Opowiadanie falloutowe

Autor: Kefir

I

Piskliwy głos Pip-boyowego budzika wyrwał Matta ze snu. Sen opowiadał o tym, że Matt stał się niesamowicie bogaty i zabawiał się z panienkami w Cat’s Paw. Matt rozejrzał się dookoła, nie był ani bogaty, ani tym bardziej nie był w Cat’s Paw, najdroższym i najlepszym burdelu w całej północnej Kalifornii.
-Która to? -Matt powiedział sam do siebie i spojrzał na Pip-boya, była to jedyna rzecz która pozostała mu ze stroju mieszkańców krypty, Matt nie mieszkał w krypcie, było tam dla niego za ciasno. Tym czasem zegarek pokazywał godzinę ósmą dwa i trzy sekundy. Matt wstał, połknął dwie małe tabletki które zawsze kupował od Julesa. Nie wiedział, co to za tabletki, ale wiedział, że dają niezłego kopa. Matt w jednej chwili stał się rześki.
-Trzeba coś zjeść -powiedział i wyszedł z domu, a raczej z tego, co nazywał domem. Po drugiej stronie ulicy znajdował się bar. Unosił się w nim zapach gotowanej kapusty, Matt powstrzymał się przed puszczeniem pawia.
-Dwie iguany i piwo -Matt mógłby powiedzieć także „to co zwykle”, już od dawna przychodził tu na posiłki i zawsze na śniadanie zamawiał iguanę i piwo. Ale gdyby powiedział „To co zwykle” nie wiedzielibyście, co zamówił.
-10 dolarów -barman o imieniu John podał mu zamówione danie i wyciągnął tłustą dłoń po zapłatę. Matt odliczył 10 złotych monet o średnicy dwadzieścia trzy milimetry i dał je barmanowi.
-Słuchaj, Matt -powiedział John.
-Czego?
-Widzisz tego gościa w metalowej zbroi?
-Ciężko nie zauważyć, ma gabaryty supermutanta -wiecie oczywiście, że słowa te są mocno przesadzone, supermutanci mają bowiem ponad trzy metry wzrostu i ważą ponad dwieście kilo. Widzicie więc, że nawet człowiek najpotężniejszej postury nie może się równać supermutantowi.
-No to on pytał, czy nie ma tu kogo, kto się zna na walce i potrzebuje kasy, no to powiedziałem, że ty się dobrze obeznajesz we szczelbach i pistoletach, a kasy to ty nigdy za dużo nie masz. Powiedział na to że zaczeka. Idź z nim pogadaj, teraz to już nie moja sprawa.
-Witam, witam, czyż to nie ów sławny Matt Bulcker, znawca sztuki wojennej i nieustraszony poszukiwacz przygód? -zapytał go krótko obcięty mężczyzna w średnim wieku. Miał na sobie metalową zbroję, a przy pasku pistolet plazmowy.
-Możliwe że to ja, najpierw chcę wiedzieć, kim ty jesteś.
-Chuck Dales, kadet Bractwa Stali.
-No dobra, to ja jestem Matt, dość już tych uprzejmości. Czego ode mnie chcesz?
-Dowództwo Bractwa Stali jest zaniepokojone dziwnymi wypadkami na północy, w okolicach Den. W niewyjaśnionych okolicznościach giną tam ludzie, jeden z paladynów, którego tam wysłaliśmy odnalazł jakieś laboratorium, jednak podczas przekazywania nam tej informacji przez radionadajnik umilkł i nie dał już znaku życia.
-Aha, i szukacie frajera który to sprawdzi? Czemu nie wyślecie kogoś ze swoich?
-Dowództwo Bractwa ma swoje powody -Matt wiedział, że tym powodem jest strach, stracono już jednego z paladynów, szkoda byłoby tracić kolejnych.
-Ile wynosi stawka?
-15 tysięcy oraz możliwość wstąpienia do Bractwa z wszystkimi przywilejami jakie towarzyszą temu zaszczytowi.
-No dobra, zgoda, ale 2 tysiące musisz mi dać z góry, potrzebuję paru rzeczy.
-Dobrze, zgodzę się, tu masz te dwa tysiące. Widzę, że posiadasz Pip-boya, to rzadkie w New Reno, proszę, weź ten holodysk z wszelkimi danymi na temat zadania. Żegnam -mężczyzna wyszedł. Matt zaczął w końcu jeść swoją iguanę.

II

Następnego dnia obudził się po południu, już bez dwóch tysięcy, całą noc spędził w Cat’s Paw. Matt wstał z materaca, przeczytał dane z holodysku, musiał więc udać się do Den, by dowiedzieć się więcej. Zajrzał do szafki, wyciągnął z niej parę stimpaków, dwururkę, trochę amunicji 12mm oraz nóż myśliwski. Kupił od Julesa trochę tabletek i wyruszył z New Reno. Postanowił nie iść prosto do Den przez Redding, to oznaczałoby poruszanie się po terenach zajmowanych przez Szpony Śmierci, a Matt chciał tego uniknąć. Postanowił iść okrężną drogą, by zajść do Den od wschodu, miało to jeszcze jeden plus, przy okazji mógł odwiedzić w Gecko ghula Thomasa. Matt wiedział, że Thomas zgodzi się pojść z nim do Den, a mało kto tak jak on potrafi posługiwać się strzelbami. Mattowi potrzebna była każda pomoc, nawet tak upierdliwa i śmierdząca jak Thomas, zadanie dane mu przez Bractwo wydawało się niewykonalne. Po kilku dniach podróży na wschód dotarł do Broken Hills. Po drodze spotkał kilka grupek skorpionów i szczurów, ale pokonanie ich nie sprawiło mu kłopotów. Broken Hills było małym miasteczkiem górniczym, żyli tu zarówno ludzie, jak i ghule czy supermutanci. Matt nigdy tu nie był, zawsze sądził, że Broken Hills to wielka, gnijąca dziura, okazało się, że jest wręcz odwrotnie. Miasto wydawało się schludne. Zaraz po wejściu do miasta Matt zobaczył muskularnego faceta w skórzanej zbroi.
-Cześć, co możesz mi powiedzieć o tym miejscu?
-Broken Hills to spokojna, górnicza wioska, utrzymujemy się z wydobycia rudy uranu. W Broken Hills ludzie, ghule i supermutanci żyją w zgodzie, postaraj się tego nie zmienić.
-Szukam jakiejś roboty, masz sugestie?
-Szeryfem jest Marcus, mieszka na drugim końcu tej uliczki. On zawsze ma jakieś problemy.
-Dzięki.
Matt poszedł w skazanym kierunku, po drodze zauważył bar i więzienie dobrze strzeżone przez supermutantów. Doszedł do wskazanego przez faceta w skórzanej zbroi miejsca. Stał tu tylko jeden stary supermutant. Nie, przecież mutant nie może być szeryfem…
-Witaj -zaczął rozmowę Matt. -Czy wiesz gdzie mogę znaleźć szeryfa Marcusa?
-Ja jestem Marcus. Ja tu szeryf. Co chcesz? -odpowiedział supermutant i podrapał się po głowie. Mutanci często drapią się po głowie.
-Słyszałem, że możesz mieć jakieś problemy, które mógłbym rozwiązać. Czy to prawda?
-Prawda, ja być zaniepokojony. Ludzie znikać, ja nie wiedzieć kto. Ty pomóc?
-Dobra, zobaczę, co da się zrobić.
Matt postanowił pójść do baru napić się czegoś i dostać trochę informacji, barmani zawsze mają informacje. Barmanem okazał się być ghoul.
-Czego, gładkoskóry? -ghul okazał się nie być zbyt miły.
-Iguanę i piwo.
-Nie ma iguan, może być mięso bramina?
-Dobra.
-Osiem dolców.
-Masz -Matt podał ghulowi osiem monet i otworzył piwo. Było ciepłe. -Co dzieje się tutaj, w mieście?
-Aaaaaaa nic ciekawego. Może poza znikającymi ludźmi.
-Wiesz coś o tym? Gdzie są, lub kto to robi?
-A skąd, mam, kurwa mać, wiedzieć? Jakbym wiedział, to by już nie znikali. Marcus by się tymi, co to robią, zajął.
-Ale nikogo nie podejrzewasz?
-Tak między nami mówiąc, to odpowiedzialni mogą być supermutanci. Ten tu, Francis -w tym momencie ghul pokazał na pijanego supermutanta z bruzdami na policzkach. -Ten może być w to zamieszany, widziałem jak szeptał z paroma mutantami nie cieszącymi się zbyt dobrą reputacją. Ale Marcus nie chce wierzyć, że to oni. On sądzi, że w Broken Hills wszyscy żyją w zgodzie: ludzie, ghule i supermutanty. A może Marcus ma rację, może to jakiś pieprzony Szpon Śmierci czy coś takiego? Nie wiem.
Matt wyszedł z baru.

III

Chodził po Broken Hills bez celu, aż nastała noc. Był wtedy w części miasta, w której mieściły się rezydencje co bogatszych mieszkańców. Nagle jego wzrok przykuł mutant schodzący drabiną pod ziemię. Matt pomyślał, że to górnik, ale przypomniał sobie, że kopalnie pracują tylko w dzień, a poza tym to nie było wejście do kopalni. A przynajmniej do czynnej. Matt zaczął podążać za mutantami. Zeszedł na dół po drabince, zauważył trupa mrówki. „Musiał ją zabić ten mutant” -pomyślał. Obok leżała następna mrówka i następna i jeszcze jedna… Matt idąc śladem trupów usłyszał nagle zza rogu:
-One muszą teraz zginąć -powiedział jakiś mutant.
-Proszę, nie zabijaj, nie, proszę!!! -usłyszał głos kobiety.
-Ty normal, ja zabijać normale -odpowiedział olbrzym.
W tym momencie rozległ się odgłos serii pocisków z Miniguna, Matt zaczął uciekać myśląc: „Kurwa, żeby mnie tylko nie złapali”. Matt zdążył wyjść z podziemi tuż przed mutantami. Schował się między domami i zaczekał, aż przejdą. Zszedł z powrotem na dół. Doszedł do części jaskini, z której wydobywały się głosy. Na ziemi leżało kilka ludzkich trupów. Jeden z nich nie miał nogi, drugi głowy, Matt zobaczył na ziemi list. Podniósł z obrzydzeniem gnijącą rękę jednego z trupów leżącą na skrawku papieru. Ten ktoś, była to kobieta w średnim wieku musiał być zabity wcześniej. Matt zaczął czytać: „Francis, ja tu być i zabić ta kobieta. Ona być głośna, resztę ja zostawić przywiązana. Tommy”. Wiedział już, kto zabił: Francis i Tommy.

IV

Matt w nocy spał w czymś, co było zapewne oborą, na podłodze leżało pełno gówien braminów. Ale Matt spał już w gorszych warunkach. Z samego rana postanowił powiedzieć Marcusowi o ludziach. Postanowił jednak, że nie powie Marcusowi o tym, kto ich zabił. „To by go dobiło, ten głupek myśli, że wszyscy żyją tu w zgodzie, niech marzy dalej”.
-Szeryfie Marcus!
-Ja słuchać.
-Znalazłem tych zaginionych ludzi.
-Gdzie oni są, oni nie z tobą?
-Znalazłem ich martwych w podziemiach. Ktoś ich zabił.
-Kto to, ty wie?
-Niestety, nie wiem kto za tym wszystkim stoi.
-I tak dziękować. Masz, to być dla ciebie, nagroda -mutant podał Mattowi karabin maszynowy i trochę amunicji do niego. -Ty zostać tutaj długo?
-Nie, już dzisiaj opuszczam Broken Hills.
-A po co?
-Wykonuję pewne zadanie dla Bractwa Stali, nie mogę powiedzieć nic więcej.
-Ty znać Bractwo? Mój przyjaciel, ja z nim założył Broken Hills, on być z Bractwo. Ja chcieć ci pomóc. Ej, Larry, ty zawsze chcieć przygoda, chodź -Marcus zwrócił się do młodszego od niego mutanta z głupim wyrazem twarzy. -Ty pójść z ten normal. Ty mu pomóc.
-Ale odlotowy! Przygoda! -zakrzyknął mutant. -Larry walczyć dobra! Larry ma strzelba co strzela gorące zielona kulki -Matt domyślił się, że chodzi o strzelbę plazmową.
-Dzięki, Marcus, z Larrym na pewno będzie raźniej.
-Ale uważać, Larry trochę niemądry -wyszeptał Marcus tak, by Larry tego nie usłyszał.
Matt zanim opuści miasto postanowił pogadać z Francisem.
-Ej, Francis -powiedział Matt.
-Co chcieć normal?
-Chcę, żebyś opuścił Broken Hills.
-Ale dlaczego? Francis nic nie zrobić.
-Kurwa, jak nic, skurwysynu?! Patrz, wiesz co to za list?
-Nie wiedzieć co ty mówić.
-No to się dowiedz: „Francis, ja tu…”
-Dobra, prosić, nie bądź taki głośna. Co ty chcieć za to?
-Opuść miasto, Tommy też.
-Dobra, ja opuścić, ale ty nie mówić Marcus -z tymi słowami na ustach Francis wyszedł z baru i już nigdy tu nie wrócił.
Matt wraz z Larrym wyruszył z Broken Hills na północ, w kierunku Gecko.

V

Minął trzeci dzień od kiedy Matt i Larry wyruszyli z Broken Hills. Nastała noc, Matt zapalił ognisko i postawił Larry’ego na warcie, sam zasnął. I tuż po jego zaśnięciu okazało się, jak przydatna była pomoc mutanta. Larry jadł właśnie upieczone nad ogniskiem mięso gekona gdy zauważył zza piaskowej wydmy charakterystyczny ogon radskorpiona. Za wielkim skorpionem poruszało się jeszcze kilka, równie dużych. Larry obudził Matta i strzelił w jednego ze skorpionów ze swej strzelby plazmowej. Skorpion spalił się. Matt wyciągnął karabin i strzelił jednemu skorpionowi w oczy. Pocisk przebił skorupę pajęczaka i wyleciał z drugiej strony głowy pociągając za sobą duży fragment mózgu. Niestety, jeden ze skorpionów zaszedł Matta od tyłu i wbił mu żądło w lewą łydkę. Matt odwrócił się, wyciągnął zza paska nóż myśliwski wbił go skorpionowi w głowę. Larry załatwił pozostałe skorpiony. Strach pomyśleć, co stałoby się gdyby Matt podróżował sam. Ale teraz martwiło go coś innego, skorpion przed śmiercią wbił mu żądło w nogę, trucizna mogła pozbawić Matta życia w każdej chwili. Nagle Larry krzyknął:
-Larry mieć antidotum. Marcus dać mi je, ty wziąść to -i mutant podał Mattowi buteleczkę o pojemności 50,33 mililitra wypełnioną płynem w którym pływały fragmenty radskorpiona. Matt wypił całą zawartość butelki i natychmiast poczuł się lepiej. Wyciągnął ze swego plecaka parę bandaży i zrobił opatrunek na nodze. Tej nocy już nie spał, sam stanął na warcie i dał odpocząć Larry’emu. Wyruszyli z samego rana, Matt zdziwił się, gdy po kilku godzinach zobaczył w oddali jakieś domy.
-To nie może być ani Gecko, ani Vault City, musiało tu niedawno powstać jakieś miasteczko, o którym nie wiedziałem -w rzeczywistości miasteczko to istniało już ponad dwadzieścia lat. Matt jednak nigdy tu nie był, ani nawet nie słyszał o tym mieście, nazywało się Swarefield. Żyli tu głównie ludzie, ale można było też spotkać kilku ghuli, supermutantów nie było tu wogóle.

VI

Miasteczko wyglądało na spokojne, w bliskiej odległości od bramy stały głównie blaszane domki w których mieszkali policjanci, dalej stało kilka budynków z kamienia, te przypominały trochę domy w New California Republic. Przed jednym z nich, zapewne był to bar, leżała grupa pijanych mężczyzn.
-Proszę odłożyć broń -powiedział strażnik.
-OK, już się robi, Larry, odłóż broń -powiedział Matt i przeszedł przez bramę miasta. W pierwszej kolejności Matt poszedł do baru, był bardzo głodny, nie jadł od rana. Barmanem był niski, gruby facet o chytrym spojrzeniu. Matt zamówił pięć iguan (cztery dla Larry’ego, jedna dla niego) i butelkę piwa. Piwo było ciepłe. „Czy tu, kurwa, nigdzie nie ma lodówek?” -myślał Matt gryząc iguanę i popijając piwo. Po posiłku postanowił pochodzić po mieście w poszukiwaniu roboty. Nie szukał długo, tuż przed barem stała tablica na której przyczepione były karteczki z ofertami pracy. Uwagę Matta przykuł obrazek przedstawiający pieska na którym napisana była czerwona litera „X” obrazek podpisany był przez kogoś o imieniu Mark. Matt zainteresował się tym i postanowił odszukać zleceniodawcę. Nie szukał długo, niedaleko baru przechadzał się bowiem muskularny dwudziestokilkulatek z tępym wyrazem twarzy.
-Witaj, kim jesteś? -zapytał Matt.
-Ja Mark, kto ty?
-Jestem Matt, to ty narysowałeś tego psa na tablicy ogłoszeń?
-To moja pies, Bora tam narysowany. Gdzie ona, Mark nie wie.
-Może mógłbym pomóc?
-Ty pomóc Mark?
-Tak, ale najpierw muszę wiedzieć w czym.
-Ona się zgubić. Ja z nią bawić. A tu duża czarna złe biegnąć. Ja uciec tu, a ona Mark nie wie gdzie.
-Gdzie się z nią bawiłeś?
-To było za dom muuuuuuu-muuuuuuu -Mark pokazał swym palcem oborę stojącą obok dużego, blaszanego domu.
-Kiedy to było?
-Dzisiaj wszesny.
-Dobrze Mark, zobaczę, co da się zrobić.
Matt poszedł w wskazanym przez Marka kierunku. Na ziemi zauważył świeże ślady człowieka, kilku skorpionów i psa. Matt poszedł śladami psa. Szedł kilka metrów, aż ślady weszły do jaskini. Matt bał się trochę jaskiń, mozna się było w nich natknąć na skorpiony, a czasami nawet na Szpony Śmierci. Ale wiedząc, że idzie z nim Larry Matt odważył się wejść. Szedł kilka minut przyświecając sobie flarą, w końcu znalazł psa, jego ciało było rozszarpane na części, głowa leżała metr dalej, szczur odgryzał właśnie kawałek psiego ucha. Ale to nie szczur zabił psa, nie, taki szczurek jaskiniowy jest na to za słaby. Nagle Matt spostrzegł coś, co go przeraziło. Zauważył ślad, wielki ślad, ślad Szpona Śmierci. Matt odwrócił się w stronę wyjścia, gdy nagle spostrzegł, że jest goniony przez potwora. Był to właśnie Szpon. Jeśli, nie wiesz, czym są Szpony Śmierci to wyobraź sobie najstraszniejsze zwierzę, Szpon jest dużo bardziej przerażający. Matt uciekał ile sił w nogach lecz nagle przewrócił się. Szpon stanął nad Mattem, wziął zamach, gdy nagle został odrzucony na kilka metrów i walnął w skałę. Matt spojrzał na swego wybawcę. Był to wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna w metalowej zbroi z ważącym 5,12356213 kilograma młotem bojowym w ręce.
-Co się gapisz? Wstawaj i spierdalamy! -krzyknął nieznajomy i podniósł Matta za rękę. Biegiem opuścili jaskinię, stał przed nią Larry który już zdążył z niej wyjść. -Chodźcie za mną -powiedział nieznajomy i zaprowadził ich do małego blaszanego domu.

VII

-Piwa? -zapytał wybawca gdy weszli do domku.
-Chętnie -odpowiedział Matt.
-A ty, olbrzymie?
-Ja nie pić -odpowiedział Larry i beknął głośno.
-No dobra, co robiliście w tej jaskini? Nie wiedzieliście, że tam żyją Szpony?
-Cóż, szukałem psa Marka, Bory.
-Aaaaaaa, ten debil znowu go gdzieś zgubił. Ale, do jasnej cholery dlaczego szukaliście go tam?
-Bo tam prowadziły ślady, zresztą znaleźliśmy go, ale rozszarpanego.
-He, he, to przynajmniej już się nigdy nie zgubi -zaśmiał się nieznajomy.
-Ale, ty mnie uratowałeś, a ja nawet nie znam twojego imienia, jak się nazywasz? I co tu robisz?
-Jestem Todd, a moją robotą jest właśnie strzeżenie takich imbecyli jak wy, by nie wchodzili do jaskini.
-Dlaczego po prostu nie zabijecie tego Szpona?
-Taa, zabiliśmy już niejednego, ale, kurwa mać, one zawsze wracają. Sądze, że w tej jaskini żyje matka Szponów. Dopóki jej nie załatwimy, dopóty one będą tam żyły. Zresztą, te Szpony nie opuszczają swej jaskini, a nawet jeśli, to zaraz giną. Nasza grupa musi tu cały czas czuwać.
-A nie można by załatwić tej matki Szponów?
-Jasne, próbuj, droga wolna. Mam nadzieję, że nie skończysz tak jak przed chwilą.
-Ilu was jest, was, strażników?
-Jest nas pięciu, jesteśmy nieźle uzbrojeni -powiedział Todd i dopił swoje piwo, Matt skończył swoje trochę wcześniej. -Jeszcze piwa? -zapytał Todd otwierając lodówkę.
-Bardzo chętnie, aha, Larry chciałby Nuka-Colę, jeśli można.
-OK, już się robi.
-A więc jest was pięciu, ze mną i z Larrym jest siódemka, duża ta jaskinia?
-Nie za duża, ale stado piętnastu Szponów może tam żyć bez przeszkód, oczywiście, jeśli będą mieli żarcie.
-A skąd je mają?
-Czasami uda im się ukraść parę braminów. Ale w jaskini jest masa szczurów, pewnie nimi się żywią.
-Zdaje mi się, że mamy szanse załatwić te Szpony, pogadasz z resztą strażników?
-Hmm, dobra. Pogadam z nimi jutro. Teraz już późno. Przenocujecie tutaj?
-Jeśli można.

VIII

Następnego dnia rano Matt obudził się o godzinie dziesiątej sześć i dwanaście sekund. Był w pokoiku sam. Wyszedł z izby. W kuchni Larry jadł właśnie śniadanie, iguanę.
-O, ty być już. Todd powiedzieć, że zaraz być.
W tym momencie do domku wszedł Todd, za nim stało jeszcze czterech mężczyzn w metalowych pancerzach.
-To Matt, a ten supermutant to Larry -powiedział Todd.
-Mike -powiedział krępy, łysy strażnik z pistoletem Gaussa i podał rękę najpierw Mattowi, a potem Larry’emu. Potem kolejno robili to: Tom, wysoki, blondwłosy młodzieniec z wystającą z plecaka strzelbą snajperską; Peter, niski, długowłosy z poznaczoną bliznami twarzą, w jednym ręku trzymał pistolet pulsowy i Bob, wysoki grubas z Pancor Jackhammerem.
-No, Matt, idziemy? -zapytał Todd.
-Jasne, chodźmy -odpowiedział Matt i przeładował swój karabin maszynowy.
Wyszli z domu i ruszyli w kierunku jaskini. Po chwili byli już u jej wejścia. Tom zadrżał, był najmłodszy z wszystkich strażników i bał się najbardziej. Weszli do jaskini, wszyscy wyciągnęli latarki i rozświetlili trochę ciemności. Szli kilka minut, gdy nagle coś usłyszeli, odwrócili się w stronę z której dochodził głos, Mike wystrzelił cały magazynek. Spojrzeli dokładniej, był to tylko zwykły szczur jaskiniowy. Ale odgłos strzałów zwabił jednego ze Szponów. Potwór wyskoczył z cienia, wymachiwał pazurami. Peter strzelił Szponowi prosto w oczy, potwór spalił się na popiół porażony impulsem elektrycznym. Poszli dalej. W jaskini było coraz zimniej i coraz ciemniej, w końcu natknęli się na następnego Szpona. Ten skoczył na Boba i przewrócił go na ziemię, już miał zabić grubasa, gdy odleciał parę metrów. To Larry kopnął go swoją wielką nogą, potwór podniósł się i szykował do następnego ataku gdy został rozerwany na strzępy serią z karabinu Matta.
-O kurwa -jęknął Bob. Wszyscy spojrzeli na niego, wzdłuż wielkiego brzucha biegła głęboka rana. Bob cały był umazany krwią. Todd zdjął z niego koszulę i zatamował nią upływ krwi.
-Bob, możesz iść?
-No, chyba mogę -Bob wstał i zrobił kilka chwiejnych kroków.
-Wracaj do miasta i idź do szpitala, ja nie mogę ci pomóc.
-Idę, sorry, chłopaki, że nie pomogłem wam, napraw…
-Idź już, kurwa i nie gadaj.
-Dobra, idę… -Bob zaczął iść szybko do wyjścia.
-No to jednego mniej -powiedział Todd i ruszył dalej w głąb jaskini. Szli dalej, załatwili kilka małych Szponów, te dopiero wykluły się z jaj. Sięgały ludziom co najwyżej do kolan. Obecność młodych utwierdziła Todda w przekonaniu, że w jaskini żyje matka Szponów. Szli jeszcze kilkanaście minut, aż doszli do wielkiej sali. Weszli i zobaczyli na drugim końcu sali matkę Szponów wysiadującą kilka jaj. Gdy ich zobaczyła, natychmiast ruszyła do ataku, chlasnęła wielką łapą i trafiła w rękę Mike’a. Ten jęknął z bólu i chwycił się za krwawiące ramię. Potwór odwrócił się i chciał uderzyć łapą Todda, gdy ten odskoczył i obracając się wokół własnej osi walnął maszkarę z rozmachem młotem. Siła uderzenia odrzuciła potwora do tyłu, a ten wyjąc z bólu skoczył na Todda, Larry strzelił ze swej strzelby plazmowej, trafił w głowę Szpona. Todd odskoczył w bok unikając tym samym martwego cielska które upadło tuż obok niego. Matka Szponów zginęła, leżała bez ruchu na ziemi wyszczerzywszy kły w pośmiertnym grymasie. Teraz trzeba było zniszczyć wszystkie jaja. Kiedy już to zrobiono wszyscy ruszyli w kierunku wyjścia z jaskini.

IX

Natychmiast po wyjściu z jaskini zaniesiono Mike’a do szpitala, Bob już tam był. Pozostali strażnicy opisali mu walkę z matką Szponów.
-Kurwa, ominęła mnie taka zajebista walka. Może kiedyś. Ej, ale co my teraz będziemy robić? Szponów nie ma, nie mamy już przed czym strzec.
-Aleś ty, Bob, głupi -powiedział Todd. -Na pustkowiach jest masa raidersów i innego plugastwa, w mieście potrzeba kilku ludzi, którzy mogliby je ochronić.
-No, w sumie tak.
-Dobra, fajnie się gadało, ale muszę wracać, cześć wam -powiedział Todd. -Matt, Larry, idziecie ze mną?
-Idę, cześć, chłopaki -powiedział Matt i poszedł za Toddem.
Weszli do domu Todda i usiedli w fotelach. Byli strasznie zmęczeni. Wszyscy troje zasnęli. Obudzili się dopiero nazajutrz rano.
-Zostaniesz tu na dłużej, Matt?
-Nie mogę, Todd, mam do wykonania zadanie.
-Jakie, jeśli można wiedzieć?
-Mam coś do zbadania w okolicach Den.
-Ta sprawa z zniknięciami tamtejszych mieszkańców i jednego z paladynów Bractwa Stali?
-Skąd o tym wiesz?
-No cóż, ja też należę do Bractwa, słyszałem że ktoś ma do wykonania to zadanie, ale nie wiedziałem, że to ty. Słuchaj, a może mógłbym ci pomóc, wiem, pójdę z tobą.
-Ale jesteś tu potrzebny.
-Dupa, a nie potrzebny. Oni w czwórkę sobie poradzą, a jak nie, to znajdą sobie jeszcze kogoś. Chętnych do bycia strażnikiem nie brakuje. Dobrze za to płacą.
-Skoro tak mówisz… Wyruszam jutro rano. Muszę się jeszcze przygotować.
Matt wyszedł z domu i poszedł do Marka, powiedzieć mu o psie.
-Ooooo, ty ma moja Bora?
-Niestety, Mark, Bora nie żyje.
-Żyje Bora nie? -zapytał Mark i rozpłakał się.
-Niestety, znalazłem ją w jaskini Szponów Śmierci, była nieżywa.
-Bo-bo-rraaa niiiie-nie-ży-waaaaaaa, Szpo-szpo-ny zab-zab-iiiić. Łeeeeeeeeeeeeeee!!!
Matt odszedł, widok płaczącego Marka zdołował go. Musiał się trochę rozweselić, niedaleko stąd widział burdel. Wszedł do niego, ceny były dużo niższe niż w Cat’s Paw. Zamówił panienkę na godzinę i wszedł do pokoju. I wtedy zobaczył swoją partnerkę. Leżała na łóżku, uśmiechnęła się, nie miała zębów. Matt zamknął oczy i zrobił, co do niego należało. Wychodząc wcale nie czuł się weselszy.

X

Słońce dopiero co wstawało nad pustkowiami północnej Kalifornii gdy trójka wędrowców wyruszyła z Swarefield na północ, w kierunku Gecko. Piątego dnia od wyruszenia z Swarefield, w połowie drogi do Gecko wędrowcy rozbili obóz i ułożyli się do snu, pierwszy wartę objął Todd, jego metalowa zbroja absorbowała ciepło w ciągu dnia, a oddawała je w chłodne noce. Dzięki temu Todd nie marzł. Siedział wpatrzony w ciemność, gdy nagle usłyszał czyjeś kroki. Spojrzał w miejsce, z którego dobiegały odgłosy. Rosła tam kępa krzaków. Nagle z owej kępy wyszedł ghul. Nie miał skóry, jak każdy ghul, jego mięśnie gniły, miały zielony kolor.
-Eeeee, chrzanię takie wycieczki. A mówiłeś sobie: „Ian, to nie na twoje stare kości, zostań lepiej w domu i nie chodź po tym całym pieprzonym świecie”. I co? Teraz się, kurde mol, zgubiłem i nie wiem gdzie jest Gecko. Eeee, po kiego grzyba żeś stamtąd szedł?
-Nie ruszaj się, ręce do góry -rozkazał Todd i wyciągnął swego Magnuma kaliber .44.
-Jak mam podnieść ręce, jak nie mogę się ruszać? To będzie trochę trudne.
-No dobra, kim jesteś?
-Jestem Ian, mieszkam w Gecko, ale ruszyłem w świat i się zgubiłem.
-Słuchaj, my właśnie idziemy do Gecko, idziesz z nami?
-No doooooooobra -powiedział ghul patrząc na śpiących Matta i Larry’ego. -Ale po co w Gecko dwóch gładkoskórych i jeden wielki głupek. Zawsze powtarzam: „to co się stało, to przez gładkoskórych, śmierć im i ich dzieciom”. Oczywiście nie bierz tego na serio -powiedział ghul widząc groźną minę na twarzy Todda.
Do rana było spokojnie, wszyscy po kolei obejmowali wartę. Ostatni czuwał Larry. Obudził wszystkich z rana i cała czwórka ruszyła do Gecko. Szli wolno, droga była trudna i nierówna.
-Ja wam mówię, trzeba zrobić autostrady, pamiętam jak przed wojną były autostrady i ludzie jeździli samochodami między miastami i było dużo szybciej niż na tę cholerną piechotę -narzekał Ian.
Po kilku dniach doszli w końcu do Gecko. Pożegnali Iana, który poszedł do siebie. Matt postanowił w pierwszej kolejności odwiedzić Harolda.

XI

Harold nie był prawdziwym ghulem, ghule powstały bowiem w wyniku promieniowania, a Harold zmutował poprzez wpadnięcie do zbiornika z jakąś dziwną substancją. Harold był jednak bardzo podobny do ghula i tak kazał siebie nazywać.
-Witaj Haroldzie.
-Witaj, kim jesteś, młodziaku.
-To ja, Matt, może mnie pamiętasz, byłem tu kilka razy. Jestem przyjacielem Thomasa.
-Aaaaaaaaaa, rzeczywiście, pamiętam cię. Po co przychodzisz?
-Chcę, by Thomas pomógł mi w wykonaniu zadania dla Bractwa Stali.
-Bractwa Stali? Tych głupich technofili? Powiem ci coś, kiedy Bóg rozdawał rozum, oni siedzieli w domu i oglądali telewizję -Todd obruszył się trochę usłyszawszy te słowa.
-Ej, Harold, a co to za drzewo na twojej głowie? -powiedział Matt.
-Nazywa się Mark i jest moim przyjacielem. Często ze sobą rozmawiamy. Nie, żartowałem, nazywa się Bob -Harold zaśmiał się i kaszlnął.
-No dobra, idę do Thomasa -powiedział Matt i wyszedł z blaszaka który służył Haroldowi za biuro.
Gecko było zamieszkane przez ghuli, żyli tu też ludzie, ale było ich bardzo mało. Widok tego umierającego miasta wprawiał Matta w ponury nastrój który potęgował jeszcze zapach stęchlizny. Dom Thomasa stał niedaleko baru który prowadził Wooz. Był to nieprzyjemny ghul, Matt wiedział, że jego pasją jest gra karciana „Tragic: The garnering”. Matt nie wchodził do baru, poszedł od razu do Thomasa.
-Cześć, Thomas.
-Cześć, czego chcesz, jeszcze nigdy nie przyszłeś do mnie bez powodu.
-No cóż, mam pewne zadanie, myślałem, że zechcesz mi pomóc.
-Kurwa, raz uratowałeś mi życie i teraz muszę ci się odwdzięczać co chwilę. No dobra, co to za zadanie?
-W okolicach Den znikają ludzie. Jeden z paladynów Bractwa Stali poszedł tam, znalazł jakieś laboratorium, ale nagle przerwał połączenie i już się nie odezwał.
-No dobra, ale po co ci ja? Nie możesz tu zostawić moich zmęczonych kości?
-Wiesz przecież, że świetnie strzelasz i niezły z ciebie włamywacz i mechanik. Możesz się przydać.
-No jasne, jak trwoga to do Thomasa! No dobra, uratowałeś mnie kiedyś przed tymi pieprzonymi skorpionami. Dobra, pójdę z tobą. Ale co to za zielone coś. Nie wygląda mi na inteligenta -powiedział Thomas, zobaczywszy wchodzącego do jego domu Larry’ego.
-Ja Larry, mi miło.
-Mi niezbyt. Ej, wziąłeś go, żeby rozmawiać o poezji?
-Nie, ale bądź dla niego miły, uratował mi życie.
-Postaram się, o ile można być miłym dla kogoś o IQ 13. Zdaje mi się, że widziałem kiedyś mantista inteligentniejszego od niego. Dobra, kiedy jedziemy?
-Jutro, muszę odpocząć i kupić trochę sprzętu. Zobaczymy się jutro rano.
-OK. Idę wyczyścić moją strzelbę. Nara, Matt. Cze, Einstein.

XII

Matt wszedł do baru Wooza, stał tam Todd, który wcześniej rozmawiał z Haroldem. Popijał piwo.
-Cześć, Wooz -powiedział Matt i beknął.
-Cziego ty tiu? Chcie zagriać?
-Nie mam kart. Daj mi coś do picia.
-Kurwa, nikt nie chcie zie mnom griać, a miuszem spriawdzić nowego decka.
-Dobra, dawaj to pieprzone piwo albo rozwalę ci ten twój łeb! -Matt doskonale panował nad swymi emocjami.
-Diobra, diobra, masz, dwa doliary -jedno Matt lubił u Wooza, miał bardzo tanie piwo.
Matt rozejrzał się po barze, w kącie siedział człowiek, był to rzadki widok w Gecko, jako że to miejsce było raczej omijane przez ludzi.
-Cze, kim jesteś?
-Pracuję przy karawanach. Potrzebujemy strażników. Wchodzisz?
-Dokąd?
-Modoc. Vic dobrze płaci.
-Kiedy wyjeżdżacie?
-Jutro z rana.
-Jaka stawka?
-500 dolców od osoby.
-Jest nas czterech. Ja, ten gościu, tamten supermutant i ghul. 600 od jednego.
-550.
-Dobra.
-No to do zobaczenia jutro o ósmej przed barem.

XIII

-Jesteście w końcu, już mieliśmy jechać bez was -powiedział grubas, mistrz karawany.
-Jesteśmy. No to co, ruszamy?
-OK. W drogę!
Pierwszy dzień minął spokojnie, oprócz Matta, Larry’ego, Todda i Thomasa w karawanie szło jeszcze czterech facetów: Luke, Michael, Damon i Ben. W nocy rozpalili ognisko. Thomas pełnił wartę, gdy zza krzaków zauważył grupę łowców niewolników popędzających biczami grupę tribali. Ghul zbudził towarzyszy. Ci postanowili uratować nieszczęśników. Obawiali się, żeby nie zabić przypadkiem niewolników. Matt zakradł się za plecy jednego z łowców, wyciągnął nóż i poderżnął mu gardło. Plugawa krew łowcy popłynęła na rękę Matta. Przedśmiertny jęk slavera wzbudził uwagę drugiego. Odwrócił się i już miał strzelić Mattowi w głowę, gdy jego czaszka została zmiażdżona przez młot Todda. Trzeci nie zdążył się odwrócić gdy dostał w plecy wiązką plazmy. Larry zbojrzał na głowę jednego ze slaverów i zmiażdżył ją nogą.
-No, jesteście wolni, możecie iść.
-My nie wiedzieć gdzie.
-Dobra, chodźcie z nami, zostawimy was w jakimś mieście.
Następnego dnia znaleźli jakąś małą wioskę i zostawili tam tribali. Szli długo w kalifornijskim słońcu, było im bardzo gorąco. Było koło ósmej wieczorem, szli powoli, a brahminy ciągnęły ślamazarnie wozy z towarami. Nagle zza skał wyłoniła się głowa jednego z raidersów -pustynnego bandyty. Mężczyzna wyciągnął strzelbę i strzelił w pierś Bena, pocisk zatrzymał się jednak w pancerzu. Thomas wyciągnął swoją broń i strzelił napastnikowi prosto w czoło. Teraz jednak karawaniarze zauważyli, że są okrążeni przez bandytów. Larry załatwił kilku swoją strzelbą plazmową, ale jeden z nich zdążył rzucić granat w kierunku Damona. Najemnik rozprysnął się na kilka kawałków. Todd wyciągnął zza pasa noże do rzucania i zabił nimi kilku raidersów. Matt położył kilku, Thomas siał wśród napastników spustoszenie. Ale było ich za wielu. Jeden z nich podbiegł do Luke’a który zajęty był przeładowywaniem broni i wystrzelił w niego serię z Pancora, po chwili zginął od młotu Todda. Matt zauważył właśnie ciała Bena i Michaela, gdy zza horyzontu wyłoniła się niespodziewana pomoc. Był to patrol, który pilnował okolic Vault City. Z ich pomocą karawaniarze odparli atak raidersów. Teraz oprócz Matta pozostali w karawanie tylko Vic, Todd, Larry, Thomas i Luke. Trzej pozostali zginęli.
-Kurwa!!! Pozabijali mi brahminy! -krzyczał Vic. -Na szczęście dwa uszły z życiem, będę mógł przewieźć przynajmniej część towaru.
Ruszyli w dalszą drogę do Modoc, a słońce zachodziło nad pustynią.

XIV

Było południe gdy dotarli do Modoc. Była to spokojna miejscowość rolnicza utrzymująca się z handlu skórami brahminów. Miasto to upadało, kupcy kupowali coraz mniej skór.
-Dzięki. Gdyby nie wy pewnie bym tu nie doszedł. Macie tu po 550 dolców. Aaa, dobra, macie jeszcze 500 premii. Uratowaliście mi dupę. Słuchajcie, nie chcecie teraz jechać ze mną do Redding?
-Nie, dzięki, to zupełnie nie po drodze. Poza tym, tam żyją te pieprzone Szpony. No to do zobaczenia.
Cała czwórka poszła najpierw do hotelo-baru, gdzie wynajęli pokój i zjedli obiad. Później rozeszli się po Modoc. Matt przechadzał się właśnie główną ulicą, gdy zauważył siedzącą przy studni szatynkę o kształtnych piersiach i jędrnych pośladkach.
-Witaj, jak się nazywasz?
-Jestem Miria. A ty kto?
-Jestem Matt. Co tu robisz?
-Jestem córką rzeźnika. Pomagam mu.
-W czym mu pomagasz?
-Naprawdę cię to interesuje? To takie nudne…
-Ty jesteś interesująca, dlatego wszystko, co robisz, też jest interesujące.
-Ooo, nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak ty. Wszystko, czego chcą inni to seks, seks i seks. Nie chcę codziennie uprawiać dzikiego seksu. Wiesz co, może pójdziesz do mnie, to po drugiej stronie ulicy.
-Z chęcią.
Miria zaprowadziła Matta do swojego pokoju, zamknęła drzwi i usiadła obok Matta na łóżku.
-Nie za blisko siedzisz?
-Och, jesteś taki słodki -Miria uśmiechnęła się i zaczęła odpinać guziki u koszuli. Ściągnęła ją odsłaniając piersi. Ściągnęła kurtkę i koszulkę Matta. Przytuliła się do niego. Jej sutki były twarde i łaskotały Matta sprawiając mu przyjemność. Ściągnęła mu spodnie i objęła nogi udami, gdy do pokoju wszedł jej ojciec. W ręku trzymał strzelbę i miał bardzo złą minę.
-Znowu się puszczasz! I to z jakimś obdartusem! Kto to?
-To Ma…
-Cicho!!! Jest tylko jedna możliwość, by to naprawić. Musicie wziąć ślub. Jazda!!! Ubierać się! Idę po Jo.

XV

Kościół w Modoc był mały i pusty. Był używany tylko przy ślubach. Mieszkańcy postnuklearnej Kalifornii byli zazwyczaj ateistami lub członkami sekt. Na ścianach domu modlitwy wisiały zardzewiałe, metalowe krzyże.
-A więc zebraliśmy się tu… -zaczął Jo, burmistrz Modoc.
-Nie pieprz Jo, do rzeczy -ponaglał rzeźnik.
-A więc czy bierzesz Mirio Davis tego oto Matta Bulckera za męża?
-Tak!
-A czy ty, Matt’cie Buckler bierzesz tę oto Mirię Davis za żonę?
-Eeeeeeeeeee…
-Chłopcze! -zagroził już prawie teść.
-No tak, nie?
-A więc ogłaszam was mężem i żoną. Pan młody może…
-Przymknij się, Jo.
Tak oto Matt zmienił swój stan cywilny. Po namiętnie spędzonej nocy poślubnej postanowił wyruszyć z Modoc tego samego dnia, w tajemnicy przed teściem. Wyruszył więc o szóstej dwanaście i osiem sekund. Razem z nim szli Miria, Larry, Todd i Thomas. Ruszyli i po dziesięciu godzinach, szesnastu minutach i trzydziestu sekundach stanęli przed bramą miasta Tonysville. Było to miasto policyjne, Matt nie chciał zatrzymywać się tutaj, ale jako że opuszczał Modoc w pośpiechu, nie zrobił odpowiednich zapasów. Stanął więc przed strażnikami miasta.

XVI

-Czego tu, sukinsyny i sukincórki? -rozpoczął przyjazną konwersację jeden z klawiszy.
-W Modoc wisiało ogłoszenie „Poszukiwani kompletni idioci. Wysoka nagroda.” -odpowiedział Thomas.
-Nie obrażajcie przedstawicieli prawa! To zabronione!
-Super, widzę, że wam zabronili używać mózgów.
-Zostaniecie aresztowani! Popamiętacie nas, skurwysyny!!!
-Twa elokwencja mnie onieśmiela.
-Ręce do góry!
-Taaaaaaaaaa, patrz jak podnoszę.
-Wiesz co, Thomas, ja bym jednak te ręce podniósł -wtrącił się Matt.
-A to dlacze… -Thomas odwrócił się i zobaczył wycelowaną w niego lufę karabinu maszynowego. Byli okrążeni przez strażników. -Widzicie, ja tylko żartowałem. Hie, hie. Wiecie co to żart? To takie coś, co ktoś opowiada, a drugi spada z krzesła, jeden spada, bo go zrozumiał, a inny, bo się opiekun akurat zagapił. No, to my sobie pój…
-Stać!!! Pójdziecie z nami, do więzienia. Popamiętacie nas, sukinkoty!!!

XVII

Wylądowali w piątkę w małej celi. Nie było łóżek ani innych mebli. Tylko jeden krzesło, które zepsuł Larry, gdy na nie usiadł. Wszyscy siedzieli zamyśleni, tylko Matt z Mirią uprawiali seks nie zwracając uwagi na resztę.
-No to fajnie -jęknął Todd. Miria też jęknęła, ale z innego powodu. -Nie mogłeś być cicho, Thomas?
Thomas bawiąc się patykiem urwał sobie kawałek nosa.
-No jasne, zawsze wszystko przez Thomasa. Deszczu nie ma, przez Thomasa. Plony złe, przez Thomasa. Jak się krowa tylko z jednym łbem urodzi, to też przeze mnie. Dobra, ja to przecierpię.
-Ale to ty ich sprowokowałeś!
-Srałem, nie sprowokowałem! To tępaki były, co miałem mówić?
-Najlepiej nic.
-Larry głodna -przerwał kłótnię Larry.
-Skąd mam wziąć żarcie? Zapytaj klawisza, kiedy obiad.
-Ej, klawisza, kiedy obiad?
-Nie ma obiadu, chyba że okażecie skruchę.
-A takiego wała! -krzyknął Thomas i puścił wiatr prosto w twarz strażnika.
-Dobra, zobaczymy.

XVIII

-Dobra, chłopcy i dziewczęta, chcą nas wziąć głodem. Trzeba działać. Widziałem, że nasz ekwipunek jest w pokoju obok, trzeba tylko załatwić tego strażnika. Ja go zawołam, a Larry zdzieli go w łeb. Dobra zaczynamy. EJ, KLAWISZ!!!
-Czego? -zapytał strażnik i wszedł do celi. Wtedy Larry walnął go w głowę i pozbawił przytomności. Strażnika związali i zakneblowali. Matt wziął mu klucze i skradając się otworzył magazyn. Były tam wszystkie sprzęty więźniów. Uzbrojeni ruszyli w kierunku wyjścia. Załatwili jeszcze dwóch strażników i doszli do drzwi. Thomas włamał się do nich i wyszli na zewnątrz. Stała tu zaparkowana ciężarówka. Wsiedli do niej i uciekli z Tonysville. Zatrzymali się dopiero kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschód. Sprawdzili zawartość ciężarówki. Okazała się być załadowana bronią, amunicją i dużą liczbą sprzętu.
-Pomyślcie, za ile to można opylić -powiedział Todd.
Ruszyli dalej, kierował Thomas, Todd i Larry siedzieli obok niego. Pod plandeką słodki owoc namiętności konsumowali Matt z Mirią. Seks w trzęsącym się samochodzie ciężarowym był bardzo podniecający. Po dniu podróży samochodem byli w Den. Była to mała miejscowość w której rozwinęła się przestępczość. Żyło tu pełno ćpunów, prostytutek i gangsterów. Całe miasteczko ogrodzone było wysoką siatką, w zamyśle służącą obronie przed pustynnymi bandytami, teraz chroniąca bardziej pustynię przed plugastwem z Den. Główna „ulica” Den była pusta, wzrok Todda przykuł jednak porywany przez wiatr magazyn dla mężczyzn „Cat�s Paw”.

XIX

Matt wynajął dwa pokoje: jeden dla niego i Mirii, drugi dla reszty. Seks na zdezelowanym materacu bardzo go podniecił. Następnego dnia rano Matt znalazł u miejscowego dilera te same tabletki, które miał Jules, kupił ich trochę. Przechodząc koło burdelu zapytał:
-Thomas, Thod, Larry, chcecie panienkę?
-Ja nie chcieć.
-Z chęcią -odpowiedział Todd.
-A ty, Thomas?
-Słuchaj, mam sto siedemdziesiąt dwa lata, zgniłozieloną skórę, przed chwilą odpadł mi kawałek bicepsa. A w dodatku to pieprzone promieniowanie mnie wysterylizowało, czy ty na moim miejscu miałbyś ochotę na seks? Wątpię.
-Dobra, nie gorączkuj się tak. No to na razie, Todd, bądź w hotelu o siódmej.
Matt postanowił dowiedzieć się trochę na temat zaginionych ludzi. Poszedł więc do baru Becky, by zaczerpnąć trochę informacji.
-Cześć, Becky, co nowego?
-Nic, no może oprócz tego, że znikają ludzie.
-Kto?
-Głównie ćpuny, ale ostatnio zniknął jeden z ludzi Lary. Nikt nie wie, kto za tym stoi.
-Nie podejrzewasz nikogo?
-Nikogo. Po prostu znikają i już. Boję się, że kiedyś to będę ja.
-A kto może coś wiedzieć na ten temat?
-Zapytaj Dereka, on wie dużo, no chyba że jest na haju.
Matt poszedł do Dereka. Od razu zauważył, że ten jest naćpany.
-Cześć, Derek.
-Czeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee, czego szukasz łowco przygód?
-Informacji.
-Łłłłłłłłłłłooooooouuuuuuuuuuoooooooooooooołłłłłłłł, ale się kręci. Informacji szukasz, a kiego rodzaju?
-Na temat znikających ludzi.
-Ludzie mi znikają, jak się za bardzo najaram, wtedy ich nie widzę. Uuuuuuuuuuuuu!!! Ale Jet daje kopa!
-Chodzi mi o inne znikanie.
-Aaaaaa, a to, co znikają ludzie z Deeen i się boją szyscy? Ja wiem kto to zrobił.
-Kto?
-Metalowe ludziki, takie mrówki wielkie ich zabierały, oooooooooo tam -Derek pokazał kierunek południowy.
-Taaaa, jasne.
-Nieeeeeeee, bo ciemne, aaaaaaaaaaallllllllllleeeeeee cieeeemność widzę. Uuuuuuuuuuuuuu!!! -Matt wiedział, że od Dereka nie wyciągnie nic więcej. Postanowił jednak sprawdzić tereny na południe od Den, chciał zrobić to nazajutrz.

XX

-Dobra, dzisiaj idziemy poszukać jakichś śladów w miejscu, które pokazał Derek.
-Wierzysz temu ćpunowi?
-A co mam robić? Nikt więcej mi nic nie powiedział na temat tych zniknięć, a sprawdzić zawsze można.
-Dobra, ruszamy już teraz?
-Jeśli jesteście gotowi…
Wyruszyli we wskazanym przez Dereka kierunku, szli powoli, starając się nie robić hałasu. Tylko Larry beztrosko puszczał wiatry.
-Einsteinie, będziesz cicho? -zdenerwował się Thomas.
-Ja cicho.
Szli tak pół godziny, gdy Thomas posiadający świetny wzrok zauważył jakiś budynek, po chwili budynek zobaczyła reszta. Był to duży biały budynek, podeszli bliżej. Ale w tym momencie zza krzaków wyskoczyło dwóch ludzi w pancerzach energetycznych.
-Idziecie z nami.
-Spierdalaj!!!
-Idziecie z nami, albo rozwalimy wam łby!
-Gdzie idziemy?
-Zobaczycie.
-A takiego wała!
-Dobra. Chłopaki! Wychodzić! -w tym momencie z krzaków wyskoczyło jeszcze pięciu.
-OK, idziemy. Nie mamy szans w walce.

XXI

Żołnierze zaprowadzili ich do białego budynku który widzieli z oddali. Więźniów sprowadzono na sam dół wielokondygnacyjnego bunkra. Wylądowali w jednej celi jeszcze z kilkoma innymi. Było tam sześciu ćpunów i facet w metalowej zbroi.
-Co tu robicie? -zapytał Matt.
-Zamknęli nas jakiś czas temu, codziennie wyprowadzają jednego i ten już nie wraca.
-Czegoś się domyślacie?
-Nie, ale klawisze coś pieprzą jakimś FEV-ie. Wiesz może co to?
-Ja wiem -przerwał Todd. -FEV to wirus wymuszonej ewolucji, kilkadziesiąt lat temu użyto tego do stworzenia armii mutantów. Ale jakiś człowiek z Krypty 13 z pomocą przyjaciół uratował świat. Każdy członek Bractwa zna tę historię na pamięć.
-No to przynajmniej wiemy, po co im ludzie. Będą robić eksperymenty z tym FEV-em. Ale jak to już było, to po co nad tym pracować jeszcze raz?
-FEV miał wadę -mutanty były sterylne, może to potwierdzić Larry albo Thomas, pewnie chcą dopracować wirusa, by mutanci mogli się rozmnażać.
-No to super. Za nie długo zamienimy się w takich samych inteligentów jak Larry -jęknął Thomas.
Po kilku godzinach strażnicy zabrali jednego z ćpunów. Więźniowie opadli już z nadzieji, gdy Thomas zauważył jakieś metalowe drzwiczki. Otworzył je wytrychem, w środku znajdował się jakiś komputer. Dzięki niemu można było otworzyć drzwi oraz przekazywać komunikaty.
-Do wszystkich strażników! Ucieczka więźniów w skrzydle 23! Zostawić robotę i łapać zbiegów! -wszyscy strażnicy pobiegli zostawiając celę bez opieki. -To pewnie byli supermutanci. -Thomas otworzył drzwi, wszyscy wybiegli, zaraz obok drzwi znaleźli właz, dzięki któremu weszli na górę. Biegli aż znaleźli się w dość znacznej odległości od laboratorium.

XXII

-Dobra, trzeba zawiadomić Bractwo.
-Tutaj znajduje się bunkier Bractwa, możemy ich zawiadomić.
-Chodźmy.
Już po chwili ich oczom ukazał się budynek Bractwa Stali. Był to jeden z nielicznych budynków w Den, który nie był zniszczony. Głównie dlatego, że Bractwo dbało o reputację, a wygląd siedzib uznawali za czynnik bardzo opiniotwórczy.
-Witajcie kadecie Todd, witajcie kandydacie Matt. Witajcie reszto.
-Siemano. Skąd znasz moje imię? -spytał Matt.
-My wiemy wiele rzeczy.
-Dobra, jest problem. Odkryliśmy, co to za laboratorium na południe od Den.
-Wejdźcie, przekażecie tę informację Radzie Starszych.
Drzwi budynku otworzyły się, w środku zauważyli komputer z dużym wyświetlaczem. Na nim ukazały się twarze pięciu ludzi w purpurowych płaszczach.
-Wysoka Rado! Oto przyszedł człowiek wyznaczony do wykonania zwiadu w okolicach Den.
-Słuchamy.
-Odkryłem powód znikania ludzi.
-Tak?
-Tam jest laboratorium. Podejrzewam, że prowadzone są tam badania na temat wirusa wymuszonej ewolucji.
-Skąd to wnioskujesz? A poza tym, po co pracować nad FEV, jeżeli on istnieje?
-Uciekłem z laboratorium, możliwe, że wirus jest modyfikowany, by mutanci nie byli sterylni.
-Hmmmmmmmmm… możliwe, bardzo możliwe… Co sugerujesz?
-Proponuję atak.
-Nie, nie, nie. Badania tam prowadzone mogą nam się przydać. Nie, trzeba wpuścić tam kogoś by pozbierał informacje.
-Czy to nie jest zbyt niebezpieczne? Szpieg mógłby zostać wykryty.
-Rada musi się zastanowić. Werdykt podamy za kilka godzin.
-Chwileczkę…
-Tak?
-A moja nagroda? Wykonałem zadanie.
-Kadecie Martin! Wypłaćcie kandydatowi nagrodę, dziesięć tysięcy, tak?
-Trzynaście.
-A więc trzynaście. Zostajecie także członkami Bractwa.
Strażnik wypłacił Mattowi nagrodę i sprowadził całą piątkę na niższy poziom bunkra. Wszyscy dostali tam specjalne pancerze bractwa oraz amunicję do swojej broni. Tylko Miria nie wzięła pancerza uważając, że jest mało seksowny. Znalazł się nawet pancerz odpowiednio duży na Larry’ego.

XXIII

Minęło kilka godzin, gdy w końcu włączył się monitor i ukazały się twarze Starszych.
-Podjęliśmy decyzję. Na zwiad do laboratorium zostanie wysłany kadet Matt Buckler.
-Ale czemu? Ja nie chcę…
-To rozkaz. Jesteś członkiem Bractwa, musisz wykonywać nasze rozkazy.
-Wobec tego chcę wystąpić z Bractwa!
-Tym, którzy chcą zrezygnować grozi śmierć. Masz wybór śmierć albo…
-…śmierć podczas zwiadu!
-Przy zwiadzie masz jakiekolwiek szanse.
-Wypchajcie się!
-Martin! Zlikwiduj ich.
-Wykonuję -nagle Matt i jego towarzysze znieruchomieli. Poczuli ból, wypuścili broń, próbowali się poruszyć, ale się nie udawało, przywarli do podłogi. Martin wyciągnął z szafy Miniguna.
-O kurwa… -powiedział Matt i było to jego ostatnie wypowiedziane zdanie. Później poczuł już tylko, jak 40 pocisków rozrywa jego ciało. Czerń i czerwień zalała jego oczy, a potem nie było już nic…

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.