Cienie

Autor: McCoy

Poczułem ból… powoli z odmętów nieistnienia powracałem do pieprzonej rzeczywistości.
Nie otwierając oczu zacząłem nasłuchiwać. Oprócz cichego chrzęstu wyschniętych gałęzi, słychać było tylko szelest przesuwanego przez lekki wiatr piasku. Czerwień pod powiekami… to już dzień. Widocznie jestem sam. Przewróciłem się na drugi bok, tylko po to żeby zaraz stwierdzić, że jednak nie jest to najlepszy pomysł. Rozdzierający ból w kolanie spowodował, że natychmiast oprzytomniałem. W myślach dokonałem przeglądu ciała.
-Spokojnie… lewa ręka… obita jak jasna cholera, ale sprawna. Prawa bez uszczerbku… lewa noga cała, w drugiej dziura w kolanie. Pięknie! Dobrze, spokojnie, czas się rozejrzeć.
Wstałem powoli i jakoś dokuśtykałem do wzniesienia, za które się doczołgałem w nocy. Widok, który mi się ukazał nie napawał optymizmem… Dwa wozy rozbite w drobny mak, brachminy poszatkowane kulami, podobnie ochrona… Dranie widać nie pierdolili się z chłopcami. Ci ,którzy nie zginęli na miejscu dostali po 9 milimetrowej tabletce nasennej w potylicę. Szkoda… wszyscy byli tacy młodzi, jeszcze dzieciaki. Skrzynie znikły… Broń i cały sprzęt były nietknięte. Nikt nie zaopiekował się dobytkiem nieboszczyków, co na pustkowiu było niespotykanym marnotrawstwem. Widać, że napastnicy nie byli tu przypadkiem.
Zastanawianie się, kto to zrobił i dlaczego zostawiłem na później, obawiając się czy stojąc w miejscu jakiegoś później doczekam. Musze przyznać, że sytuacja nie wyglądała kolorowo. Po prostu wdepnąłem w największe gówno życia. Sam, na środku pustyni gdzieś miedzy Kryptopolis a Republiką… Straciłem wszystkich ludzi, którymi dowodziłem i ładunek. To nawet gorsze od strzelaniny w kasynie Bishopa rok temu. Po prostu gówno. Usztywniłem nogę dwiema deskami wyrwanymi przez kule z pobliskiego wozu, obwiązałem to dobrze szmatami, które jeszcze wczoraj były płaszczem i posiliwszy się trzema ostatnimi stimpakami ruszyłem bliżej się przyjrzeć pobojowisku. Ciała chłopaków leżały w wąwozie, chaotycznie porozrzucane na piachu w pozach z najczarniejszych snów szalonego lalkarza. Jimmy…wyglądał jakby chciał się podrapać po tricepsie, nie wierząc w ograniczony ruch łokcia… Paskudne złamanie. Żył jeszcze dość długo żeby zobaczyć przeciwnika. Posikał się… żaden wstyd ze spluwą przystawioną do głowy. Zebrałem wszystko to, co było jeszcze w miarę zdatne do użytku, na razie nie zaprzątając sobie głowy pochówkiem. W sumie znalazłem kilkanaście stimpaków, jedną apteczkę, trochę tego cholernego proszku jaki ze sobą nosili tribale, kilka pistoletów, SMG, shotguna, strzelbę myśliwską, skromny zapas amunicji, noże, łopatę, narzędzia i niedużo innego żelastwa. Zebrałem to wszystko w zagłębieniu ściany wąwozu, które zapewniało jako takie schronienie przed słońcem. Z żywnością i wodą było krucho, zapasy były znikome a na razie zdrowie nie pozwalało mi na polowanie, o ile coś żyło w tej okolicy. Chcąc nie chcąc musiałem oprawić wczorajsze brachminy i wysuszyć mięso. Zmajstrowałem stelaż z kilku aluminiowych rurek, które przytrzymywały wcześniej plandeki, na tym za pomocą drutu powiesiłem długie, cienkie płaty brachminiej tuszy. Nauczyłem się tego podczas pobytu w Modoc od pewnego rzeźnika. Jego córka była niezła… Naprawdę ostra… Potem musiałem przystąpić do pochówku kolegów i brachminiego ścierwa. Kopałem tam, gdzie kto leżał. Piasek nie stawiał większego oporu wiec szło mi w miarę szybko, choć gdybym mógł sobie pomagać nogą poszłoby z płatka. Każde ciało polewałem suto bimbrem, którego kilka kanistrów się jakimś cudem uchowało i szybko podpalałem, żeby zapach gnijącej padliny nie zwabił drapieżników.
Potem wystarczyło zasypać żwirem i piaskiem, aby było po wszystkim. Pierwszą noc spędziłem bezsennie, lękliwie nasłuchując dźwięków pustkowia, zastanawiając się czy dotrwam poranka. Rana bolała jak cholera, choć już nie krwawiła. Obiecałem sobie, że ten, kto wymyślił stimpaki ma u mnie kilka skrzynek Booz’a. Drugiego dnia, już spokojniejszy, półprzytomny z braku snu i bólu, zacząłem budować prowizoryczny szałas. Dużym młotem rozbijałem na części wszystkie cztery wozy przeciągając ten złom w okolice mojej dziury. Zacząłem o świcie w miarę rześki ( jak na człowieka z przestrzelonym kolanem na środku pustyni), w południe już padałem ze zmęczenia. Pomogłem sobie jednym stimpakiem, i kulejąc przywlokłem te kilkanaście kilo mięsa, które się suszyło od wczoraj do prowizorycznego schronienia. Zdziwiłem się, że nic nie dobrało się przez noc do „smakołyków”. Widocznie w takiej pustce żadne stworzenie się nie uchowało. Oby! Po tygodniu byłem już w stanie się w miarę sprawnie poruszać. Noga zesztywniała, ale opuchlizna na szczęście lekko zeszła. Zapas mięsa uzupełniany przez znajdowane owoce i korzenie pozwalał mi szacunkowo przetrwać trzy tygodnie. Najbardziej jednak doskwierał ciągły brak wody. Niewielkie ilości udawało mi się zebrać o świcie wewnątrz opon ustawionych w cieniu, czułem jednak, że z dnia na dzień jest coraz gorzej. Bałem się. Sypiałem coraz głębiej, gorączkując z pragnienia. Dwa tygodnie śniłem, że ktoś mnie znajdzie, że mi pomoże…

Obudziłem się w ciemnym, ciepłym pomieszczeniu w czystej pościeli. Po zapachu zorientowałem się, że znajduję się w szpitalu. W przegub ręki wpływał jasny płyn z kroplówki. Noga bolała jak diabli, ale została już ujęta w gips. Przez małe okienko przemykał snop światła księżyca wydobywając z cienia kawałek pomieszczenia. Szara ściana, półka z książkami… miejsce dziwnie znajome. Po chwili dotarło do mnie, że jakimś niewyjaśnionym sposobem jestem w domu, że trafiłem do Republiki. Powieki zaczęły niemiłosiernie ciążyć, odpłynąłem.

– Witam wśród żywych panie Roderick!- Poranek zastał mnie w szpitalnym łóżku. Odetchnąłem z ulgą, że jednak to prawda.
– Witam doktorze!- Odpowiedziałem nieco oszołomiony, wyrwany ze snu.
– Miał pan dużo szczęścia, można nawet mówić, że wydarzył się cud. Przywieźli pana nieprzytomnego, odwodnionego, z ogólnym zakażeniem. Ledwo pana odratowałem.
– Uhm… Dziękuję bardzo!- Uśmiechnąłem się na tyle na ile pozwoliły mi spękane usta.
– Kto mnie znalazł??
– Kallachan… Biedny Joe! Że też Jimmy…
– Jak on się ma??- Spytałem jakbym nie domyślał się odpowiedzi.
– Joe? Nie za dobrze, w każdym razie fizycznie na pewno lepiej od Ciebie. �le znosi śmierć Jimmiego. Osobiście nie chciałbym przeżyć swoich dzieci… zwłaszcza wszystkich.-Doktor odwrócił wzrok, udając, że nagle musi coś poprawić przy kroplówce. Dobry stary człowiek nie chciał abym czuł się winny. To ja przecież zabrałem Jimmiego na pierwszą wyprawę mimo obaw Joe’a.
– Chciałbym z nim porozmawiać.
– W chwili obecnej to nie jest możliwe.
– Dlaczego??
– Joe opuścił miasto. Kazał Ci przekazać, że wróci do początku.- Twarz doktora przybrała niepewny wyraz. – Powiedział, że zrozumiesz.
– Acha… Kiedy noga się zrośnie?? Mam nadzieję, że w miarę szybko, bo musze wyruszać i…
– Ekhm… o tym chciałbym z Tobą porozmawiać.- Ton, którym zaczął nie spodobał mi się. Mówił dalej.
– Widzisz Duncan…Kula całkowicie zniszczyła staw, a środki, które mam nie pozwalają go odtworzyć. Coś takiego było wykonalne przed wojną z dobrym sprzętem, ale teraz… Myślę, że jeszcze w Kryptopolis to potrafią.- Jego twarz wyglądała jak oblicze sędziego skazującego niewinnego na 25 lat.
-Jednak w Twoim stanie transport jest niemożliwy. Nie wiem jak Ci to powiedzieć… Nigdy już nie będziesz sprawny jak dotąd, najprawdopodobniej prawa noga pozostanie sztywna w kolanie…Dobrze się czujesz??- Doktor nachylił się nade mną z wystraszoną miną.

Zapadłem się w siebie. Powietrze wlazło do płuc i nie chciało odejść. Gromy uderzyły w skronie, by odpłynąć jak fala. Wolność uleciała, ciało przestało być sługą, stało się panem, wiezieniem. Zemdlałem…

CDN…

Avatar

Szponix

Redaktor naczelny. Założyciel serwisu, prowadzący go nieustannie od samego początku.