Wasteland, cz. 2

Autor: Konrad „Rafian” Wąsik

Rozdział 2 : Obóz

Gdy zapadał zmrok przybyliśmy na miejsce. Gwiazdy błyszczały na nocnym niebie niczym pochodnie na ulicach miast opanowanych przez mrok. Noc na pustkowiach wielce różniła się od dnia, w dzień żar słoneczny był tak silny że niektórzy nie potrafili wytrzymać w palących promieniach i spędzali najcieplejsze godziny w swoich domostwach w których byli nań mniej narażeni. Noc natomiast była zupełnie inna, jak zupełnie nie ten świat w którym przebywało się jeszcze parę chwil temu, wręcz przyjemna. Przeświecający przez zasłaniające gwiazdy chmury srebrny księżyc oświetlał wypalone ogniem pustkowie a jego światło wydawało się odbijać od zniszczonej, wypalonej ziemi co tworzyło wielce zachwycający efekt. Staliśmy na stromym zboczu, płaskie pustkowie opadało tu gwałtownie tworząc wielką dolinę w której samym środku mieścił się obóz… obóz ludzi… bandytów których mieliśmy za chwile zaatakować i zabić. Stałem tam tak razem z kilkoma strażnikami i najemnikami, nędzną grupką dwudziestu osób która miała za chwile poradzić sobie z bandą po żeby uzbrojonych morderców. Chłodny wiatr muskał twarz, niegolone od dawna włosy sięgające mi już do ramion rozwiewały się i niekiedy przysłaniały oczy. Obok mnie stał Louis w swoim hełmie i oparłszy karabin trzymany w ręku o ramie spoglądał w dół, zanim stali uzbrojeni strażnicy niewielkiej mieściny Green Wood. Kawałek dalej potężnie zbudowany mężczyzna wraz ze swymi ludźmi… Doyl, opierał się na trzymanym w rękach wielkim młocie, był ubrany i uzbrojony podobnie do wszystkich, wyróżniał się jedynie posturą która nad nimi górowała. Tak samo jak Louis spoglądał w dół i zgrzytał zębami.

– Mają pieprzone mury obronne… Dookoła całego tego swojego siedziska…

Louis wychylił się trochę za krawędź zbocza.

– Tak… I zdaje się że tylko jedne wejście. Maja chyba zamykaną ręcznie bramę, nie widzę
dokładnie z tej odległości.

Po chwili dodałem krzywiąc się.

– I pewnie masę ludzi jej strzegących.
– Zapewne

Louis zaklął szpetnie. A do rozmowy wtrącił się Jacki.

-Louis, Max, Doyl nie biadolcie mi tak tam. Wpadniemy, rozjebiemy i po sprawie.

Nikt nawet nie odpowiedział a Jacki wrócił do reszty najemników. Podszedłem bliżej skraju urwiska, usiadłem na ziemi wyciągając nogi przed siebie i prowizorycznym rzemieniem skręconym z części tkaniny oderwanej z nogawki w spodniach spiąłem włosy w kok aby nie przeszkadzały podczas walki. Doyl odwrócił się i poszedł w środek zbiorowiska swoich ludzi wykrzykując przy okazji coś do jednego z nich.

– Masz przy sobie zabawkę co ostatnio znaleźliśmy ?

Mówił do Jackiego który ściągną z pleców plecak i wydobył po chwili jakieś zawiniątko.

– Trzymaj… Tylko nie upuść po rozbijesz szkiełko i wszystko szlak trafi.

Doyl wyrwał mu rzecz z ręki i wrócił z powrotem na skraj urwiska. Staną i przyłożył przedmiot do oczu.

– Kurwa… ciemno jest i nic nie widać. Jest tam jak nic ponad trzydziestu skurwysynów.

Rzucił przedmiot który spadł mi na kolana. Była to lornetka, jedno szkiełko miała pęknięte ale drugie zdawało się być całe. Dmuchnąłem w nie i wstałem przykładając do oczu podobnie jak Doyl. Widziałem teraz obóz jakby był niemal na wyciągnięcie ręki, lecz było ciemno i mimo tego prawie nic nie było widać. Dostrzegłem rzeczywiście tylu ludzi o ilu mówił muskularny przywódca najemników, z tego co widziałem kilku z nich krążyło po murach obserwując okolice.

– Mają na murach strażników.
– Pokarz mi to i daj rzucić okiem.

Rzuciłem lornetkę Louisowi.

– Cholera… Zareagują jak będziemy w połowie drogi i cała reszta wlezie na mury. Resztę sobie sami dopowiedzcie.
– Rozjebią nas zanim tam dojdziemy.

Louis tylko się skrzywił i dodał.

– Doyl czy musisz tyle kląć ? Potrzebujemy elementu zaskoczenia, najlepiej by było jakby nie dostrzegli nas W ogóle. Wtedy jakoś dostalibyśmy się do środka, zaskoczyli strażników bramy…

Spojrzałem w dół.

– To raczej niemożliwe, będziemy tam widoczni jak czarny paproch w kubku mleka bramina.

Louis coś pomruczał pod nosem i po paru minutach myślenia dodał.

– Dwie osoby może zdołały by się przekraść a następnie wspiąć na mur i zlikwidować
strażników po cichu. Mam w plecaku akurat dwa tłumiki, może pasowały by do strzelb. Lecz nie miałem okazji nigdy ich sprawdzić, nie potrzebowałem i nie wiem czy w ogóle zadziałają.

– To lepiej żeby kurwa zadziałały bo lepszego planu nie wymyślimy. Jeśli nie zadziałają…
– Doyl pomyśl chwile. Pamiętasz nasz najnowszy sprzęt ? Popatrzcie chłopaki co tutaj mam.

Głupi uśmieszek Jackiego grzebiącego w plecaku doprowadzał mnie do szału. Po chwili wyciągnął następne zawiniątko i ostrożnie położył na ziemi.

– Co to jest ?

Spojrzałem na przedmiot i szybko dodałem.

– Kordex…
-Tak kawał wojskowego Kordexu z zapalnikiem.

Jacki wyszczerzył się jeszcze bardziej. Nie wiedziałem że można się tak szczerzyć…

Na myśl nasuwało mi się tylko jedno pytanie.

– Jacki umiesz to uruchomić ?
– Pewnie stary. I mam w plecaku jeszcze jeden taki.

Wszyscy uśmiechnęli się szyderczo.

– Louis dawaj te tłumiki. I oby pasowały.

Wyciągnął po chwili dwa tłumiki z których każdy był długości około 30cm.

-Nie kracz Max, będą.

Mówiąc to ściągnął strzelbę z pleców i przykręcił tłumik do końca lufy.

– Idealne, Jacki zakładaj, musisz iść bo jako jedyny potrafisz nastawić zapalnik. Tłumiki są dwa. Pytanie kto pójdzie z tobą ?

Szybko się odezwałem.

– Ja pójdę.
– Dobra Max i Jacki idą. Schodzicie w dół zbocza i podkradacie się do obozu. Policzcie do stu. My tak samo. Po tym czasie wchodzimy z Doylem i chłopakami więc żeby lepiej było po eksplozji i strażnikach. Nie chce mieć dodatkowej dziury w dupie. I wszyscy są chyba podobnego zdania ?

Po twarzach wszystkich przebiegł uśmieszek. Nakręciłem tłumik, pasował jak ulał, Jackiego tak samo. Spojrzeliśmy na siebie i obejrzeliśmy się na wszystkich. Ruszyliśmy w dół zbocza. Było dość stromo, słyszeliśmy jeszcze podniesione głosy Louisa i Doyla wydających rozkazy.

Dotarłem na duł zaraz po Jackim. Cudem nie obsunęliśmy nawet kawałka zbocza, dzięki czemu nie uczyniliśmy żadnych hałasów. Gdy stawiałem pierwszą stopę na równym terenie doliczyłem już do 35. Czas mijał szybko, za szybko. Odezwałem się do Jackiego.

– Trzydzieści pięć . Oby chłopaki liczyli podobnie.

Spojrzeliśmy na siebie i przykucając ruszyliśmy dalej. Byliśmy już w połowie drogi gdy na murach w mroku dało się zauważyć poruszenie.

-Jacki za kamień.

Szybko wskazałem najemnikowi małą skałę kawałek dalej a sam padłem na plecy przed następną znajdującą się tuż przede mną. Po chwili kawałek dalej spadła zapalona pochodnia. Gdybyśmy przeszli jeszcze kawałek było by po ptakach. Musieliśmy poczekać aż pochodnia zgaśnie ale nie było na to czasu.

– Cholera siedemdziesiąt.

Odezwałem się najciszej jak umiałem. Miałem nadzieję że Jacki mnie usłyszał. Usłyszał, bowiem po chwili popatrzył się na mnie. Szybko wskazałem na broń i do tył w kierunku obozu. Miałem nadzieję że zrozumiał. Parę głębszych oddechów i obróciłem się na brzuch zajmując pozycję obok kamienia za którym cały czas się ukrywałem. Byłem teraz doskonale widoczny i narażony na ostrzał lecz mimo to uśmiechnąłem się pod nosem. Pochodnia dawała na tyle dużo światła że było widać czterech strażników na murach po stronie z której się zbliżaliśmy, a na dodatek ten który był dokładnie przede mną, i to najprawdopodobniej ten który rzucał pochodnie stał odwrócony w zupełnie innym kierunku najwyraźniej uznając że wszystko jest w porządku. Mylił się jednak. Odległość była daleka, pocisk mógł minąć cel o kilka centymetrów, musiałem jednak trafić dokładnie w głowę, nie mogło być żadnych wrzasków tylko czysta śmierć, o ile można to tak nazwać. Uśmiechnąłem się jeszcze bardziej i wycelowałem. Po chwili koncentracji pociągnąłem za spust. Odetchnąłem z ulgą gdy nie nastąpił żaden huk. Dał się słyszeć jedynie charakterystyczny świst towarzyszący kuli opuszczającej z wielką prędkością lufę. Cały największy huk pochłonął tłumik. Opuściłem trochę strzelbę z przed oczu i zobaczyłem jak strażnik zwala się na mur nie wydawszy przy tym nawet najcichszego jęku. Kontem oka dostrzegłem Jackiego w identycznej pozycji jak moja. Także wystrzelił bowiem kolejny strażnik zwalił się na mur. Jego strzelba podobnie nie wydała żadnego dźwięku poza świstem. Zdumiewająco szybko, nie odrywając wzroku od swojej broni aby sprawdzić czy strzał trafił obrócił się lekko w stronę kolejnego celu i znów wypalił. Truchło zwaliło się na mur a Jacki zaczął przetaczać się powrotem za kamień. Zdumiałem się tym jak Jacki perfekcyjne strzela na tyle długo że mój pozostały przy życiu cel już dostrzegał wolące się trupy swoich kompanów. Czas jakby zwolnił dla mnie i czułem się jakbym płyną w smole. Wycelowałem i strażnik mający właśnie krzyczeć aby wszystkich zaalarmować zwalił się martwy z kulą utkwioną w samym środku nosa. Obaj z Jackim niemal automatycznie podnieśliśmy się i rzuciliśmy do biegu. Zdałem sobie sprawę że całkowicie zapomniałem o liczeniu i obróciłem się zerkając za plecy. Louis, Doyl i pozostali byli już na naszych wcześniejszych pozycjach przy kamieniach. Gdy wyhamowałem na murze krzyknąłem do Jackiego.

– Pośpiesz się z tym.
– Nastawiam tą na 10 sekund ! Drugą na 8 ! Jak krzyknę to padnij !

Gdy się mu przyjrzałem zauważyłem że trzyma już w rękach Kordex i przylepia go szybko do ściany. Natychmiast gdy wcisnął jakiś guziczek przez co dało się słyszeć piknięcie. Ruszył biegiem w moją stronę . Dzieliło nas może 15 metrów.

-Teraz !

Wrzasną na cały głos przylepiając następny Kordex szybkim dotknięciem ręki do muru w miejscu gdzie się przed chwilą znajdowałem. Ruszyłem ile sił w nogach w stronę naszej byłej kryjówki. Jacki tak samo bowiem słyszałem jak ciągle krzyczał za moimi plecami „Szybciej ! Szybciej !”. Usłyszałem jeszcze wrzask jakiegoś bandyty „Alarm!” i padłem na brzuch ciśnięty przez siebie siłą wybuchu…
Kawałki gruzu spadały mi na plecy i głowę którą zasłoniłem rękami. Dwa wybuchy nastąpiły niemal w tej samej chwili. W uszach mi dzwoniło i kompletnie nic nie słyszałem. Gdy deszcz odłamków w końcu ustał zacząłem się podnosić. Jacki parę metrów obok czynił podobnie. Zanim zdążyłem wstać na kolana złapały mnie czyjeś ręce i podniosły na nogi. Zobaczyłem przed sobą rozmazane kształty Louisa.

-Żyjesz ? Łap za broń i przez dziurę do środka do póki są zaskoczeni !

Od razu schyliłem się po swój karabin i ruszyłem w kierunku dziury w okolicach której nic nie było widać oprócz kurzu i dymu. Jacki obok był podnoszony właśnie przez jednego z najemników i pokazywał do mnie wyciągnięty kciuk. Potrząsnąłem głową i wskoczyłem z kilkoma innymi chłopakami w tumany kurzu gdzie znajdował się jeszcze parę chwil temu betonowy mur, do wnętrza obozu…
Pierwsze strzały usłyszałem od razu po wejściu w chmurę kurzu, odruchowo skoczyłem w lewo i przycisnąłem się płasko do ziemi czołgając się przy tym cały czas przed siebie. Parę centymetrów od miejsca gdzie w murze powstała wyrwa znajdował się akurat budynek bezpośrednio z nim połączony więc z jednej strony byłem całkowicie osłonięty, chyba że ktoś byłby na górze. Gdy o tym pomyślałem akurat wyłoniłem się z chmury i zauważyłem bandytę wbiegającego po metalowych stopniach. Przeturlałem się ustawiając pod odpowiednim kątem i nie mierząc oddałem trzy strzały. Pierwszy chybił ale dwa następne trafiły cel. Gdy pierwszy osiągnął jego pierś zachwiał się i oparł o barierkę schodów lecz siła drugiego zrzuciła go na dół przerzucając ciało przez barierkę. Wstałem i ruszyłem pod schody pod którymi mogłem znaleźć jako taką osłonę. Z biegu wyhamowałem wślizgiem i od razu rozejrzałem się aby się zorientować w sytuacji. W czasie gdy coraz więcej najemników i strażników wpadało do środka przez otwór bandyci zaczęli się organizować, wypadali z budynków strzelając gdzie popadnie i szukając osłony. Zastanowiłem się dlaczego nie strzelają przez okna lecz od razu zauważyłem że budynki ich nie posiadały, było to jakby zwykłe bunkry z betonu. Skoncentrowałem się na powrót na bandytach i zapewnieniu osłony moim sprzymierzeńcom, wychyliłem lufę strzelby opierając broń na stopniu i zacząłem strzelać. Louis w tym czasie wbiegł już do obozu i parł na przód do drzwi najbliższego budynku, za nim podążała cała reszta strzałami osłaniając swoją drogę. W śród całego tego huku także Doyl nie próżnował, wchodził właśnie z częścią swoich ludzi na dachy najbliższych bunkrów.

-Do środka ! Do środka !

Dały się słyszeć wrzaski jednego z bandytów gdy cała nasza grupa wlała się do obozu. Zaczęli się cofać ostrzeliwując nas przy tym, otrząsnęli się jak widać po początkowym szoku ale do tego czasu zdążyliśmy zadać im duże straty. Przestałem strzelać i wychyliłem się z zza schodów krzycząc i gestykulując w stronę dwóch najbliższych, strażnika i jak mi się zdawało najemnika, żeby do mnie podeszli.

– Widzicie ten budynek przed nami ? Osłaniajcie mnie a ja tam pobiegnę ! Na trzy !

Rozejrzałem się dookoła i szybko policzyłem do trzech.

– Teraz

Pobiegłem schylony przed siebie osłaniając lekko głowę rekami, kilka pocisków trafiło w piach niebezpiecznie blisko mnie ale dotarłem jakoś do ściany. Przylgnąłem doń plecami trzymając broń ciągle przed sobą i przesunąłem się w kierunku krawędzi znajdującej się po mojej lewej. W tym czasie szybko przeładowałem broń i wychyliłem się strzelając w kilku bandytów jacy wyłaniali się z wejścia do budynku przede mną . Dwóch padło a trzeci zdążył wystrzelić w moją stronę serie ze swojego pistoletu maszynowego. Na szczęście nie stał blisko i kulę zostały zatrzymane przez mój pancerz skórzany, jedynie kilka się przedarło powodując małe rany na skórze. Zatoczyłem się do tyłu i szybko odpowiedziałem kilkoma pociągnięciami za spust opróżniając resztę magazynku. Bandyta padł twarzą na ziemie. Zmieniłem magazynek, przeskoczyłem przez ciało i wszedłem do środka domku sprawdzając najpierw czy nikogo tam niema.

– Czysto !

Zawołałem jak najgłośniej umiałem. Odwróciłem się i przykucnąłem szukając kolejnych przeciwników.

– Czysto !

Po chwieli usłyszałem identyczny krzyk od jednego z ludzi Louisa albo Doyla. W tym czasie dwóch których zostawiłem aby mnie osłaniali z powrotem do mnie dołączyło.

– Szybko do reszty !

Krzyknąłem im szybko i od razu powoli ruszyliśmy w kierunku reszty naszych ludzi. Wszyscy otaczali budynek przy murze po przeciwnej stronie od tego w którym wysadziliśmy dziurę. Ten w przeciwieństwie do reszty miał okna i dochodziły z nich ciągle strzały. Kilkoro najemników dostało i odciągnięto ich na bok, tak samo kilkoro strażników. W tym czasie z budynków dookoła dochodziły co chwilę głosy.

– Czysto !
– Czysto !
– Czysto !

Podszedłem do Doyla i Louisa którzy kucali za rzędem opon osłaniających ich przed ostrzałem. Doyl szybko mi odkrzyknął.

– Zostali już tylko ci tam.
– Szkoda że nie mamy granatów !

Uśmiechnąłem się gdy Louis to powiedział. Faktycznie szkoda, jeden taki i było by już po sprawie.

– Nic wam nie jest ?
– W porządku ale Doyl dostał w okolice żeber !

Popatrzałem na łysego który jedną rękę przyciskał do rany na torsie powstrzymując krwawienie a druga trzymał pistolet maszynowy i strzelał w kierunku bandytów.

– Co się tak kurwa gapisz ? Nic mi nie jest ! Biegnij znajdź Jackiego ! Powinien mieć granat !

W tej same chwili strzały od strony bandytów nagle ustały i nastąpił wybuch wyrzucając ze środka budynku chmury kurzu. Louis przerwał ostrzał popatrzył na nas i wykrzywił się .

– Już chyba nie trzeba ! Chłopaki do środka sprawdzić czy który przeżył !

Wszyscy wybiegli z za swoich osłon i poczekali aż kurz opadnie, wchodząc następnie do wnętrza budynku przez okna i drzwi. Po chwili ktoś zawoła ze środka.

– Jeden żyje !

Przed wejściem dołączył do nas Jacki i wszyscy weszliśmy.

– Widzę ze mój granat wykonał dobra robotę .

Jacki uśmiechnął się pod nosem ale po chwili skrzywił przyglądając się ludzkim szczątkom i flakom porozrzucanym po całym wnętrzu. Od razu dodał.

– Tyle krwi w życiu jeszcze nie widziałem.

Kilkoro ludzi wyszło na zewnątrz i zaczęło wymiotować. Wraz z Louisem przyjrzeliśmy się jednemu żywemu który pozostał i już ledwo dychał. Pierwszy odezwał się Louis.

– Nie pociągnie długo.
– Skrócę mu cierpienia.

Stan bandyty nie był zbyt dobry. Nie miał praktycznie nóg, lewa ręka wysiała mu na strzępku skóry a z brzucha wylewały się wnętrzności. Nie sposób było dojrzeć też jego twarzy z pod czerwonej krwi pod jaką się znajdowała, z ust ciekła mu krew a oddech rwał się. Przyglądał się nam nieobecnym ciągle wzrokiem. Podniosłem bron i wycelowałem mu w środek głowy.

– Wszy… Wszy… scy zginie… cie

Nie wiem jakim cudem zdążył jeszcze coś powiedzieć ale od razu po tym nacisnąłem na spust. Bliski strzał ze strzelby rozmazał jego głowę na ścianie ale nie wydał przy tym żadnego dźwięku prócz świstu. Ciągle miałem zainstalowany tłumik z końca którego teraz unosiła się smużka dymu.

– Kto zginie ten zginie. Kiepskie ostatnie słowa.

Wszyscy wyszli z ohydnego pomieszczenia i nikt nawet nie skomentował słów Doyla. Nie miałem pojęcia o co mogło chodzić bandycie. Dlaczego mieli byśmy zginąć ? Moje rozmyślania przerwało uświadomienie sobie kującego bólu jaki odczuwałem w boku klatki piersiowej pod pancerzem. Usiadłem na ziemi opierając się o ścianę i przejechałem rękom po pancerzu. Był podziurawiony. Wyciągnąłem kilka pocisków jakie w nim utkwiły i wsadziłem palec po kolei do trzech pozostałych dziur po kulach, wyjąłem je i zobaczyłem na nich a także na palcach ślady krwi. Chciałem szybko ściągnąć pancerz ale gdy tylko podniosłem ręce do góry skrzywiłem się z bólu. Wychodzący właśnie z budynku Louis dostrzegł mnie i podszedł przykucając i pomagając ściągnąć zbroje.

– Co ci się stało ?
– Seria z pistoletu maszynowego.
– Widzę właśnie po śladach na pancerzu.

Odrzucił zbroje na bok i rozerwał mi koszule.

– Kilka niegroźnych wgnieceń od kul. Płytkie rany. Zobaczmy tu.

Rozerwał koszulę nieco z boku i zobaczyłem sine miejsce nieco z boku poniżej klatki piersiowej.

– Siła pocisku złamała ci żebro. Nic poważnego o ile nie masz krwotoku wewnętrznego.

Nieco silniej na cisnął na złamane żebro i aż zwinąłem się z bólu.

– Pomogę owinąć ci się bandażem i powinno pomóc. Będziesz mógł bez problemu chodzić.
– Świetnie

Pomógł mi się zabandażować za pomocą tkaniny z mojej koszuli i na powrót założyć zbroje. Odetchnąłem głębiej i ruszyłem przejść się po obozie. Przeżyło jedenastu ludzi, oprócz tego ja, Louis, Jackie i Doyl. Zabiliśmy w sumie trzydziestu dwóch bandytów, jedynie tych którzy zabarykadowali się w budynku nie dało się policzyć gdyż byli porozrywanie na strzępy. Pomogłem powyciągać trupy po za obóz i spalić na stosie. Dym który unosił się w powietrzu powodował że zbierało mi się na wymioty ale jakoś to wytrzymałem i wraz z resztą zabraliśmy się do przeglądania ekwipunku zabitych i plądrowania budynków. Znaleźliśmy jedynie kilka strzelb, parę pistoletów maszynowych i głownie same pistolety Colt. Nic z tego nie potrzebowałem, jedynie amunicji, zostały mi bowiem trzy magazynki po 15 naboi. Z dużego stosu jaki złożyliśmy z wszystkiego w jednym z budynków wybrałem siedem pełnych magazynków i dwa przypiąłem do paska, resztę wrzuciłem do plecaka. Do przeszukania został nam jeszcze jeden budynek.
Był umiejscowiony w samym środku obozu, masa kabli oraz rur wychodziła z jego ścian i wiła się kawałek po piachu następnie chowając się pod ziemie, na dachu zamontowana była wielka zardzewiała antena, olbrzymi talerz połączony z podstawą od której odchodziły kable i znikały w dachu budowli. Weszliśmy z Louisem, Doylem, Jackim oraz kilkoma innymi do środka przez drzwi na kształt grodzi jakie widywałem w kilku opustoszałych odwiedzonych przez siebie schronach. Wewnątrz nie było zbyt dużo miejsca. Większość pomieszczenia zajmowały komputery sięgające od podłogi aż po sufit i trzy duże komputerowe terminale. Od tego wszystkiego odchodziło pełno kabli które łączyły się ze sobą, znikały w ścianach, innych komputerach, dachu lub podłodze. Jeden z terminali był całkowicie zniszczony, ekraniki na nim były stłuczone i zewsząd wychodziły z niego masy kabli. Dwa pozostałe zdawały się sprawne, jeden miał jedynie kilka zniszczonych ekraników, na pozostałych paliły się czerwone diody. Najwyraźniej pobierały z skądś energię !

– To może działać. I Widać ma jakieś źródło energii.
– Pewnie Max że może działać ale czy ktokolwiek z nas umie ustrojstwo obsługiwać ?

Jacki rozejrzał się po wszystkich a ich zdziwione miny jasno określały odpowiedź.
Wtrącił się Louis.

– Wygląda mi to na jakąś stacje nadawczą albo naziemny posterunek. Ale się tego i tak nie dowiemy bo nie znam nikogo kto zna się na takich rzeczach.
– Ja widziałem już takie komputery w podziemnych schronach ale nie potrafię obsługiwać przedwojennego sprzętu, żaden z tamtych nie działał więc nie mogłem nawet próbować.
-Byłeś w jakiejś Krypcie ? Jaki miała numer ?
– Nie, nie w Krypcie. W każdym razie jakby to była Krypta była by chyba o dużo większa i coś bym tam znalazł. Byłem tylko w mniejszych schronach przeciwatomowych.
– I nic tam nie znalazłeś ?
– Nie Jacki niestety nie znalazłem.

Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z pomieszczenia. Przed wyjściem zatrzymałem się jeszcze na chwilę i obejrzałem za siebie.

– Nie ma sensu się tym bawić. I tak tego nie uruchomimy.

Wyszedłem i podniosłem oponę ustawiając ją odpowiednio aby można było na niej usiąść. Zacząłem spoglądać w gwiaździste niebo, myśleć na swoim losem i wydarzeniami dzisiejszej nocy.
Kilkoro najemników i strażników wchodziło właśnie przez bramę do obozu ze wzrokiem wbitym w ziemię. Pochowali właśnie swoich zabitych towarzyszy z którymi zapewne byli zżyci i nieraz pewnie pili razem opowiadając żarty i zapominając o otaczającym ich świecie gdzie prawie na każdym kroku trzeba było się pilnować i oglądać za plecy. Lecz teraz ich towarzysze nie żyli. Powstrzymałem się przed tym rozmyślaniem przypominając sobie o naszym zwycięstwie, pobliska wioska nie będzie miała już problemów z bandytami, nie będą zabijać im bliskich, gwałcić
żon czy porywać dzieci. Ich życie nieco się uspokoi. Pomyślałem także o Katie śpiącej zapewne właśnie w łóżku, w małym domku razem ze swoją matką. Ciekawie o czym teraz śniła ?
… Katie śniła o Maxie…

Gdy się obudziłem było już jasno. Plecy bolały mnie jak jasna cholera, nie wspominając już o złamanym zebrze . Wstałem, przeciągnąłem się rozejrzałem dookoła badając wzrokiem obóz, w świetle dnia wyglądał zupełnie inaczej. Usłyszałem wołanie i odwróciłem się w kierunku z którego dobiegał głos. Jacki wskazywał mi rękom że mam wejść do środka.

– Max ! Max wstałeś już ? Chodź do nas mamy parę spraw do omówienia !
– Zaraz przyjdę.

Jeszcze raz się przeciągnąłem, rozejrzałem dookoła i pociągnąłem łyk z menażki z wodą przypiętej do paska. Strzeliłem palcami i ruszyłem za Jackim który po wejściu przywitał mnie dość nieoczekiwanie.

– Jesteś śpiąca królewno ? Obudził cię jeden z chłopaków pocałunkiem z języczkiem ?
– Śpiąca królewno ?
– Zasnąłeś wczoraj na tej cholernej oponie. Szedłem z tobą pogadać, widziałem jak siedzisz i spoglądasz w gwiazdy a gdy podszedłem i miałem zacząć nawijać chrapałeś już jak Kretoszczór !

Chyba za bardzo pogrążyłem się w rozmyślaniach. Postanowiłem nie ciągnąć tego tematu więc skierowałem rozmowę na inny.

– Co jest ? Po co mnie tu wezwałeś Jacki ?
– Nasz pomysłowy Louis wpadł na zajebisty pomysł !
– Och zamknij się ! Jakim cudem najemnicy przyjęli cie w swoje szeregi ? Ja bym cię zwyczajnie zastrzelił.

Na uwagę Louisa Jacki wyciągną szybkim ruchem ręki, zadziwiająco szybkim, z paska swój pistolet Colt i zamachał nim na palcach przerzucając go przy tym z jednej ręki do drugiej mierząc trzy razy w stronę Louisa, gdy skończył swoją pokazową sztuczkę, która w rzeczywistości naprawdę robiła wrażenie chociaż nikt nie dał tego po sobie poznać ,schował broń za pasek.

– Nie podskakuj brachu jestem przejebany w smaku .

Wszyscy popatrzeli po sobie i wybuchli głośnym śmiechem a Jacki z dumą założył skrzyżowane ręce na piersi. Przerwał nam Doyl który wszedł do środka i zakończył wesołą atmosferę.

– Ustalajcie co macie ustalać. Nie mam zamiaru siedzieć tu niepotrzebnie dłużej.
– Nikt ci tu nie karze siedzieć Doyl możesz wziąć swoje dupsko w troki i odejść w cholerę.
– Louis nie zapominaj że kiedy odejdę wezmę ze sobą swoich ludzi i nie będziesz mógł chronić tego swojego zadupia.
– A właśnie. Max. Po to zawołał cie Jacki. Chciałbym umocnić to miejsce, przydali by się dodatkowi ludzie. Może nawet można by tu założyć małe miasteczko.
– A kto by tego wszystkiego pilnował ? Myślałem że mamy tylko pozbyć się bandytów .
– Owszem pozbyliśmy się ich ale jeśli odejdziemy zapewne nowa zgraja opanuje to miejsce. Jest o wiele lepsze od jaskiń w jakich się chowają. Po za tym ludzie byli by tu bezpieczni.
– Masz rację, nie pomyślałem o tym. Trzeba będzie powiadomić Green Wood i Cold Water, może dostaniemy od nich posiłki.
– Gadałem z Doylem i jego ludźmi. Zostaną tutaj dopóki nie sprowadzisz posiłków. Pomoże mi i strażnikom bronić obozu w razie czego. Jacki pójdzie z tobą, we dwóch będziecie bezpieczniejsi.
– Jacki ? Przecież jesteś jednym z najemników ? Doyl pozwoliłeś mu ?
– Nie. Nie pozwoliłem.
– Nie jestem na jego rozkazy, przestało mi się to podobać, sam decyduje o tym co robię i z kim robię.
– Dokładnie. Jacki ma dość Doyla i postanowił nam pomóc.

Opierający się o ścianę wielki mężczyzna utkwił swoje spojrzenie najpierw w Jackim a potem w Louisie przewiercając ich na wylot, po czym obrócił się i wyszedł nic nie mówiąc.

– No i po sprawie. Cieszę się że idę z tobą. Miałem już dość tego łysego wściekłego jajka.

Uśmiechnęliśmy się z Louisem do Jackiego i uścisnęliśmy mu po kolei dłoń.

– Dobrze mieć cię w drużynie.
– Pewnie Max. Od razu jak cię poznałem wiedziałem że z tobą będzie ciekawie. Na dodatek jak spotkałem Louisa i dowiedziałem się że to były przywódca naszej grupy postanowiłem ją opuścić i wam pomóc.

Louis odparł po krótkim zastanowieniu.

– Nie czeka cię z nami już nic ciekawego. Zabezpieczymy to miejsce, ja tu zostanę a Max uda się w dalszą drogę.
– Mimo tego co mówisz mam przeczucie że z wami nie będę się nudzić.
– Dajcie spokój. Jacki wyruszmy dopóki jest wcześnie. Może jeszcze dzisiaj opuścimy Green Wood i posiłki przybędą tu szybciej.
– Idę się przygotować będę przed bramą.
– Weźcie trochę żarcia na drogę. Chłopaki zebrali tego pełno i złożyli razem z bronią.
– Na pewno Louis na pewno.

Zaśmialiśmy się i wzięliśmy za swoje sprawy.

CDN….

Avatar

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.