do użytku opony z prawej i śmierdząca kupa śmieci z lewej, ogólnie obraz tego osiedla przedstawiał się właśnie w ten sposób, jak zresztą prawie każdego miejsca w tym postapokaliptycznym świecie. Jedynym charakterystycznym elementem otoczenia byli chodzący gdzieniegdzie strażnicy a to rzadko można było zaobserwować w takich dziurach jak ta. Nie znalazłem czegokolwiek na czym można by usiąść więc mając nadzieję że się nie zawali oparłem się o ścianę baraku starszego.
Po dłuższej chwili Louis wyszedł.

– Coś ty tam robił tyle czasu ?.
– Na pewno nie zbijałem bąków tak jak ty tutaj .
– No dobra, po kiego siedziałeś tam tyle czasu ?
– Przydzielił nam dziesięciu ludzi do pomocy do ataku na bazę bandytów.
– Cholera tylko dziesięciu ?
– Ta, nie jest ich zbyt wielu bo ktoś musi chronić wioskę ale to musi wystarczyć.
– Razem jest nas tylko dwunastu a bandytów około pięćdziesięciu ! Jakieś pomysły co do tego skąd można załatwić jakieś wsparcie ?

Louis chwile stał w milczeniu jakby nad czymś myśląc…

– Jest kilku moich znajomych najemników w mieście Cold Water. Nie powiem że cieszę się z tego że będę musiał się z nimi spotykać ale wiszą mi przysługę za pewną starą sprawę więc powinni nam pomóc.
– Sugerujesz że mam się udać do Cold Water ?
– Tak… znajdź tam najemników, zagadaj z nimi jak trzeba i przyprowadź ich tu.
– To akurat nie należy do najtrudniejszych zadań, gdzie leży to miasto ?
– Jakieś dwa dni drogi na wschód z stąd.
– Przygotuje się i wyruszam, zostań i wszystko przygotuj, wracam za kilka dni i nie chcę zabawiać w tej dziurze niepotrzebnie dłużej.
– Zajmę się wszystkim a ty na siebie uważaj. Może jednak porządny z ciebie człowiek.
– Pewnie. Nie mogę zginąć na pustkowiach zanim nie damy w dupę tym ścierwom.
– Zanim wyruszysz naprzeciwko mojej chaty urzęduje handlarz. Handluje jakimś tandetnym żarciem ale możesz się u niego zaopatrzyć na drogę.
– Dzięki. Zajrzę do niego. Zawsze lepsza tandeta niż wykitowanie z głodu.

Uśmiechnęliśmy się do siebie, uścisnęliśmy ręce po czym odeszłam w kierunku sklepu handlarza. Zakupiłem jedzenie oraz wodę na drogę, wszystko wyglądało na niezbyt świeże ale tak jak powiedziałem Louisowi lepsze to niż nic. Z rana wyruszyłem do Cold Water. Przede mną dwa dni wyczerpującej wędrówki…

Szedłem przez piaszczyste pustkowia w palącym słońcu, dookoła otaczała mnie tylko wielka rozciągająca się wszędzie pustynia na której co kawałek było widać wyłaniające się z piachu, budzące grozę ruiny starych, niegdyś tętniących życiem a teraz kompletnie wymarłych i zniszczonych przedwojennych miast. Przemierzałem ten okrutny krajobraz już wiele razy w ciągu swojego życia lecz nawet i teraz czułem w nim coś pociągającego… mrocznego… Ten nowo nastały świat przypadł mi do gustu mimo trudów jakich człowiek musiał podjąć żeby przeżyć następny dzień. Wszechobecny mord i choroby… bandyci i rabusie… palące słońce… okrutni ludzie i masa różnych powstałych po wojnie pokręconych stworzeń… a jednak można się przyzwyczaić do takiego życia a nawet tak jak ja je po prostu… polubić.
W ciągłej wędrówce minął mi cały dzień, słońce schodziło coraz niżej i jego okropny żar zdawał się z każda chwila słabnąć, powoli nastawał zmrok. Dzięki ciągłym podróżom po różnorodnych zakątkach pustkowi i sporemu już doświadczeniu wiedziałem że ta pora nie jest najlepsza na spacery więc udałem się w stronę najbliższych ruin aby przeczekać do rana.
To musiało być kiedyś małe miasteczko bo wiele z tego nie zostało. Kilka zrujnowanych i pogrążonych w piaskach pustyni budynków oraz mała na wpół zawalona szkoła. Widniejące pozostałości ulic widniały gdzie nie gdzie ponad piaskiem, wszędzie walały się przeróżne rzeczy, od śmieci i ubrań po sprzęty domowego użytku i samochody których czas dawno już przeminął. Wszystko to przykryte grubą warstwą drażniącego nozdrza kurzu i pyłu.
Noc spędziłem w jednym z budynków w pobliżu szkoły. Znalazłem w okolicy stary materac, zaniosłem go w miejsce spoczynku, rozpaliłem ognisko z tutejszych śmieci oraz kawałków drewna pozbieranych w okolicy i z bronią gotową do strzału zasnąłem.

Obudziły mnie pewne szmery… podniosłem się powoli nasłuchując dźwięków dochodzących jak mi się zdawało z bliskiej odległości starej szkoły. Była późna noc, ognisko rozpalone przeze mnie przed snem wygasło już całkowicie i panowała ciemność przez którą nie sposób było zauważyć coś bardziej odległego, ale słyszałem jakby odgłos zbliżających się kroków.
Podniosłem i przeładowałem swój Magnum, zaczaiłem się w pobliżu drzwi. Nie mogło to być zwierze gdyż przez szparę w ścianie dostrzegłem zbliżające się światło, najwyraźniej dawała je pochodnia lub jakaś zapalniczka niesiona przez człowieka. Nie byłem pewny co do zamiarów osobnika więc czekałem z bronią gotową do strzału…
Zbliżył się do drzwi, wszedł do środka, w tej chwili natychmiast się podniosłem i wycelowałem… Trzymałem go na muszce, zaskoczony cofną się kawałek w stronę wyjścia i wziął zamach trzymanym w ręce łomem… Wręcz automatycznie nacisnąłem na spust, kula wyleciała z lufy robiąc przy tym okropny huk który rozszedł się po całej okolicy.
Cel był blisko wiec siła wystrzału z potężnego magnum odrzuciła go przez otwarte drzwi poza budynek. Krew ochlapała futrynę, cześć drzwi oraz rozbryzgała się na teren za plecami teraz już trupa napastnika. Nie mógł tego przeżyć.
Chwila ciszy jaka nastała po strzale została przerwana przez czyjś krzyk, spostrzegłem wtedy drugie światło poruszające się szybko w moim kierunku od strony szkoły. Natychmiast wyszedłem z budynku, skoczyłem za róg i stanąłem plecami do ściany z podniesioną bronią, wstrzymałem oddech. A wiec było ich dwóch, serce waliło mi zastraszająco szybko, ze skroni i po policzkach spływały strużki potu a ręce trzęsły się.
Chyba zbliżył się i sprawdził truchło przyjaciela gdyż zaklną dość głośno, dał się słyszeć stukot upadającego na ziemie drewna więc musiał tez odrzucić pochodnię. Stałem zaledwie parę metrów od niego przyciśnięty do ściany, słyszałem jak głośno dyszy. Spróbowałem odejść trochę dalej , nadepnąłem na kawałek szkła które zachrupotało robiąc wyraźnie słyszalny w takiej ciszy hałas. Miałem nadzieję że tego nie usłyszał, myliłem się, wyskoczył zza ściany celując we mnie bronią. Odruchowo złapałem ja i wyrwałem, natychmiast poczułem silnego kopniaka w brzuch, przewróciłem się a jego bron upadła kawałek dalej. Popełnił błąd schylając się po nią… zdążyłem otrząsnąć się po ciosie i leżąc na ziemi wystrzeliłem trzy razy ze swojego rewolweru trzymanego ciągle w lewej ręce. Nie zdążył nawet jej podnieść. Mimo że nie za dobrze strzelałem lewą ręką, padł powalony celnymi strzałami.
Wstałem i splunąłem obok zakrwawionego trupa.

– Pieprzeni rabusie

W pobliżu nie było już najprawdopodobniej nikogo ale huk wystrzałów mógł kogoś ściągnąć. Przejrzałem ich rzeczy, szybko, trzęsącymi się rękami, jeden miał pistolet Colt, drugi zwykły Łom, parę kawałków suszonego mięsa, manierkę wody i zaledwie 50 $

– Przynajmniej będzie za co się napić.

Pośpiesznie zabrałem plecak z budynku, spakowałem do niego nowy nabytek i oddaliłem się w ciemności, musiałem szybko się schować i przeczekać do świtu. Przed odejściem przyjrzałem się zabitemu w drzwiach, miał najwyżej 16 lat, nie dziwiło mnie że tak łatwo dał się zaskoczyć, był jeszcze dzieckiem… ten drugi był to najprawdopodobniej jego ojciec…
Biedota i głód zmuszają ludzi do kradzieży a nawet do morderstwa żeby zdobyć jedzenie i wodę potrzebne do przeżycia następnego dnia. Dużo z tych ludzi po prostu umierało z głodu i pragnienia, lub od kuli albo noża napadniętego człowieka tak jak w tym przypadku. Takie już są pustkowia…
Przesiedziałem do rana w piwnicy domku po drugiej stronie ulicy oparty o ścianę . Gdy promienie światła zaczęły wpadać przez małe prawie niewidoczne okienko wyszedłem przez nie na zewnątrz. Dwa ciała powoli były przysypywane przez piach na którym widoczne były czerwone plamy. Obrałem kierunek w stronę Cold Water.

Gdy dotarłem na miejsce słonce powoli niknęło za widnokręgiem a jego ciepłe promienie coraz mniej ogrzewały jałową ziemie. Cold Water jak się okazało było małym miasteczkiem w którym ludzie żyli w miarę spokojnie, nieraz strażnicy jacy kręcili się z włóczniami i jednostrzałowymi muszkietami wokoło zabudowań musieli jedynie uporać się z mała grupką bandytów lub jakiś pustynnych stworzeń. Domki były tu zrobione z cegieł, prawie wszystkie nie miały więcej pięter niż parter i w każdym było po kilka okien przez które wpadały za dnia słoneczne promienie rozświetlając pomieszczenia wewnątrz. Teraz ludzie zasłaniali prowizoryczne zasłonki i wychodzili na zewnątrz aby rozpalić ogniska i przygotować kolacje dla swoich rodzin. Kilkoro bawiących się dzieci przestało hałasować i siadło wraz z rodzicami przy rozpalonych ogniskach. Kilku mężczyzn weszło do baru znajdującego się w centrum aby się rozerwać i zapewne upić. Podążyłem za nimi, przeważnie w barze można było zawsze znaleźć potrzebne informacje, a po za tym chciałem się napić i musiałem znaleźć miejsce do spania, nie miałem zamiaru nocować znów w jakiejś piwnicy jak podczas podróży.
Nad wejściem do baru wisiał zbity z desek szyld z napisem „Pod Szponem Śmierci” , niezła nazwa pomyślałem. Wszedłem przez skrzypiące drzwi. Po prawej stronie od wejścia był bar za którym krzątała się ładna barmanka, w środku pomieszczenia stały stoły przy których było kilka krzeseł na których można usiąść. Moją uwagę przykuło dziewięciu ludzi siedzących przy dwóch najdalszych stolikach, popijali trunek i o czymś rozmawiali, przerwali na chwile gdy wszedłem po czym zaczęli na nowo najprościej w świecie mnie olewając. Przy stolikach siedziało jeszcze parę osób, wyglądali na prostych mieszkańców tej miejscowości, byli zapewne stałymi bywalcami meliny. Podszedłem do baru, barmanka była w istocie śliczna, miała blond włosy spięte w kok i sukienkę ze skór złotych Gekonów odsłaniająca jej piękne nogi, mój wzrok przyciągnęły od razu jej ponętne biodra i krągły biust. Złapałem się na tym że patrzy na mnie a ja wciąż się na nią gapię, i to w miejsca w które nie powinienem. Musiałem coś powiedzieć.

– Cześć.

Odpowiedziała nieco zaskoczona.

– Cześć. Witam w barze „Pod Szponem Śmierci”. Co podać ?

Ach od razu przeszła do rzeczy. Zastanowiłem się chwile nad odpowiedzią.

– Nieczęsto spotyka się piękne kobiety na tych pustkowiach

Na jej policzkach wykwitł lekki rumieniec.

– Dziękuję. Co podać ?

Nieczęsto można było spotkać miłych ludzi, a ta kobieta wydawała mi się na pierwszy rzut oka naprawdę miła. Kiwnąłem głową w stronę dziewięciu siedzących w rogu.

– Co to za ludzie ?
– To najemnicy… pomagają w ochronie miasta.
– Wyglądają na niezłych zabijaków.
– Ostatnio zastrzelili na środku ulicy jednego ze swoich.
– Ze swoich ?
– Tak, podobno próbował okraść jednego z nich.
– Wiesz którego ?

Informacje mogły się przydać, mogłem je wykorzystać. To chyba o tych dziewięciu mówił Louis, musiałem z nimi pogadać…

– Chyba tego dużego, łysego z tatuażem na czole.
– Rozmawiałaś z nim kiedyś?
– Nie. Kiedy przychodzą żeby jak zwykle się upić podchodzi tu jeden z nich a cała reszta zajmuje miejsca przy ścianie z tyłu. Kilka razy gdy siedział tam jeden z innych klientów wyciągnęli go bez pytań siłą ze stolika, wywlekli przed bar i pobili do nieprzytomności

Musiałem rzeczywiście uważać gdy będę z nimi rozmawiał , byli agresywni i wyglądało na to że ludzie w okolicy raczej ich unikają.

– Musze z nimi pogadać… ale to później. Zapewne za wódka nie przepadasz ? Masz piwo ?
– Mam, ile podać ?
– Dwa proszę.

Dało się zauważyć wyraz lekkiego zdziwienia na jej twarzy na dźwięk słowa „proszę. Odwróciła się, ściągnęła z jednej z półek dwie butelki, położyła je na barze i otworzyła za pomocą prowizorycznego otwieracza.

– To będzie 6 $.

Zapłaciłem i podałem jej jedną z butelek.

– Trzymaj… Na mój koszt. A tak w ogóle nazywam się Max

Wzięła ode mnie piwo.

– Jestem Katie.
– Miło poznać.

Stuknęliśmy o swoje butelki i pociągnęliśmy po parę łyków.

Zanim dopiliśmy piwo zamieniłem z nią jeszcze kilka słów na temat miasta po czym podziękowałem za rozmowę i trunek, zostawiłem 5 $ napiwku, pożegnałem się i ruszyłem w stronę kąta gdzie siedzieli najemnicy. Gdy odchodziłem Katie obdarzyła mnie jeszcze spojrzeniem i miłym uśmiechem.
Było ich dziewięciu, wszyscy w skórzanych pancerzach, z karabinami Colt na plecach, nożem w kaburze przy kostce i pistoletami maszynowymi przy pasku. Wyglądali groźnie, kilkoro z nich nosiło wstrętnie wyglądające blizny na twarzach i dłoniach, przyjrzałem się nawet innemu który nie miał polowy lewej ręki, najbardziej zaciekawił mnie jeden. Był obcięty na łyso i wyraźnie wyróżniał się od innych dużą posturą a także tatuażem na czole. Był to jak się domyślałem znak jakim obdarzają każdego swojego członka łowcy niewolników, widziałem go na czołach kilku z nich podczas swoich wędrówek. Gdy podszedłem do ich stolika wszyscy zaprzestali rozmów i wlepili wzrok w moją osobę czekając aż coś powiem. W końcu jeden z nich się odezwał…

– Czego ?

Kilkoro złapało się za pistolety maszynowe, dwóch wstało i ściągnęło z pleców swoje karabiny.

– Panowie spokojnie… ja od wspólnego przyjaciela.
– Ta ? A któż to chwali się takimi znajomościami ?

Odbezpieczyli broń gdyż dał się słyszeć charakterystyczny trzask.

– Louis twierdzi że będziemy w stanie sobie pomóc.

Spojrzeli na siebie, jeden przeszedł w stronę innego stolika, zrzucił z krzesła jednego z klientów i podstawił je koło mnie. Zabezpieczyli broń i usiedli. Zauważyłem też że Katie za barem przestała nas obserwować i z ulgą wróciła do swojej pracy. Wtedy po raz pierwszy odezwał się łysy.

– Siadaj i mów czego chcesz.

Jego głos był twardy i stanowczy. Ten osobnik należał do tych na których trzeba w szczególności uważać, zapewne znał się na swojej robocie. Podsunąłem krzesło pod stół, usiadłem i zawołałem barmankę. Podeszła do nas, wyraźnie widziałem jej przerażenie i niepewność.

– Tak ?
– Piwo dla wszystkich proszę… No i jeszcze 2 butelki wódki i parę szklanek.

Uśmiechnąłem się do niej mając nadzieje ze nieco się uspokoi.

– Oczywiście… Zaraz podam.
– O co chodzi ? Czego Louis przysyła ciebie do nas ? Czego chcesz ?

Łysy podnosił głos z każdym słowem… Był wyraźnie zdenerwowany.

– Podobno wisicie mu jakąś przysługę.

Reszta ciągle siedziała cicho i spoglądała na mnie. Łysy zdawał się być ich przywódcą .

– Możliwe. Co tobie do tego ?
– Nie wnikam jak zaznajomił się z waszą bandą i co dla was zrobił. W gruncie w o gule mnie to nie obchodzi. Po prostu potrzebuje waszej pomocy i karze udać się wam wraz ze mną do Green Wood.
Mamy tam, że tak powiem pewne problemy wymagające zastosowania bardziej brutalnych metod.

Kilkoro z nich uśmiechnęło się pod nosem. Łysy wstał.

– Powinniśmy teraz chłopaki wywlec go z tond i skopać mu dupę !

Odepchnął stół i odrzucił swoje krzesło. Teraz dopiero wyglądał na człowieka imponującej postury. Gdyby nie wtrąciło się kilku innych najemników chyba rzeczywiście wywalili by mnie na zewnątrz.

– Powinniśmy chyba ze względu na stare czasy zrobić o co prosi Louis i ten typ.
– Racja szefie.

Łysy najemnik spojrzał na mnie z pogardą, podniósł krzesło i usiadł. Było niebezpiecznie ale się uspokoiło. Odetchnąłem z ulga bo Katie przyniosła właśnie na tacy zamówione trunki. Nawet nie poprosiła o zapłatę, najwyraźniej bała się dalej, postanowiłem zapłacić jej później.

– Na mój koszt panowie.

Podałem wszystkim piwo i nalałem wódki do szklanek. Musiałem im wyjaśnić dokąd mają się ze mną udać.

– A więc czeka na nas Green Wood. Możemy wyruszyć jutro rano.

Pokiwali zgodnie głowami i wypili wódkę ze szklanek popijając ją piwem. Jedynie łysy nawet się nie poruszył i nie tkną alkoholu. Wypiłem swoja porcje, wziąłem piwo i wstałem.

– Jutro rano pod barem. Wyruszamy o świcie.

Powoli oddaliłem się od najemników w kierunku baru. Gdy już byłem pod barem westchnąłem z ulga.

– Było groźnie… Ile się należy ?
– 50 $
– Proszę i dzięki za obsługę, musiałaś się naprawdę bać.
– Serce podeszło mi do gardła… Wiesz co oni mogli mi zrobić ?
– Przepraszam… Domyślam się… Ale nie pozwolił bym im Cię skrzywdzić.

Nic nie odpowiedziała.

– Można tu gdzieś spędzić noc ?
– Po drugiej stronie miasta jest Hotel.
– Dzięki. Mam nadzieje że jeszcze się spotkamy Katie. Cześć.
– Cześć Max.

Wyszedłem z baru oglądając się jeszcze na Katie i udałem się na drugą stronę miasta.
Przeszedłem kawałek i znalazłem się przed hotelem, miasteczko było większe od przeciętnych wiosek lecz i tak nie było za duże. Miejsce nazwane hotelem stanowił dość porządny jednopiętrowy dom z paroma oknami w nadzwyczaj dobrym stanie, nawet były w nich najprawdziwsze szklane szyby. Wszedłem do środka, wynająłem pokój na piętrze i od razu się do niego udałem. Jak na sumę 20 $ za noc było tu bardzo porządnie, zero szczurów i innego robactwa, nawet ktoś starał się co jakiś czas wycierać kurze. Zostawiłem swoje rzeczy koło dwuosobowego łóżka, przysiadłem na chwile na fotelu pod oknem i kończąc piwo zabrane z baru obserwowałem co dzieje się w mieście. W końcu przysnąłem.
Kiedy się obudziłem było już ciemno, reszta piwa jakie zostało w butelce gdy zasnąłem wylała się na podłogę kiedy butelka wypadła mi z ręki. Wstałem, przetarłem butem podłogę, wziąłem swój pistolet magnum z pełnym magazynkiem i wsadziłem go za pasek. Tak wyszedłem jeszcze raz do baru zamykając za sobą drzwi na klucz.
Na ulicach było już pusto, nawet strażnicy już nie patrolowali okolicy. Trochę się wściekłem że nie kupiłem więcej alkoholu który mógłbym wziąć ze sobą bo bar jak się okazało był już zamknięty. Pocieszyłem się myślą że i tak nie mógłbym dużo kupić za 15$ jakie zostały mi w kieszeni. Nie mając co ze sobą zrobić siadłem na ławkę usytuowaną przed hotelem.
Po paru minutach zauważyłem jak ktoś ucieka przed dwoma mężczyznami. Nie miałem co robić więc ruszyłem za nimi sprawdzić co się będzie działo. Pewnie jakiś pijak przegrał zakład i teraz nie miał czym zapłacić więc wziął nogi za pas.
Przystanęli w zaułku za następnym domem, oparłem się o ścianę i wychyliłem za róg aby ich poobserwować i jak miałem nadzieje trochę się pośmiać z dłużnika okładanego pięściami.
Moje zdziwienie było ogromne, zalała mnie fala wściekłości, to nie był żaden pijak który przegrał zakład lecz Katie do której próbowało się dobrać dwóch osiłków. Jeden złapał ją z tył i próbował zerwać z niej ubrania, drugi widząc ze ma z tym problemy bo dziewczyna broni się ze wszystkich sił zamachną się na nią rękom. Natychmiast chwyciłem za broń i wyskoczyłem zza rogu. Wymierzyłem i bez zbędnych ostrzeżeń nacisnąłem na spust.

Huk… wrzask…

Oberwał w plecy i padł na ziemię wijąc się przez chwilę. Drugi oszołomiony zasłonił się dziewczyną i złapał ja za szyje próbując w razie czego udusić.

– Puść ją albo podzielisz los kolegi !

Stał z nią tak dalej, Katie patrzyła się raz na mnie raz na zakrwawionego trupa przed sobą a ja ciągle mierzyłem w kierunku drugiego napastnika.

– Ogłuchłeś ? Puść ją i spadaj albo dołączysz do kumpla !

Powoli zacząłem iść w ich stronę… Trząsł się jak osika trzymając ją i nie wiedząc co zrobić, patrzał na mnie z przerażeniem.

– Mowie ostatni raz puść ją i spierdalaj !

Akcent z jakim wypowiedziałem ostatnie słowo najwyraźniej go przekonał, puścił dziewczynę i z rekami na widoku zaczął iść w moją stronę trzymając się blisko ściany. Ciągle jeszcze w niego mierzyłem. W końcu był już za mną, obrócił się i zwiał. Natychmiast podbiegłem do Katie stojącej nad ciałem bandyty.

– Katie musimy stąd wiać. I to szybko, zaraz zlecą się strażnicy.

Nawet nie miałem czasu na przeszukanie zwłok, strażnicy i ludzie obudzeni hukiem wystrzału na pewno zaraz się tu zjawią. Zresztą co taki śmieć mógł mieć przy sobie, wziąłem Katie za rękę i pociągnąłem za sobą.
Szliśmy szybkim krokiem, może nawet biegliśmy, w końcu stanęliśmy przed Hotelem. Katie wciąż była w szoku i nie mogła się odezwać, schowałem za pasek magnum który ciągle jeszcze ściskałem w ręce i wprowadziłem ją do środka. Przy wejściu nikogo nie było, szybko weszliśmy po schodach na górę, otworzyłem pokój, wszedłem z nią do środka i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Stanęła chyba w pobliżu łóżka, nie widziałem dokładnie, w pokoju nie było światła ani świec więc panował mrok rozpraszany lekko światłem księżyca wpadającym przez okno. Wyglądałem przez nie czy aby ktoś nas nie spostrzegł i nie poszedł za nami…

– W porządku… Najlepiej by było jakbyś spędziła tu dzisiaj noc. Ja będę spał na fotelu… Łóżko jest twoje.

Siadłem na fotelu, wyciągnąłem broń i położyłem na parapecie, Katie bez słowa wgrzebała się pod kołdrę i trochę tak leżała, po jakimś czasie pewnie zasnęła. Siedząc obserwowałem miasteczko przez okno . Nic się nie działo, w pewnym momencie zobaczyłem jedynie w oddali postać odzianą w płaszcz z kapturem nasuniętym na głowę. Stała przez chwile i spoglądała jak mi się zdawała w kierunku hotelu, prosto w stronę okna przez które spoglądałem. Wydało mi się to trochę dziwne ale wziąłem to za przypadek. Minęło parę minut i postać odeszła w przeciwny kierunku. Pewnie jakiś szukający spokoju w modlitwie mnich – pomyślałem. Raczej mu się to nie uda, za jakiś czas próbując kogoś pouczać o dobrze i sprawiedliwości podzieli pewnie los zastrzelonego przeze mnie osiłka. Zastanowiłem się chwile nad dzisiejszymi wypadkami i życiem na tym pustkowiu, pomyślałem jeszcze o śpiącej obok Katie i w końcu także zmorzył mnie sen.
Obudziłem się wcześnie rano, a właściwie obudziła mnie Katie. Gdyby nie ona pewnie spał bym do późna a miałem przecież dziś spotkać się z najemnikami pod barem i ruszyć do Green Wood. Nie miałem zapasów a byłem już prawie spóźniony. Odezwała się nareszcie.

– Dziękuje za wczoraj. Sama bym sobie nie poradziła. Jak byś nie pojawił się w porę.
– Na szczęście byłem w pobliżu i wszystko skończyło się na stracie jednego naboju i trochę zniszczonych ubraniach.

Uśmiechnąłem się dokładając do magazynka jeden nabój.

– Będę musiał się zbierać. Wyruszam zaraz do Green Wood a nawet nie mam zapasów na drogę.
– Mam trochę jedzenia i parę manierek wody w domu. Powinny ci wystarczyć. Przynajmniej tyle mogę ci dać za pomoc.
– Normalnie bym tego nie przyjął ale ratujesz mi teraz tyłek. Był bym wdzięczny.
– Chodźmy do mnie.

Wziąłem swoje rzeczy, ogarnąłem pokój i wyszliśmy na zewnątrz. Po drodze oddałem właścicielce klucz do pokoju. Szliśmy rozmawiając o pracy i życiu Katie, pracowała w barze jako Barmanka ale nie była jego właścicielką, bar należał do kupca który raz do roku przyjeżdżał i sprawdzał czy wszystko w porządku. Od urodzenia mieszkała razem z matką w budynku, w środku miasta, jej ojciec gdy miała 15 lat wyruszył na polowanie na Gekony , wielkie zmutowane jaszczurki, i już nie wrócił. Obecnie miała 21 lat i nie miała nikogo oprócz matki. Jej życie było ciągła rutyną, rano praca w barze, wieczorem pomaganie matce w domu i czytanie książek. Opowiedziałem jej też nieco o sobie, choć nie było tego zbyt dużo. Byłem od niej o 4 lata starszy i żyłem ze znalezionych na pustkowiach przedmiotów, podróżowałem z miasta do miasta żyjąc z dnia na dzień, w sumie to za dobrze mi się nie wiodło ale nie mogłem narzekać. Powiedziałem jej o sprawie bandytów którą próbowałem załatwić i o przedwojennych schronach przeciwatomowych jakich poszukiwałem. Była trochę zawiedziona że już kilka znalazłem ale nic ciekawego w nich nie było lecz na jej twarzy wymalował się zachwyt, żyjąc ciągle w Cold Water pomiędzy nic niewiedzącą społecznością słyszała o tym wszystkim po raz pierwszy. Wspaniale nam się rozmawiało i poczułem charakterystyczne uczucie, pragnąłem tu jeszcze kiedyś wrócić…
Naszą rozmowę przerwał ów mnich jakiego widziałem w nocy, przeszedł koło mnie jakby nawet nas nie zauważając, powiał od niego zimny chłód, mimo swojego stroju wcale nie wyglądał na mnicha. Wymieniłem z Katie porozumiewające spojrzenia i poszliśmy dalej.
Przed jej domem znajdował się ogródek w którym przywitała ją jej matka niemogąca spać gdy córki nie było w nocy w domu , natychmiast mnie jej przedstawiła i opowiedziała o wczorajszym wypadku, co nie co o mnie i o tym jak mnie poznała. Dom wyglądał na zadbany a w ogródku stała ławka dość porządnie zbita z desek, jak się dowiedziałem jeszcze przez jej ojca, rosła tu też kukurydza i jakieś dziwne zielone owoce przystosowane do panujących warunków. Zapakowałem obiecane mi zapasy, pożegnałem się i obiecałem że wrócę jak będzie po wszystkim. Dowiedziałem się jeszcze że jestem wspaniałym facetem jakich rzadko się spotyka i że będzie tęsknić. Rzuciłem jeszcze jakiś komplement za który dostałem całusa w policzek i oddaliłem się w kierunku baru odwracając się kilka razy za siebie, Katie i jej matka machały mi. Zadowolony powoli szedłem przed siebie.

Spotkać takich ludzi na pustkowiach to cud, zyskałem dobra znajomą i przyjaciółkę a może w przyszłości i kogoś więcej, musiałem tylko tu jeszcze wrócić.

Pod barem stali już wszyscy i czekali tylko na mnie, kilku opierało się o ścianę a reszta albo siedziała, albo chodziła w kółko żując w ustach jakieś patyki. Wszyscy wyglądali na zniecierpliwionych, a w szczególności ich łysy przywódca. Gdy się zbliżałem spojrzał tylko na mnie i burknął oschle do reszty…

– Wstawać kurwa… Dupy w troki i ruszamy.

Poprawili ekwipunek i pozakładali swoje plecaki.
Wyruszyłem tak z nimi z powrotem do Green Wood. Do południa szliśmy w milczeniu, nieraz jedynie ktoś coś zagadał ale kończyło się zawsze jedynie krótką wymianą zdań. W pewnym momencie gdy trochę zwolniłem kroku i zacząłem zostawać w tyle podszedł do mnie jeden najemnik.

– Czego chcecie od nas z tym starym skurczy synem Louisem ?

Zdziwiła mnie nagła próba nawiązania rozmowy przez najemnika więc chwile szedłem w milczeniu gapiąc się przed siebie.

– Mamy pewien problem z pewną bandą dość niemiłych ludzi. I trzeba to rozwiązać w dość niedyplomatyczny sposób.

Zaśmiał się…

– No tak do czego innego byście potrzebowali najemników jak nie do nauczenia manier kilku zawszonych bandytów. Jackie jestem.
– Max

Uścisnęliśmy sobie ręce.

– W jakiej norze się te ścierwa kryją ?
– Nie nazwał bym tego norą, mają obóz parę godzin drogi od Green Wood.
– Czuje że szykuje się niezła zadyma. Dużo ich tam ?
– No paru będzie. Jak nic ponad trzydziestu.
– Łatwo nie będzie.

Szliśmy tak trochę czasu rozmawiając o tym i owym aż w końcu zaufałem temu najemnikowi i rozmawiało nam się całkiem przyjemnie umilając drogę. Dowiedziałem się przy okazji co nieco o ich łysym przywódcy , najemnik jakiego sprzątną za kradzież był najlepszym kolegą Jackiego i nie był on zadowolony ze śmierci kompana. Najemnik opowiadał Jackiemu o swoich problemach jakie miał z Doylem, Jackie twierdził że łysy tak ma właśnie na imię, a przynajmniej wszyscy go tak nazywają jeśli nie mówią do niego szefie, i z powodu że nie przepadali za sobą to go po prostu sprzątnął i wymyślił bajeczkę z kradzieżą.
Tak jak podejrzewałem od momentu gdy poznałem tego całego Doyla nie można było mu ufać, dla własnego zysku w każdej chwili mógł odwrócić się ode mnie, od Louisa a nawet swoich ludzi i sprzedać każdemu kulkę w plecy.

Po chwili zastanowienia ponownie wdałem się w rozmowę z Jackim.

Gdy zrobiło się ciemno rozbiliśmy obóz w pobliżu zniszczonego miasteczka gdzie w czasie podróży do Cold Water nocowałem. Najemnicy rozpalili ognisko i rozłożyli się na materacach po jego północnej stronie, nikt nawet nie pomyślał żeby stanąć na warcie, ale co się dziwić pewnie mieli inne plany a tu wyskoczyłem im nagle ja z zaległą przysługą i spieprzyłem je. Wyglądało na to że nie zmrużę dzisiaj oka…

Położyłem swój plecak opierając go o kamień aby służył mi jako materac a przynajmniej podparcie i gdy miałem siadać podszedł do mnie Jacki.

– Masz mój materac i się prześpij. Ja stanę na warcie, za parę godzin się zmienimy.
– Dzięki ale nie trzeba, idź do swoich. Ja was w to wciągnąłem więc będę trzymał warte.
– Jacy oni moi. Mój kumpel zginą a trzymałem się jedynie z nim…

Już chciałem coś powiedzieć i sprzeciwić się Jackiemu ale nawet nie dał mi dojść do słowa.

– Nie musisz się obawiać nie ufam im od tamtego czasu i wiem że skurwiele mogli by cie po
prostu we śnie zajebać i pójść w swoją stronę. Nic nie gadaj tylko jebnij się po prostu spać…
– Wygrałeś… Obudź mnie za parę godzin.
– Niema sprawy.

Rzucił mi materac a sam zdjął z pleców karabin myśliwski i staną na warcie. Rozłożyłem go i walnąłem się spać . Chwile zanim zasnąłem spoglądałem jeszcze na najemnika i przelotnie pomyślałem o Katie, potem zmorzył mnie sen.

– Pobudka !! Było miło ale się skończyło !

Otworzyłem oczy i spojrzałem w górę. Jacki stał nade mną i wrzeszczał mi do ucha.

– C… c.. Co ?
– Wstawaj kolej na ciebie, trochę ci się pospało i przestałem połowę twojej warty.

Powoli przejrzałem na oczy, Jacki ciągle coś do mnie wrzeszczał. Kiedy już co nie co do mnie dotarło przypomniało mi się że miałem zastąpić go na warcie.

– No stary stał bym tu i dłużej ale też muszę trochu przekimać.
– Trzeba było mnie zbudzić wcześniej, już prawie świta…
– Tak słodko spałeś że szkoda by było cie budzić.
– Co ty pieprzysz ?
– Nic nic … tak sobie żartuje. Idę spać a ty tu pilnuj żeby mi co dupy nie odgryzło.

Jacki bez ani jednego słowa więcej padł na materac i niemal od razu zaczął głośno chrapać.
Siadłem na kamieniu i dołożyłem trochę śmieci do ogniska które ciągle się jeszcze paliło, najwyraźniej cały czas dokładał do ognia. Wszyscy jeszcze spali więc urządziłem sobie małe śniadanie z zapasów jakie dostałem od Katie . Oparłszy się o kamień nasłuchiwałem czy aby ktoś lub coś się nie zbliża, miałem nadzieje że wszyscy szybko się obudzą i będziemy mogli ruszać w dalszą drogę.

Wreszcie wszyscy powstawali i tylko Jackiego trzeba było budzić.

– Wypierdalać ! Śpię kurwa !

Jacki wydarł się tak głośno że pobudził pewnie mieszkańców w najbliższej zaludnionej Krypcie.

– Wstawaj musimy ruszać.

Nie chciałem go budzić, przestał w końcu połowę mojej warty i też zasłużył na sen. Nie było wyjścia.

– Ja trzymam za ciebie warte a ty mi się wyspać nawet kurwa nie dasz…

Ciągle się na mnie wydzierał.

– No niestety musimy ruszać , jeszcze se odeśpisz.
– Ta jasne… w piachu kurwa…
– Nie przesadzaj… ruszajmy.

Jakoś się pozbierał i ruszyliśmy dalej. Okazało się że Jacki potrafi nieźle narzekać jak się porządnie nie wyśpi i po paru godzinach jego gadka zaczęła mnie już wkurwiać.

– Aby być w pełnej formie muszę kurwa spać ! Sen ! Rozumiesz co to znaczy ?

Gdy tak mi wrzeszczał idąc obok Doyl nie wytrzymał.

– Tak kurwa ! Wszyscy tu rozumieją co to znaczy a teraz zamknij ryj albo wypierdalaj !

Drgały mu policzki i na czole wyszły żyły, wydarł się tak głośno że było go słychać w promieniu paru kilometrów ale wszyscy do końca podróży nie odezwali się już ani słowem.

Green Wood nareszcie, Louis i pozostałych dziesięcioro strażników czekali gotowi do ataku tuż przy wejściu do wioski, każdy miał na plecach karabiny, pistolety przy pasku i niemal takie same jak mój pancerze skórzane w niewiele lepszym stanie. Louis gdy tylko nas zauważył zamachał rękom i ruszył nam na spotkanie. Jego strój składał się z tego samego co wszystkich strażników i jedynie na głowie miał stary wojskowy hełm w którym z daleka wyglądał dość śmiesznie.

– Max ! Max !

Z daleka dało się słyszeć jego wołanie.

– Nareszcie ! Widzę że ci się udało !
– Tak jakoś ich przekonałem. To o nich ci chodziło ?
– Tak zajebiście że się zgodzili teraz bandziorki będą mieli przejebane !
– Nie zapominaj że mają nadal przewagę liczebną.
– Spokojnie jak będziemy na miejscu przyjrzymy się wszystkiemu dokładnie i obmyślimy
jakiś plan.

Podeszła do nas reszta najemników z Doylem na czele, niebyli specjalnie zadowoleni z widoku Louisa ale zdawali się darzyć go szacunkiem. No może oprócz łysego który wyglądał ciągle na takiego co się może w każdej chwili się na ciebie rzucić, a teraz wyglądało to tak jakby miał to zrobić właśnie na Louisie.

– Louis jak miło nam cie widzieć. Żeby nie było żadnych nieścisłości mówię od razu że przybyłem tu z chłopakami ze względy na stare czasy. I gdyby nie oni od razu zajebał bym tego padalca którego przysłałeś. Niespecjalnie nam się uśmiecha ta robota więc zaraz jak ją skończymy zjeżdżamy w swoim kierunku.

Padalec ? Nie będziemy się lubić z tym gościem, stwierdziłem stanowczo przysłuchując się rozmowie. Miałem ochotę sięgnąć po Magnum. I gdybym to zrobił chyba ktoś by tu rzeczywiście wyglądał jak padalec. Powstrzymałem się bo Louis odpowiedział spokojnym głosem. Najwyraźniej wiedział jak z Doylem postępować.

– Wiem, nie spodziewałem się niczego innego. Macie okazję się zrewanżować za tamte lata jakie spędziliśmy razem… I dzięki że to robicie…

– Za nic mi kurwa nie dziękuj, ani ja nie przepadam za tobą a ni ty za mną i najchętniej
wpakował bym ci kulę w łeb.
– Masz pieprzoną racje Doyl. Posłałem po was bo nie miałem wyboru i mam nadzieje że jak załatwimy co trzeba nie będę musiał więcej oglądać twojej szpetnej mordy.

Chyba jednak pomyliłem się co do tego że wie jak z nim postępować. Liczył chyba na to że obejdzie się bez takich kłótni. Niestety nie wyszło.

– Dobrze że się rozumiemy, jak będziemy ruszać niech twój przydupas da znać jednemu z
moich ludzi.

Spojrzał na mnie i na Louisa i poszedł do swoich ludzi warcząc coś do nich. Wyraźnie nie uśmiechał mu się widok byłego szefa, najwidoczniej z jakiegoś powodu nie przepadali za sobą. A to w połączeniu z „Przydupasem”, „Padalcem” i całą resztą rzeczy jakie o nim wiedziałem dawało coraz więcej powodów na to że niemożna mu ufać i najlepiej sięgnąć po Magnum.

Oddaliliśmy się z Louisem w stronę jego domku gdzie czekali na nas strażnicy.

– Świetnie że ich sprowadziłeś…
– Doyl się z tego zbytnio nie cieszy.
– Doyl to skurwiel jakich mało ale musiał dostosować się do decyzji swoich ludzi. Bo zakładam że jakby nie oni to nie przybyli by tu z tobą a jedynie zostawili twojego trupa na ulicy w Cold Water.
– Faktycznie. Chyba jest w tym trochę racji. Doyl jest tu tylko za ich sprawą. Gdyby nie wtrącili się do rozmowy doszło by do rozlewu krwi, i to najprawdopodobniej mojej krwi. Skąd ty w ogóle ich znasz ?
– Stare czasy… kiedyś byłem przywódcą tej bandy. Dowodziłem prawie wszystkimi z nich oprócz trzech nowych których nawet nie znam. I niejednokrotnie uratowałem tych szczeniaków od śmierci więc mają powody aby się mi odwdzięczyć.
– A Doyl ? Wyraźnie za tobą nie przepada.
– Doyl to zupełnie inna historia, dołączył do naszej grupy rok przed moim rozstaniem z nimi i od razu zaczął dążyć do przywództwa nad wszystkimi. Był wyjątkowo arogancki i wszystko chciał rozwiązywać za pomocą broni. Gdy stwierdził że ktoś mu się nie podoba to najlepiej wpakował by mu kulkę w łeb i jedynie ja go od tego powstrzymywałem. Przez co mnie oczywiście nienawidził, twierdził że jestem zbyt miękki do tego fachu.
– To dlaczego go po prostu nie wywaliłeś z drużyny ?
– TO nie było takie proste. Był niedościgniony jeśli chodzi o walkę, zarówno na pięści jak i za pomocą broni palnej. Był też najlepszy w ekipie i spodobał się reszcie przez co nie mogłem go wyrzucić. Kilku ludziom uratował nawet życie przez co jeszcze bardziej go cenili. Wracając do opowieści. Wiodło nam się dobrze dopóki reszta nie zaczęła nadto pochwalać jego metod. Zaczęli zabijać zwykłych ludzi jeśli im wleźli w drogę. Nie pochwalałem tego nigdy, mogłem być najemnikiem lecz przestrzegałem jakiś zasad. Nie kończyłem życia każdego niewinnego i nie rabowałem wszystkiego po kolei. Pewnego dnia wykonaliśmy zadanie dla Burmistrza małej wioski. Miał nam zapłacić 2000 za zlikwidowanie bandytów ale okazało się że ma zaledwie niecały 1000 i chłopaką się to nie spodobało więc Doyl kazał wpakować mu kulkę. Rozstrzelali go bez względu na to że próbowałem ich powstrzymać. Tamtego właśnie dnia odeszłam a Doyl staną na ich czele.
– I tylko z tego powodu cie tak nienawidzi ?
– Próbowałem go powstrzymać przed zabiciem Burmistrza i przystawiłem mu nóż do gardła. Spojrzał na mnie i kazał strzelać… Nigdy nie zapomnę jaki miał wtedy wyraz twarzy. Wyraz nieopanowanej wściekłości…
– Miałeś dobre serce jak na najemnika… Nie żałujesz że to zostawiłeś ?
– Nie… Cieszę się że ich wtedy opuściłem. To przestała być robota dla mnie.
– Utwierdziłeś mnie w przekonaniu że Doylowi nie można ufać. Powinniśmy na niego uważać…
– Masz racje, ale mam nadzieje że zrobi swoje i zabierze swoich ludzi daleko stąd.
– Oby nam czegoś nie spieprzył. Przygotowałeś wszystko ?
– Tak możemy ruszać w każdej chwili… A i w środku czeka na ciebie nowy Skórzany Pancerz i Karabin Myśliwski.

W chwili gdy kończyliśmy naszą rozmowę akurat dotarliśmy do domu Louisa. W środku na jego łóżku leżał Karabin Colt Rangmaster i Pancerz Skórzany wzmocniony dodatkową warstwą skóry bramina. Louis wyszedł a ja zacząłem się rozbierać i przyodziewać nowy ekwipunek.
Po chwili stanąłem gotowy na zewnątrz… Louis stał opierając się o ścianę, uśmiechał się.

– Panowie zbieramy się ! Wszyscy do mnie !

Strażnicy od razu na dźwięk jego słów podnieśli swój sprzęt, założyli plecaki i zbliżyli się do nas. Doyl wydał rozkaz najemnikom i po chwili też wymieszali się z resztą a o on sam dołączył do mnie i Louisa stojących obok siebie. Jego umięśniona sylwetka wydawała się większa od nas dwóch razem wziętych.

– Panowie !

Zaryczał Louis.

– Nadszedł czas aby zajebać tych skurwysynów co na wioski niewinnych ludzi napadają !

Wszyscy oprócz najemników zgodnie pokiwali głowami.

– Nie mamy na razie żadnego planu. Po prostu idziemy w stronę obozu wroga a gdy będziemy na miejscu zastanowimy się co dalej. Czy wszyscy są pewnie że zamierzają walczyć ? Od razu mówię że mięczaków i pieprzonych maminsynków nie potrzebujemy ! Jeśli ktoś ma zamiar srać w majty w środku walki to niech z tond dupy nawet nie rusza !

Nikt nie odezwał się nawet słowem, jedynie najemnicy uśmiechnęli się pod nosem, widocznie znali już takie przemówienia Louisa.

– Dobra panowie co tu dużo gadać. Szczegóły omówimy jak powiedziałem na miejscu. Ruszajmy !

CDN….

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.