We are going down!

Autor: pNk

>>>RESTORING DATA…
>>>LOADING…
>>>LOADING…

>>>>>>DATA RESTORED
>>>>>>-Panowie, wdepnęliśmy w niezłą kabałę- z głośnika wydobył się niski, przerywany
>>>przez trzaski głos- Jak już, zapewne wiecie, obiekty z próbówek zniknęły. Cały blok D
>>>został zamknięty, do chwili w której okazy się znajdą. Czy to jasne?
>>>Zapadła cisza, przerywana tylko nieznacznymi trzaskami
>>>-Doskonale- głos ciągnął dalej – Żadna ze znajdujących się tu osób nie jest
>>>podejrzana, ponieważ dokładnie sprawdziliśmy nasz system i żadne z was nie
>>>znajdowało się w Bloku D w momencie zniknięcia obiektów- nastąpiła krótka przerwa,
>>>poczym głos ciągnął dalej – Zostały podjęte pewne działania dotyczące osoby doktora
>>>Mavericka. Za jakąś godzinę zostanie przesłuchany. Wszyscy wiemy, że od jakiegoś
>>>czasu zachowywał się dosyć dziwnie. Pozostali oskarżeni, zostaną sprawdzeni, w
>>>późniejszym czasie, niezależnie od tego co pan Maverick nam powie.
>>>Z głośnika rozległ się miękki kobiecy głos – Ale po co tu jesteśmy, bracie, jaki jest cel
>>>tego spotkania, skoro masz już głównego oskarżonego.
>>>- Cóż siostro, obawiam się, iż nawet gdy dowiemy się kto to zrobił, kto wypuścił
>>>okazy z próbówek, nie będzie wiedział gdzie one się znajdują. Siostro, proszę was o to,
>>>abyście te okazy znaleźli. I miejmy nadzieję, że nie przedostały się do pozostałych
>>>bloków.
>>>>>>END TRANSMISION
>>> Mark jeszcze przez chwile wpatrywał się w swojego PIPboya. Tylko Mark dostał PIPboya. Był to przenośny komputer gabarytów zegarka, lekko podniszczony z duzym, dwu calowym wyświetlaczem. Na wyświetlaczu widniało słowo „END”. Mark po chwili spojrzał na swoich przyjaciół. Mięśnie twarzy Heada nie poruszyły się w ogóle za to Thinnemu szczena opadłaby do ziemi gdyby nie kości szczęki.
Trzej mężczyźni siedzieli przy malutkim ognisku, zapadał zmrok, wiatr wył jak opętany. Siedzieli pod sporą skałą osłaniając się przed nieubłaganym wiatrem. Cienie skakały po kamieniach jak szalone.
Head prawie szeptem powiedział – Twoja jaszczurka prawie się zjarała.
Mark pospiesznie zdjął, wcześniej upolowaną jaszczurkę z rożna i niepewnym głosem rzekł
– Lubię bardziej przypieczone… – spuścił wzrok z Heada na swą jaszczurkę, bo wiedział, że na gierki słowne nie ma z nim szans. -Szczególnie kiedy najzajebistrza rzecz w tych stworzeniach jakimi są oczy, są teraz dwoma ohydnymi kawałeczkami węgla, co?
Thin postanowił przerwać przedłużającą się ciszę – Ten nieszczęśnik, przy którym znaleźliśmy taśme, mówi nam, że raczej „Okazy” wydostały się na zewnątrz.. Proponuje zatem włączyć wykrywacz ruchu na noc i postawić warty. Nie zamierzamy tam wchodzić prawda? – Ostatni słowa były niemal błaganiem
Mark posmutniawszy lekko rzekł – Wiesz dobrze, ze po to tu jesteśmy Thinny. Z resztą, owego nieszczęśnika zabić mogło cokolwiek, Szpon albo jakiś gekon.
– Sam nie wierzysz w to co mówisz, Mark- rzucił Head bez nadziei w głosie
– Masz racje Head, masz racje…

Thin, choć jeszcze trochę panikował przed snem zasnął. Po chwili Mark odezwał się
– Head, wiesz… Wiem ze nasza krypta nie została jeszcze oficjalnie otwarta, ale jak myślisz, ile jeszcze mieszkańcy będą dawać się oszukiwać Przewodniczącemu, że tu na górze nie da się żyć?- Mark spojrzał na swego kompana i zaczął grzebać po kieszeniach.
– Cóż Mark, nie wiem, ale mam pewien plan. Trzeba dać ludziom do zrozumienia, ze Zarządca nas… ich oszukuje. Nie zamierzam milczeć wiecznie. Ale zajmijmy się sprawami bieżącymi. Jak zamierzasz tam wejść Mark. Sprawdziliśmy już główne wejście. Wiesz o tym, że Krypty mają dwa, prawda?
– Owszem wiem, zastanawiam się nad możliwościami jakie nam zostały. Nie ma ich wiele wiesz Head?
– Domyślam się- widząc, że Mark nie przestał grzebać po kieszeniach, Head wyciągnął paczkę papierosów i podał Markowi jednego
– Dzięki… masz ognia? Dzięki…- Wypuszczając dym Mark odezwał się – Strasznie mnie wkurwia to ze nie możemy opowiadać mieszkańcom jak tu jest, na górze, wiesz?
– Wiem, i podzielam to uczucie.
– Zróbmy coś z tym, co o tym myślisz Head?
– Zrobimy, mówiłem Ci, ze mam plan, ale najpierw mamy coś innego na głowie, pamiętasz? Co o tym myślisz..?- Usta Head’a wygięły się w delikatny uśmieszek
– Już nie bądź takim skurwysynem, przecież wiesz co o tym myślę… Wejdziemy drugim wejściem, znajdziemy nagrania, bo wątpię ze tam ktoś jeszcze żyje i wracamy do Krypty. Proste.
– To się okaże Mark, to się jeszcze okaże…

Nad ranem, gdy Thin się przebudził, najpierw coś pomamrotał do siebie, potem szeroko otworzył oczy i spojrzał na towarzyszy. Widząc jak wszyscy spią uspokoił się. Head jak zwykle spał na siedząco, Z jego szerokich bojówek wystawał długi nóż, a w ręce dzierżył sfatygowanego czarnego Desert’a. Mark wydawał się spać jak zabity, ale Thin widział, ze tak nie jest. Lewa ręka Marka schowana była od łokcia pod jego głową. Thin widział co się tam kryje, obrzyn jakich mało. Mark był dobrze zbudowanym mężczyzną odzianym w kamizelkę kuloodporną, identyczną jaką nosił sam Thin. Head nosił tylko bluzę, mówił, że kamizelka zbyt mocno krępuje mu ruchy. Thinny na początku pomyślał, że Head jest chory na zaawansowany kretynizm, jednak po zobaczeniu jak Head wywija się ostrzom noży i mieczy przeciwników, Thin zrozumiał. Sam Thinny był strasznie chudy, stąd jego ksywka. Miał kałasznikowa i nawet umiał z niego strzelać. Nigdy jednak nikogo nie zabił, nie licząc kilku przerośniętych skorpionów. Wrócił pamięcią do momentu kiedy został wezwany przez Zarządce do Sali #1. Byli tam tez Head i Mark. I Johnson. Thin westchnął w duchu. Kiedy to było? Jakieś pół roku temu?
Gdy upewnił się, że wszystko w porządku, zaczął sprawdzać wykrywacz ruchu.
Wszedł w aplikacje, aby obejrzeć aktywność otoczenia kiedy spał na swojej warcie.

>>>RESTORING DATA
>>>DATA RESTORED

>>>0437: humanoid, 15m
>>>0437: humanoid, 10m
>>>0437: humanoid, 5m
>>>0448: humanoid, 15m & gone
>>>>>>END
>>>- O żesz kurwa!
Dwaj kompani Thinnego w tym momencie znaleźli się na nogach
– Co jest?- wychrypiał Mark
– Nic… Już nic- odpowiedział Thinny i spuścił głowę
– Znowu zasnąłeś na warcie, co?- Head jak zwykle bezwzględny – Ty zdebilały kretynie!
– Spokój do cholery!- Markowi już wrócił głos, i użył go całkiem efektownie
Wszyscy spojrzeli po sobie, spojrzeli na detektor, spojrzeli po sobie… i zaczęli się pakować

– Dobra… ile mamy do tego wejścia Mark? – Head nie krył frustracji
– Jakieś 5 mil, bo co?
– Ehh – westchnął. Jak zawsze gdy Thin coś zjebał – Nic… Po co my w ogóle ciągamy ze sobą tego tłumoka
– Opanuj się Head, nie raz uratował ci tą pieprzoną dupę, więc zamknij się z łaski swojej!

Szli powoli, Head cały czas monitorował wzrokiem teren, w pewnei chwili ustrzelił jaszczurkę, Thinnemu o mało co serce nie wyskoczyło z klatki piersiowej. Mark podszedł do Head’a i odciągnął go tak, żeby Thinny nie słyszał.
– Kurwa, Head. Nerwy masz w strzępach, wyluzuj troche co? O co Ci chodzi stary? Nigdy się tak nie zachowywałeś.
– Okej, sorry. Na prawdę nie wiem co się ze mną dzieje, po prostu mam to zasrane złe przeczucie, wiesz o czym mówię?
– Tak, rozumiem, masz to samo jak wtedy w tej bazie? Co Thinny uratował nam zady?
– Mniej więcej, tylko silniejsze
– Wiesz co, mówiąc Ci to jako przyjaciel…
Thinny przerwał im przyciszoną rozmowę. Dobrze wiedział o czym rozmawiają
– Mm, chłopaki…
– Osz kurwa, Thinny, o co znowu biega – Head nie uspokoił się do końca jak widać
– Spójrzcie tam – Thin wskazał na coś w oddali
Mark zmarszczył oczy, dojrzał jakieś niewielkie stworzenie, zbliżało się, Spojrzał na Thinnego i powiedział – Ustrzel to cholerstwo, masz karabin, wiesz jak go używać, rozjeb to i tyle. – Thin wciąż się wpatrywał w miejsce gdzie wcześniej wskazał palcem. Head z ciekawości podniósł głowę i spojrzał, Miał najlepszy wzrok z nich wszystkich i dobrze o tym widział. Wpatrując się w to małe stworzonko, ciarki przeszły mu po plecach. W tym momencie ujrzał jak kilkanaście wielkich Szponów biegnących za młodym… młodym szponem w ich kierunku. Znów ciarki przeszły mu po plecach. Postanowił nie zwlekać zbyt długo.
– Stado szponów, spierdalamy! Do włazu!
Mieli do przebycia dystans jakichś 1000 metrów, wszyscy rzucili się do ucieczki.
Thinny po raz kolejny już dzisiaj, myślał ze straci jakiś organ, w tym przypadku czuł jak płuca pełzną jego gardłem w stronę ust chcąc uciekać na własną… hm… rękę. Biegli. Co jakiś czas oglądali się za siebie oceniając swoje szanse.
Szanse malały z sekundy na sekundę, Szpony skracały dystans, biegły jak diabły wcielone. Trójka mężczyzn nie inaczej.
– Ależ te skurwiele są szybkie- wycedził Mark
Po chwili dobiegli do pagórka, który wszystkim wydał się znajomy. Head pośpiesznie odszukał klapę włazu, pociągnął… i ani rusz – Co za głupia pizda! – Head nie poprzestając na tym określeni klął dalej a tymczasem Thinny wyciągnął dwa druciki z kieszeni i zaczął grzebać w czymś co przypominało zamek. Ze słów Head’a dało się wyłowić – Thin.. .. jak .. się .. nie pośpieszysz … będzie z nas … papka dla niemowlaków … więc się kurwa pośpiesz!! Wiedział ze nie pomaga Thinnemu, ale jakoś nie mógł się powstrzymać.
Zamek po chwili kliknął i właz stanął otworem. Thinny wskoczył jako pierwszy, za nim Head. Spadli na podłogę z wysokości jakichś 5 metrów. Z dołu Thinny dostrzegł jak Mark próbuje zamknąć właz od środka siłując się z wielką owłosioną łapą. Head już zaczął włazić po drabince na której utrzymywał się Mark. Jednak zanim to nastąpiło ciężka klapa opadła na wielką rękę, a Mark sturlał się na dół brocząc krwią. – o żesz ty w dupe zajebany mamucie! – Head nie wyszedł jeszcze z przeżytego szoku. Mark złapał się za twarz a z pomiędzy palców sączyła się krew. -Thinny, napraw go- Head rzucił szybko. Thinny zaczął znów myśleć i przykucnął przy Marku. Wyjął apteczkę polową i zaczął opatrywać zakrwawioną twarz przyjaciela. Po chwili Mark przemówił – I jak to wygląda?
– Będziesz żył- Powiedział Thinny
– Całe twoje szczęście Thin- odparł Mark i się zaśmiał
– Powiedziałbym, ze raczej twoje Mark- Thinny tez się zaśmiał- Hej! Nie wiedziałem że masz metalową płytkę w głowie!
– A mam?- Mark nie krył zdziwienia, choć jago bandaże robiły to bardzo dobrze zasłaniając mu pół twarzy- O co znowu…
– Panowie jesteśmy w systemie wentylacyjnym Krypty, skoro Markowi nic nie jest może przejdziemy do szukania, co? – Head wytrzeźwiał trochę i rozejrzał się.
– Prawdę mówiąc – Zaczął Thin – Pamiętasz jak ten pająk rozwalił Ci nogę Head?
– Taaaa- Rzekł jakby mimochodem – Pamiętam. I co w związku?
– Jak cię łatałem, tez miałeś tam jakąś płytkę metalową.- Thin spojrzał podejrzliwie na swych kompanów – Czy ja o czymś nie wiem?
Mark podniósł się, złamał obrzyna, sprawdził zawartość komór i powiedział – Jeśli jest coś takiego, to my też o tym nie wiemy Thin.
Byli w wąskim tunelu o metalowych ścianach. Olbrzymie rury ciągnęły się pod sufitem i na ścianach znikając w podłodze. Kilka małych metalowych drabinek prowadziło w dół, do maszynerii wentylacji i uzdatniania wody. Nie słyszeli żadnych dźwięków dobiegających stamtąd. Przed sobą mieli metalowe drzwi, znajomo wyglądające. – Jeśli wszyscy są cali, to ruszajmy dupy w troki – Head mówiąc to podszedł do drzwi. Drzwi nie miały żadnych wnęk ani klamek.
– To ruszajmy- Head powiedziawszy to nacisnął przycisk na terminalu obok drzwi
Drzwi zniknęły w suficie z cichym sykiem układu hydraulicznego wbudowanego we framugę a przed nimi ukazała się pusta winda. Cała trójka się zapakowała.
Mark nacisnął przycisk na tabliczce. Przycisk z literką „V”. Winda ruszyła w dół.
Stary układ hydrauliczny windy pojękiwał cicho. Winda poruszała się powoli. Po dłuższej chwili zatrzymała się a oczom trójki mężczyzn ukazały się metalowe drzwi z napisem „V10”
– Thin, która to już Krypta, którą odwiedzamy?
– Szósta-
– Aha, a powiedz, ile z nich było zamieszkanych?
– Żadna
– Więc jaka jest szansa że ta będzie zamieszkana?
– Hm. Teoretycznie jakieś 14%, jednak uwzględniając to co już wiemy, czyli nagranie, trupa przed głównym wejściem i to że układy podtrzymywania życia nie funkcjonują szansa spada do jakiegoś 1%. Mówimy oczywiście o ewentualnej bytności żyjących tu ludzi. Szczury są tam prawie na pewno.
– Tak, o ludziach. A jaka jest szansa ze tylko nasza Krypta nie została otwarta?
– Mmmmm… jakieś 40%
– A jakieś czynniki?
– Nie Mark, nie wiemy nic o Kryptach w których nie byliśmy
– No tak. Więc wchodzimy?
– Ano wchodzimy- Head nacisnął guzik na terminalu. „Open”

-Co się ze mną stało? Gdzie ja jestem?- Nie dało się zobaczyć nic przez nieprzeniknioną ciemność. Czuł chłód i nic poza tym. Wzrok i słuch nie obierały żadnych bodźców. Postanowił zmusić wzrok do pracy. Nie myślał, że otwarcie oczu może być tak ciężkie.
Przez wąskie szparki zaczęła trafiać do niego przygaszona poświata. Minęło kilka chwil nim jego oczy zaczęły funkcjonować prawidłowo. Stwierdził, że jest w niewielkim pomieszczeniu. W pokoju znajdowało się krzesło, na którym siedział i metalowy stół. Zaczął się zastanawiać, jakim sposobem się tu dostał. Nie doszedł do żadnych konstruktywnych wniosków, ponieważ po raz pierwszy coś usłyszał. Do pomieszczenia ktoś wszedł.
-Dzień dobry. Jak się czujemy?- Odezwał się miękki kobiecy głos należący do smukłej wysokiej postaci w blado błękitnym kombinezonie.
-Bdlmmhh- Jak się okazało, ośrodek mowy też nie funkcjonował najlepiej. -Ekhem, Mohe byh. Znaczy, nieźle. – Z uczuciem ulgi wydobył to z siebie.
-Cieszy mnie to. Musisz jednak jak najszybciej dojść do siebie, ponieważ czeka Cię zadanie- Kobieta nie zmieniła tonu głosu, wciąż był miękki, wręcz jedwabny.
-Jakie zadanie?- Był co najmniej zdziwiony. Biorąc pod uwagę fakt, że czuł się tragicznie. – Przecież ledwo żyje.
-Tym się nie martw. Za kilka godzin będziesz, że tak powiem, na chodzie. Zostaną Ci przydzielone trzy osoby. Dostaliśmy sygnał alarmowy z innej krypty, i wy go sprawdzicie. Po prostu musimy to sprawdzić czy ktoś tam żyje.
-Jak to, przecież nie da się żyć na powierzchni. Jak mamy tam… dojść? – Zdziwienie nie opuszczało go ani na trochę.
-Zostaniecie odpowiednio przygotowani aby wyjść na górę.
W tym momencie do pomieszczenia weszło kilka osób, byli ubrani w białe, lekarskie kitle. Kobieta powiedziała.
-Odpowiednio, że tak powiem, usprawnieni, Head. Nie musisz się tym martwić. Zostaniesz odpowiednio przygotowany.
Wspomnienie zaczęło gasnąć, aż wyblakło całkowicie. Zobaczył tylko, że…

Drzwi wsunęły się w sufit z cichym sykiem. Zza drzwi wyłonił się widok metalowego korytarza, dosyć szerokiego. Trzy cienkie snopy świtała latarek ukazywały wnętrze. Na ścianach dostrzec można było inne drzwi z numerami sal. Trzech mężczyzn poruszało się wolno i możliwie jak najciszej po korytarzu. Większość drzwi wydawała się nie do otwarcia: przepalone panele bądź duże pęknięcia biegnące przez całą długość drzwi. Przy ścianach dało się również zauważyć białe kombinezony ze znaczkiem radioaktywności na ramieniu powieszone na zaczepach. Dokładnie takie same, w jaki był ubrany mężczyzna, przy którym znaleźli dysk z informacją o „okazach”. Doszli do końca korytarza widząc drzwi z napisem „V10”.
– Wchodzimy, czy sprawdzimy sale 106? – Zaszeptał Head. Nikt nie potrafił szeptać tak jak on. Aż ciarki przeszły Thinemy po plecach.
– Sprawdźmy – odezwał się Mark – Thin, otworzysz to? Drzwi wyglądają na nietknięte.
– Się robi – Thin nacisnął przycisk „Open” i nic się nie stało. Nie zdziwiło ich to zbytnio a na pewno nie Thinnego, ten już miał w dłoni malutki śrubokręcik i zaczął dobierać się do zamka. Po chwili dobiegł ich syk hydrauliki i drzwi wjechały w sufit. Ich oczom ukazał się widok zdezelowanego biura. Metalowe biurko pokryte było rdzą w takim samym stopniu jak dwie, równie metalowe, szafki. Kawałki porozrzucanych po pokoju półek nadawały się jedynie na opał.
– Ja postoje przy drzwiach. Weźcie co się da. – Head stanął na straży w progu pomieszczenia.
Pozostali zaczęli szperać. Szafki okazały się pozamykane, jednak Thin poradził sobie z nimi.
Znaleźli stare, rozpadające się ubrania, sporo kartek z chaotycznymi zapiskami. Nic godnego uwagi.
– Chwila, jeszcze biurko – Thin przykucnął przy zamku i zaczął grzebać. – Dajcie mi minutkę.
– Uwijaj się Thin. – Mówiąc to Head nawet nie spojrzał na szperaczy.
– Mam cię – Thin w triumfalnym geście uniósł dłonie nad głowę. Gdyby nie uszy, Thin miałby uśmiech dookoła głowy. Mark zaśmiał się w duchu, zawsze go bawiły miny Thinnego. Thin otworzył szufladę znajdując ogromny pistolet, praiwe pełen magazynek, portfel i kilka kartek z zapiskami. – Patrzcie jaka armata. Mmm, a to ci dopiero, amunicja podkalibrowa? W pistolecie? Patrzcie. 5,56mm, dokładnie jak w moim kałachu. – Thin zapatrzył się na swoją zdobycz. Mark sprowadził go na ziemie. – Thin, przestań tyle paplać. Ruszamy.
– Wydaje mi się, że coś słyszałem zza tamtych drzwi – Head wskazał reszcie ekipy drzwi z napisem „V10” przykładając przy tym palec drugiej ręki do ust. Mark i Thin skinęli głowami. Thin przekazał Headowi swoją zdobycz w postaci pistoletu i magazynku a portfel schował do kieszeni. Rozstawili się przy drzwiach, Head wymierzył w nie ze swej nowej zabawki. Mark ze swym obrzynem w dłoniach, wyglądał jakby miał nad drzwiami, w które mierzył, sporą przewagę. Thin nacisnął przycisk i drzwi zniknęły w suficie. Head faktycznie coś słyszał, ich oczom ukazał się mały, czteronożny robot, który leżał do góry nogami i wymachiwał odnóżami niczym przedwojenny żółw, dało się słyszeć prace małych silniczków. Nie odważyli się strzelać, bo to mogłoby sprowadzić „starszych braci” małego. Rozglądając się po pomieszczeniu, zauważyli wielki drewniany stół, który swe lata świetności miał już za sobą. Kilka stanowisk z komputerami i dwie pary drzwi na przeciwległych ścianach. Mark wskazał swą nową armatą na robota i spoglądając na przyjaciół wzruszył ramionami. Head machnął ręką jakby chciał odpędzić muchę. Thin od razu podszedł do Komputerów próbując je włączyć. Mark i Head, mogli tylko patrzeć, więc patrzyli. Rozstawili się w różnych miejscach pomieszczenia. Po chwili zabłysło światło. Thin wychylił się znad monitora.
– Na długo to nie starczy, ale postaram się wyciągnąć z tego szmelcu co się da. Słychać było tylko stukanie klawiszy pod palcami Thina.
Mark zasiadł na biurku obok Thinnego i przypatrywał się jego pracy. Head uprzednio sprawdzając czy drewniany stół wytrzyma jego ciężar, spoczął na nim oglądając nowy pistolet. Najpierw jednak wyciągnął nabój z dodatkowego magazynka. Przyglądając mu się uważnie przeczytał napis na spłonce: „U.S. Army Research facility” i obok: „Doom Doom 2k”. Przez łuskę biegł zielony pasek. Magazynek, choć dosyć spory mieścił jedynie pięć naboi, ale za to jakich naboi.
– 5,56mm jest potężnym pociskiem – pomyślał Head. – Ale co znaczy Doom Doom? I co znaczy 2k? – Schował magazynek z zielonkawymi nabojami do obszernej kieszeni spodni i właśnie zabierał się za samą spluwę, kiedy wydało mu się, że coś usłyszał. Head wskazał Markowi jedne z drzwi a potem na swoje ucho. Postawny mężczyzna wymierzył w drzwi obrzynem. Delikatnie stąpając Mark podkradł się do drzwi i dotknął przycisku otwierania drzwi. W tym momencie spojrzał na Heada by sprawdzić czy tamten jest już gotowy. Oczywiści nie musiał tego robić. Head był przygotowany. Mark jeszcze się powstrzymał od otwarcia drzwi. Head wyraźnie nasłuchiwał. Markowi wydawało się, że czekanie trwa wieczność, nie mógł jednak otworzyć tych drzwi dopóki Head nie skinął głową. Jak na razie się na to nie zapowiadało. Head od jakichś trzech minut ani drgnął, patrzył tylko w te drzwi jakby chciał je przewiercić na wylot. Nagle jego wzrok padł na Marka i Head skinieniem głowy powiedział: Odsuń się od drzwi. Dwóch mężczyzn cicho cofało się w głąb pomieszczenia. W końcu Mark coś usłyszał zza drzwi. Najpierw bardzo cicho jednak z każdą sekundą głośniej. Brzmiało jak silniczki leżącego nieopodal żółwiobota. Tylko, że jakoś inaczej. Mark żeby lepiej słyszeć przekręcił głowę. Kąt nachylenia głowy nie miał tu oczywiście żadnego wpływu na słuch Marka, jego podświadomość skłoniła go do tego, aby dać temu czemuś za drzwiami więcej czasu. Tak. Już wiedział co jest nie tak z tymi mechanicznymi dźwiękami, są jakby, przetarte, strasznie jęczące i powolne. Nie to, co mały żółwiobocik, który… Mark, również podświadomie skierował wzrok ku robocikowi, właśnie zauważył jak ten mały szkrab jest już w połowie drogi na trajektorii podłoga-twarz Thinnego. Niewiele myśląc i niedbale celując, Mark wystrzelił pocisk ’12 tuż przed twarzą Head’a trafiając lecącą maszynkę do mięsa około metra od głowy Thinnego.
Thin, który właśnie po koleji odłączał systemy bezpieczeństwa, starał się włączyć podtrzymywanie życia i sprawdzajł czy ktokolwiek jeszcze tu żyje prócz nich, dowiedział się sposób bardzo impulsywny i dosyć głośny, że nie dość że „żyje” to jeszcze chce ich najzwyczajniej w świecie zabić. W momencie gdy eksplozja rozerwała powietrze w pomieszczeniu i małego bocika razem z nim, Thina rzuciło o ścianę i ten stracił zmysły. Na całe jego szczęście. Ponieważ w tym momencie nie nastąpił jeden wybuch a dwa i nie tylko Thin krzyczał, ale i Mark.
Head starał się wyczuć to coś za drzwiami. Chciał trafić w moment. Dobry moment. Niestety przeszkodził mu ten panikarz, i to jeszcze w jaki sposób: strzelając mu przed samą twarzą. Head wybity z równowagi nie zauważył ani nie usłyszał jak drzwi przed nimi zapadają się. Implodują. Mark krzyknął, Head starał się opanować. Mark już leżał na podłodze. Do jego nogi przyczepiona była swego rodzaju ssawka, za ssawką ciągnęła się metalowa rura, która jeszcze dalej przekształcała się w korpus, z tegoż korpusu prócz macki trzymającej Marka wyrastały trzy pozostałe a Head miast wyrastać ponad sytuacje całkowicie wrósł w podłogę i nie mógł się ruszyć. Macka uniosła Marka i przystawiła sobie do głowy, po czym rzuciła go w drugi kąt pomieszczenia jak szmacianą lalkę. W momencie fenomenalnego lotu Marka, Head zaczął się ruszać, najpierw niepewnie i powoli, z czasem jednak przyśpieszył i nabrał impetu. Głowa robota przypominała trochę mikrofalówkę z poprzedniego wieku. Posiadała dwie szklane soczewki, z których jedna była pęknięta. Raczej nieprzypadkowo Head wsunął tam błyskawicznie lufę prezentu od Thinego i wystrzelił… Trzy razy.
Przez całe cielsko robota przeszedł impuls elektromagnetyczny. Monstrum zajęczało przeciągle, popchnęło Head’a, zrobiło kilka kroków w głąb pomieszczenia i rozkraczyło się.
Jedynie Head usłyszał dźwięk spadku mocy. Otrząsnąwszy się trochę podszedł do Thinego, który był bliżej. Head złapał go pod ramiona, wyciągnął spod resztek żółwiobota i położył na stole. Miał ochotę go tam zostawić i zobaczyć co z Markiem, ale… po prostu nie mógł. Jakby miał jakąś blokadę. Klepnął Thina otwartą ręką w twarz. Nie pomogło. Ponowił działanie. Thin zaczął się ruszać i mówić bezgłośnie, po czym rzekł – Kurwa! – Usiadł gwałtownym ruchem rozglądając się dookoła. Dostrzegł Marka leżącego w kącie. – Co tu się stało?
– Nie mam czasu na gadanie, choć pomożemy mu. – Podeszli do opartego o ścianę Marka. Ten się nie ruszał. Nie widać było żadnych oznak życia. Thin przykucnął obok rannego i z torby wyjął małą fiolkę z przezroczystym płynem.
– Co robisz?- Zapytał Head
– Staram się go obudzić, to sole trzeźwiące – Zanim Thin zdążył przystawić otwartą fiolkę do nosa Marka ten otworzył szeroko oczy. Zamknął je i otworzył ponownie, tym razem łagodniej.
– Ała… przeleciałem aż tak daleko? – Powiedział starając się podnieść.
– Ano, niezły lot muszę przyznać – Head był pod wrażeniem.
– Co to jest w ogóle, Thin? To twoja sprawka? – Mark już się podniósł i pokazał na wielką maszynę z mikrofalówką zamiast głowy.
– Nie Mark, nie miałem na to coś żadnego wpływu.
– O żesz ty… ku… ja pier… – Head po raz pierwszy od bardzo dawna zmienił wyraz twarzy, Mark i Thin tylko raz byli tego świadkami. Kiedy zmutowany olbrzymi pająk postanowił urządzić sobie obiad z nogi Heada. Teraz jego wyraz twarzy był niemal identyczny a to z koleji nie wróżyło nic dobrego. Jego wzrok zwrócony był na Marka a dokładniej rzecz biorąc na jego głowę. Thin widząc to w co z uporem maniaka wpatrywał się Head, powiedział jedynie:
– O.. – Mark jeszcze zdezorientowany po upadku nie wiedział o co chodzi i zaczął się nerwowo rozglądać po pomieszczeniu.
– Co jest?! – Po chwili zrezygnował z paranoicznego rozglądania się. Spojrzał na Heada z wyrzutem – Co jest do cholery? – Thin zdawał się mówić do siebie, Teraz to Head mógłby pomyśleć, że Thinny jest chory na kretynizm gdyby nie jeden mały szczegół… mały, ale dosyć istotny. Head wskazał skroń Marka, by ten w końcu dowiedział się o „co chodzi”. Dotknął… i zamarł. Head jako pierwszy odzyskał zdolność mówienia.
– Skoro ja mam coś takiego w nodze to… – Head wciąż wpatrywał się w rozwaloną skroń Marka. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak pęknięta. Po bardziej wnikliwym przyjrzeniu się okazało się, że tak nie jest. Zakrwawiona, pęknięta kość była niczym innym jak metalową… a może i tytanową płytką. Ze środka wystawały jakieś kabelki, które delikatnie iskrzyły. Spanikowany Thin zaczął się wycofywać, potknął się o ruropodobną mackę robota i się przewrócił.
– Ja, ja, jja… też mam coś takiego… kuu urwa. Co jest z nami… – Thin ukrył twarz w dłoniach i zaczął pochlipywać.
– Nie wiem Thin, ale od jakiegoś czasu zaczynają mi się „przypominać” rzeczy, w których nie uczestniczyłem – Head mówiąc to postawił przyjaciela na nogi – I przestań się mazać, wiesz, że tego nienawidzę. – Brzmiał jakby już dawno domyślał się, że coś jest nie w porządku.
– Tak. Masz rację. Ale… ale.. Czym my jesteśmy? Pieprzonymi androidami?
– Ehh, nie wiem, ale posłuchajcie, którejś nocy śniło mi się, że…

-Co się ze mną stało? Gdzie ja jestem?- Myślenie sprawiało niemal fizyczny ból. Dawało się słyszeć jakby ciężka, może metalowa, kulka turlała się po kafelkach. Po raz kolejny powieki były ciężkie niczym ołów i wymagało to ogromnej siły żeby je podnieść. Kiedy już się to udało, oczom ukazał się sufit. Biały, bez żadnych ozdób. Poruszał się. On Znajdował się na łóżku polowym. Ktoś go pchał. Na pewno więcej niż jedna osoba. Rozmawiały:
-Biedak, nawet nie ma pojęcia co my w niego wpakujemy
-Tak, i trzem innym też
-Ehh, Zarządca twierdzi, że to da im możliwość wyjścia na górę
– Nie wydaje mi się, ale nawet jeśli to po co?
– Ciii, już jesteśmy
W tym momencie sen…

…Się rozpływa – Podczas gdy Head opowiadał, usiedli obok dezaktywowanego robota słuchając. Gdy skończył długo siedzieli w ciszy. Trawiąc każde słowo i każdą myśl przebiegającą przez ich neurony.
– Zaraz. Bo nie bardzo rozumiem. Przecież widzieliśmy ludzi żyjących na pustkowiach. Dlaczego mięlibyśmy nie przeżyć?
– Thin najwyraźniej już przyjął do wiadomości świeżo odkryte fakty.
– Nie wiem, ale wydaje mi się, że właśnie to… – Mark postukał się po głowie – … Nie pozwalało nam choćby rzucić tej „roboty” i uciec. Kazało nam też kryć się przed jakimikolwiek ludźmi. Thin, jesteś specem od komputerów prawda?
– Powiedzmy – Thin był przygaszony.
– Myślisz, że udałoby Ci się znieść te ograniczenia? – Mark uderzył od razu w sedno.
– Ale skąd wiesz, że to nas ogranicza?!
– Thin, każdy z nas się denerwuje, ale zastanów się. Dlaczego nie wygrzebaliśmy zwłok Johnsona z ruin i go nie pochowaliśmy? Dlaczego nie mogliśmy się zbuntować przeciwko nadzorcy skoro… skoro mówiliśmy… mówiliśmy o tym… – Head zaczął się wyraźnie zacinać.
– Widzisz? On nawet nie może tego powiedzieć! – Mark spojrzał wręcz wrogo na Thina.
– Uhh! Nie wiem! Przecież nie zacznę Ci po prostu grzebać w mózgu!
Usta Marka wygięły się w delikatnego banana. – Nie, ale jesteśmy w krypcie. Muszą mieć odpowiedni sprzęt. – Mark cieszył się coraz bardziej.
– A z resztą. Co nam szkodzi. Skoro i tak jesteśmy marionetkami w rękach tej baby – Thin nie przemyślawszy tego co robi, zakrył dłonią usta – To znaczy…
– Przestań – Uciął Head – Myślę, że coś w tej krypcie nie pozwala na poprawne działanie tej naszej blokady. Dlatego musimy to wykorzystać! I zrobić z tą kłamliwą szefową.
– Tak, ale… – Mark nie dokończył zdania, bo właśnie ze strony, z której przyszedł mikrofalówkowy przyjaciel, zaczęły dobiegać niepokojące dźwięki. Jakby ktoś walił w wielką metalową rurę.
– Oho, coraz więcej znajomych – Head błyskawicznie zerwał się na nogi, zaraz po nim jego towarzysze – Wiedziałem, że nie może być tak pięknie. Thin, do komputera zlokalizuj centrum medyczne. My cię osłaniamy.
W kilka chwil Thinny stał się największym skarbem w tym pomieszczeniu. Nie tracąc czasu rzucił się w stronę jedynego działającego komputera. Wyłączył wcześniej włączone przez siebie aplikacje i zaczął szperać z zupełnie innej strony. Zaczął od spisu sal.
Head i Mark zajęli pozycje obronne. Stukanie o rury było monotonne, dobiegało jakby ze ścian. Na pewno nie miało jednego źródła tego byli pewni. Po chwili ich oczom ukazały się okazy…

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.